Otchłań

Pierwsze wspomnienie? Upalne lato. Zapach sianokosów. Ryk wypasanych krów. Nawoływania z pola. Źdźbła trawy łaskoczące mnie w twarz… I pytanie:

- No, panie Kawiński, gdzie pana zięć?

Stalowe oczy żołnierza przysłaniające blask słońca.

- Nie wiem – wyprostowany na baczność dziadek patrzy w oczy esesmana. – Dawno go tu nie było. Wyszedł któregoś dnia i nie wrócił.

- Taak? – Niemiec pochyla się w stronę mojego brata. – No, mały, a gdzie twój tata?

Alfred patrzy na niego ze strachem. Płowa grzywka opadła mu na czoło. Odgarnia ją z oczu.

- Nie wiem, proszę pana. Nie ma go w domu.

Teraz kolba pistoletu dotyka wydętego brzucha mojej matki.

- Pani Drawska, skąd ten brzuch? Mąż zrobił? To co? Jest czy go nie ma? Z obowiązków, widzę, się wywiązuje…

Kolba pistoletu stuka brzuch. Mocniej i mocniej.

Matka zaczyna płakać.

- Nie ma go od wielu miesięcy… nie wiem, gdzie on – tłumaczy przez łzy.

Esesman wzdycha zirytowany.

- Sąsiedzi go tu widzieli, pani Drawska. Proszę nie kłamać! Gdzie jest?!

Mężczyzna łapie matkę za podbródek i silnie ją ściska.

- Naprawdę nie wiemy – wtrąca dziadek – sąsiady zazdrosne. U nas i krowa, i świnie, a u nich bieda, to donoszą. Zawistne są.

Dziwny grymas wykrzywia gładko ogoloną twarz esesmana. Moment. I kolbą pistoletu mocno uderza w ciążowy brzuch mojej matki. Ta upada, głośno krzycząc. Alfred krzyczy razem z nią. Przypada do niej gwałtownie. Słychać strzał. Mój brat przewraca się na matkę. Z jego czoła leje się krew. A może z oczu? Nie wiem. Nie widzę dokładnie. Matka przestaje krzyczeć. Obejmuje nieruchome ciało mojego brata i kołysze je w ramionach.

- No, Drawska, mało ci?! – Niemiec pochyla się nad nią – Gdzie jest Marian Drawski?

- Nie wiemy! – dziadek z obłędem w oczach patrzy na całą scenę. – Nie wiemy! Nie wiemy! Nie wiemy!

Kolba pistoletu uderza dziadka w oko. Raz i drugi. Jakaś krwawa miazga wypływa z jego oczodołu. Starszy pan osuwa się na ziemię. Esesman znowu zwraca się w stronę mojej matki.

- Marian Drawski – wypowiada wolno imię i nazwisko mego ojca. – Gdzie jest?

- Ja nie wiem – szepcze mama.

Mężczyzna wyrywa z jej ramion martwego Alfreda.

- Ty szmato! – bije ją po brzuchu. Po twarzy. Wszędzie. Matka upada.

Niemiec prostuje się. Patrzy z pogardą na trzy leżące ciała. Spluwa. Kilka razy oddycha głęboko. Poprawia mundur.

- Jedziemy! – daje znak towarzyszącym mu żołnierzom.

Nieporuszona trwam na swoim miejscu. Słoma kłuje mnie po twarzy, ale nie ruszam się. Nie potrafię. A przecież muszę. Oni odjechali. Siedziałam grzecznie, jak kazała mama. – Nie wolno ci wyjść, rozumiesz? – długo patrzyła mi w oczy – nie wychodź. Oni w końcu odjadą. Odjadą. Wtedy możesz się ruszyć. Rozumiesz? – kiwałam głową przerażona. – Pamiętaj, bo rózga pójdzie w ruch. I wykonała gest, którego nie znosiłam. Kojarzył się z razami, jakie czasami od niej otrzymywałam…

A więc siedzę…

 Mijają sekundy. Minuty. Godziny…

Czołgam się powoli. Oni odjechali, ale może wrócą? Może lepiej, żeby mnie nikt nie widział? Podczołguję się do trzech nieruchomych kształtów. Coś lepkiego dotyka moich palców. Przyglądam się. To krew. Krew dziadka. Krew mamy. Krew Alfreda. Patrzę na nich. Nie mogę oderwać wzroku.

Mamo? Dziadku? Alfi? Cisza. Matka ma zamknięte oczy. Błogi wyraz twarzy. Chyba śpi. Przywieram do niej, nie zważając na kałużę krwi. Przywieram z całych sił. Przecież przy niej zawsze byłam bezpieczna…

Głupia kobieta

 

Rozmowa nie była miła. Jak wszystkie poprzednie. Jak zwykle, mimochodem, w aluzji, w sugestii, była winna. Była nieuczciwa. Była nie fair.

A przecież miała zostać sama z problemami przekraczającymi jej możliwości. Wybrała mniejsze zło, bo nie było innego wyjścia. Ale nawet to mniejsze zło nadal było złem. Czekało ją wiązanie końca z końcem. I nic więcej. Nic ponad to. Czy dzieci to zrozumieją? Czy biedę absolutną można w ogóle zrozumieć?

A on i tak uważał, że to mało. Że winna mu jest więcej. Że jest poszkodowany. Że powinna na siebie wziąć więcej.

Jak wziąć więcej? Jak rozmnożyć to, czego rozmnożyć się nie da? Jak zmusić organizm, który nie jest wydolny, by wydolny był bardziej? Jak przechytrzyć własne zdrowie?

A tak naprawdę, jak wytłumaczyć komuś, że nie można wszystkim mierzyć swoją miarą? Że jedno daje tyle, a drugie może materialnie mniej, ale też dużo? Jak można oczekiwać, że wszystko zawsze będzie po równo, skoro tylko on może całkowicie poświęcić się pracy a ona już nie? 

Dlaczego najpierw bardzo się kocha, a potem jest się bardzo okrutnym?

Okaleczone serce boli.

A mimo to, kiedy już nadszedł ten dzień, a właściwie ta noc ostatnia, i tak chciała przytulić się do jego pleców po raz ostatni. Po raz ostatni poczuć jego zapach… Głupia kobieta.

Naprawiać czy wyrzucać?

 

Kupiłam dziś jakieś babskie czytadło dla zabicia czasu w autobusie.

No i siedzę sobie wygodnie, przerzucam kartki, a tu nagle news dnia ( ;) ) – jakaś celebrytka rozstała się z partnerem, krótka notka, obok zdjęcie, jego i jej, i podpis: Byli ze sobą trzy lata!

Wiecie, ten wykrzyknik tak mnie rozbawił, że uśmiałam się prawie do łez. Jednak po dłuższej chwili dopadła mnie refleksja, że nie powinnam się z tego śmiać, tylko płakać, i to rzewnymi łzami. Dostawiając ten wykrzyknik, ktoś nam wyraźnie sugeruje, że para odniosła niesamowity sukces, skoro wytrwali w związku AŻ trzy lata. To tak długo – te trzy lata…

No, schodzimy na psy, daję słowo. To bycie ze sobą trzy lata jest takim wyczynem? Może tak jest w tym celebryckim światku, co? Ja nie wiem, nie obracam się w nim, ale myślę, że dla przeciętnego obywatela o przeciętnym ilorazie inteligencji ten podpis to jasny przekaz: Wow, co za bohaterstwo… aż trzy lata… o rany… :)

I tak od refleksji nad podpisem przeszłam do rozmyślań nad trwałością związków.

Coś jest w tym, że coraz częściej ludzie wolą zmienić partnera niż popracować nad związkiem. Wolą wyrzucić niż naprawić. Coraz rzadziej, coraz trudniej spotkać pary o długim stażu. Coraz więcej rozwodów i rozstań wokół nas. Dlaczego?

Myślę sobie o swoich związkach. Najdłuższy właśnie się kończy – 8 lat. To dużo czy mało? Z jednej strony kawał czasu, kawał wspólnego życia, wspomnień, radości i bólu. Na myśl o tym, że te osiem lat straciłam, bo już kolejnych nie będzie, pęka mi serce. Bo choć powtarzam sobie, że oczywiście już nie kocham mojego męża i w ogóle wszystko mi przeszło, to jest to bzdura. Nie da się odkochać tak szybko, skoro do końca się miało nadzieję, że może jednak wszystko się ułoży. Nie da się odkochać tak szybko, skoro kochało się naprawdę. Jeszcze tęsknię, jeszcze cierpię, jeszcze czuję… Walczę z tym, ale… na wszystko przyjdzie czas. Czas leczy rany. Moje też zaleczy. Nie ma, drań, wyjścia :)

Z drugiej strony, takie 8 lat to tylko osiem lat. Inni są ze sobą 10, 15, 20… Czy rozstanie po piętnastu latach to większy dramat niż po ośmiu? Chyba nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Każda sytuacja jest inna.

Zasadnicze, moim zdaniem, jest pytanie: Dlaczego się rozstajemy? A raczej: dlaczego często jest tak, że rozstajemy się mimo wszystko pochopnie? Mimo że moglibyśmy wszystko naprawić?

Nie chcę uogólniać. Wiem, że są rozstania, które musiały nastąpić. Bywają bowiem sytuacje, których się nie naprawi. Jasne.  A jednak, na co wskazuje ten komentarz pod celebryckim zdjęciem, zbyt często w dzisiejszych czasach idziemy na łatwiznę i zamykamy pewne rozdziały w naszym życiu. Zbyt łatwo się poddajemy. Łatwiej wyrzucić, trudniej naprawić, powiedzmy to sobie szczerze.

Czy zrobiliśmy się leniwi? No, przecież coś musiało się stać, skoro tak postępujemy?

Powodów pewnie jest kilka.

Moim zdaniem, dzisiejsze czasy są podłe, bo większość czasu zabiera nam praca. Żyjemy, by pracować a nie na odwrót. Niestety. Zagonieni pracą zapominamy, że to, co najważniejsze, to bliskość drugiego człowieka. Bez niej człowiek usycha. Oczywiście, praca jest szalenie ważna. Bo wydatki, bo kredyty, bo debety, bo zabawki, bo kieszonkowe, bo kino, bo ciuchy… Pewnie. To wszystko jest niezwykle istotne. Tyle że jeśli nie zachowamy zdrowych proporcji między życiem zawodowym i prywatnym, unieszczęśliwimy siebie i naszych bliskich. Sądzę, że obecnie mamy do czynienia z takim właśnie zachwianiem priorytetów. Wygrywa zarabianie pieniędzy, wiązanie końca z końcem, przegrywa czułość, bliskość, intymność.

Inny powód? Egoizm. Mam wrażenie, że więcej go w nas aniżeli kiedyś. A skoro skupiamy się na sobie, to dlaczego mielibyśmy coś naprawiać, być elastycznym, coś poświęcić…? Jeśli jestem dla siebie najważniejsza, JA, JA  tylko JA, i MOJE potrzeby, to znajdę winę tylko w drugiej stronie. A skoro tak, to znaczy, że trzeba tę wadliwą stronę wyrzucić, pozbyć się jej. Egoizm, egocentryzm, egotyzm to cechy utrudniające zbudowanie i podtrzymywanie szczęśliwego związku… Para musi koncentrować się w podobnym stopniu na potrzebach, pragnieniach obojga osób a nie tylko jednej. Wtedy łatwiej coś dostrzec, naprawić, jeśli zajdzie taka konieczność.

A skąd, w takim razie, tyle egoizmu wokół nas? Skąd go więcej niż kiedyś? Tego to ja nie wiem. Może taki trend w wychowaniu?

Jeszcze jakiś powód? Przyzwolenie społeczne. Tak jak kiedyś „modne” były długie związki, długie małżeństwa, tak teraz, mam wrażenie, obserwuje się wyzwolenie z dawnych pęt. Większą wolność, brak potępienia wobec ludzi „skaczących z kwiatka na kwiatek”. Teraz to oni nie skaczą, tylko zdobywają doświadczenie ;)

I tak, jak mówi stare porzekadło, ziarnko do ziarnka, aż zebrała się miarka. Zmieniamy partnerów często, niekiedy zbyt często. Nie chce nam się naprawiać błędów, przyznawać do winy, ustąpić… Łatwiej i szybciej jest zrezygnować i szukać czegoś nowego. Albo po prostu odpuścić. Szkoda. Myślę, że takie emocjonalne lenistwo prędzej czy później się na nas zemści.

A póki co, w babskich czytadłach o związkach z 20-letnim stażem czytamy: Co za evenement… Chciałabym, żeby to się zmieniło.

Lekcja miłosnej poetyki

Zakochałam się w tej piosence dawno, dawno… Dokładnie 11 lat temu. Pamiętam dokładnie. Byłam w przededniu bardzo intensywnego okresu w swoim życiu… Ale to poetycko ujęłam :) Prawda jest taka, że przydarzyło mi się wkrótce potem to, co bohaterowi tego tekstu…

Wtedy niespecjalnie zwróciłam uwagę na tekst tej piosenki.  Ujęła mnie melodia, rytm, echo, moc… Parę dni temu odnalazłam ją i wsłuchałam się w nią dokładniej. No, proszę, okazała się swoistym preludium…

Otóż, dwoje ludzi przeżywa przygodę. Spotykają się nie wiadomo gdzie (nie jest to bowiem ważne) i przeżywają gorące zauroczenie. W tle morze, piach, słońce… Słowem – klasyka. On pragnie letnich uniesień, niczego poważnego: Miałem być szybszą z lin… – mówi. – Nim piach wypłuczę z fal… Chce jej dużo dać, ale potem odejść: Nim wezmę to, co dam – mówi. Czy ona o tym wie? Czy godzi się na taki niezobowiązujący układ? Nie wiadomo. On jest namiętny. W tym krótkim, jaki planuje, czasie, pragnie zaoferować jej naprawdę wiele: Następny dzień, napływ sił – jak opowiada. Ma świadomość, że krótki, wakacyjny romans może nie być tym, czego chce ona. Zdaje sobie sprawę z tego, że zawrócił jej w głowie, zaczarował, zauroczył, ale nie wiąże z nią przyszłości. Nie jest to więc układ uczciwy: Miałem być najlżejszą z win… – mówi, jakby się usprawiedliwiając. 

I nagle, jak to bywa w życiu, on traci kontrolę nad sytuacją: Spod nóg wypada rytm… – mówi. Chciał przygody, chciał chwili. Chciał dać jedynie uniesienia, namiętność, a podarował znacznie więcej… Słodki happy end – mówi.

Serce nie sługa, jak mówi przysłowie :)

Miałem być… miałem być – opowiada on. No, miał, tak planował, ale los przygotował dla niego niespodziankę. I dobrze. Szczęśliwe zakończenia są fajowe :)

A jaki z tego morał? Z uczuciami igrać nie wolno. To materia nieprzewidywalna. Gdyby było inaczej, pewnie nasze życie byłoby łatwiejsze, bezpieczniejsze, ale, być może, nudniejsze?

Ciekawe, skąd tytuł piosenki WYRZUCENIE?

(oczywiście jako rasowy filolog polski mam swoje teorie ;) )

Miłego słuchania :) Niestety, nie jest to zbyt dobra wersja tej piosenki. Lepszej na you tube nie znalazłam. Naprawdę piękną ściągnęłam z Muzodajni. Dopiero tam słychać, jaka jest fantastyczna.

 

Marcin Rozynek i Atmosphere

Wyrzucenie

A miałem być cieńszą z lin 
Następnym dniem, napływem sił
Nim piach wypłuczę z fal
Nim wezmę to, co dam

Słodki happy-end trochę mgieł i rad
Ping-pond bez wody, chmur szmat
Zły ruch, zmieniany wciąż kurs
Wiatr i fale, nasz Volkswagen-bus
Lepszy świat, perły i muł
Każdy oddech, cień skrzywiony z kół
Niemoc, piana i wszystko, co wiesz
Czego nie ma nawet i wiara też

A miałem być szybszą z lin
Bez śladów stóp, najlżejszą z win
Spod nóg wypada rytm
Zasypia ziemię z wydm

Słodki happy-end trochę mgieł i rad
Ping-pond bez wody, chmur szmat
Zły ruch, zmieniany wciąż kurs
Wiatr i fale, nasz Volkswagen-bus
Lepszy świat perły i muł
Każdy oddech cień, skrzywione z kół
Niemoc piana i wszystko, co wiesz
Czego nie ma nawet i wiara też

Kochajmy i nie udawajmy

  Kochamy niewątpliwie MIMO CZEGOŚ. Ten, kto tego nie zrozumie, nie pojmie, nie przyswoi, ten poległ. Ten nie pokocha naprawdę.

Stan zakochania totalnego powoduje, że ślepia mamy nieco zamroczone. Zauroczeni jesteśmy wtedy wszystkim. Jednak ten stan mija. I albo przekształca się w prawdziwą miłość, albo… ginie w przyrodzie :)

Jeśli chcemy, żeby trwał, trzeba nauczyć się akceptować człowieka takiego, jakim jest. Takiego trzeba go kochać. Tak, kochać go, mimo że… kiepsko gotuje, zapomina kupić sól, jest przesadnie tolerancyjny… itd. itp. Oczywiście, myślę tu o ludziach ukształtowanych, dorosłych. Trudno oczekiwać od nich, że zmienią się diametralnie pod wpływem uczucia. Nic z tego. Jak będą kochać mocno, to zmienią się trochę. Oczekiwanie, że staną się praktycznie kimś innym, to zwykłe okrucieństwo. Zwłaszcza, jeśli samemu nie za bardzo chce się być elastycznym. Mamy więc do czynienia nie tylko z czymś nikczemnym, ale i naiwnym zarazem. Po obu stronach. Strona, która zrobi wszystko, by się zmienić (by zasłużyć na miłość?), robi sobie krzywdę, dosłownie, fizycznie i psychicznie, to po pierwsze. I jest naiwna, myśląc, że to się uda, to po drugie. A jeśli faktycznie wychodzi z założenia, że w ten sposób zasłuży na miłość, to znaczy to, że tkwi w czymś niedobrym. To znaczy, że ta pierwsza strona potrafi kochać ZA COŚ. A nie o to w miłości chodzi. Kochanie za coś, to nie miłość, to transakcja.

Akceptowanie człowieka, kochanie go MIMO ŻE… jest możliwe pod warunkiem, że zdajemy sobie sprawę z własnej niedoskonałości.

Z tego, że nam samym też daleko do ideału. Jeśli jedna strona jest przekonana, że zazwyczaj (prawie zawsze, najczęściej) ma rację, wie lepiej itp., to nic z tego nie wyjdzie. Jeśli traktuje drugą osobę jako tę „gorszą” (kiepską matkę, kucharkę, gospodynię/złego ojca, kochanka…), udana miłość nie jest możliwa. Partnerzy muszą traktować siebie na równi. Nikt nie jest gorszy ani lepszy. Każdy ma wady i zalety. KAŻDY SIĘ MYLI. Każdy może zapomnieć, nie tylko ta/ten, kto z reguły zapomina częściej :)

Jeśli kocham MIMO ŻE…, to wiem, że na miłość nie można zasłużyć. Nie mogę sugerować drugiej stronie, że będę ją kochać, będę czuła pod warunkiem, że: zarobisz tyle i tyle albo kupisz mi pierścionek. Albo nie zapomnisz wyrzucić śmieci. Albo będziesz pamiętać, żeby przykręcić mi gdzieś śrubkę. Analogicznie, mężczyzna nie może szantażować kobiety, twierdząc, że będzie czuły, jeśli ona na to zasłuży. Mówiąc, że przytuli, popieści, jeśli ona podstawi mu pod nos talerz z późną kolacją. W przeciwnym razie może się pocałować w nos… Kochamy, jesteśmy czuli, dotykamy, pieścimy właśnie dlatego, że kochamy. ZA NIC. Za to, że ktoś jest. MIMO ŻE on od roku nie przykręcił rurki w łazience. MIMO ŻE ona nie lubi gotować.

Jeśli do tego dodamy bycie bądź niebycie sobą, trzeba będzie stwierdzić, że to kolejna podstawa udanej miłości. O tak, na początku ludzie pragną dopasować się we wszystkim. Robić, myśleć, czuć to samo. Oczywiście, na dłuższą metę to fikcja. Dla mnie osobiście to fikcja nawet na krótką metę :)

Nie wolno udawać kogoś, kim się nie jest.

To okrutne, bo zwodzi się w ten sposób tę druga osobę, której się wydaje, że spotkała księcia/księżniczkę z bajki. Jeśli nie lubię koszul w brązową kratę i wybajerzonych butów, to jak ona chce mi takie wybrać, mówię: sorry, nie podoba mi się. Jeśli on nie lubi oglądać telewizji, to ona nie powinna wyrzucać odbiornika telewizyjnego tylko dlatego, żeby mu sprawić przyjemność.

Nie ma nic gorszego, niż udawanie w imię źle pojętej miłości. Bo to guzik jest a nie miłość. Jeśli mi zależy, jestem sobą. Jasne, jasne, jeśli ktoś lubi smarkać w rękę, no, to lepiej, by… sobą nie był i się zmienił :) Ale myślę, że wiecie, o co mi chodzi. BĄDŹ SOBĄ w kwestiach zasadniczych, bo one mogą zaważyć na Twoim związku. Po co później żałować? Po co marnować komuś czas? życie? zdrowie? 

To wszystko wydaje się takie oczywiste, takie proste, ale wierzcie mi, w praktyce okazuje się jednak i niestety skomplikowane. I niesie za sobą tyle pytań, na które tak trudni odpowiedzieć?

Czy można nauczyć się kochać MIMO że, skoro do tej pory kochało się za coś?

Jak nie skończyć w psychiatryku (albo z zawałem :) ), jeśli tak długo próbowało się dla kogoś zmienić?

Czy słuszne jest próbowanie, by zasłużyć na czyjąś miłość?

Czy wybaczać i czekać na zmiany?

Kiedy się wycofać, jeśli się już widzi, że związek „nie rokuje”?

 

To pewnie nie jedyne pytania związane z tym tematem. Ciekawa jestem, co o tym sądzicie? 

 

Mam nadzieję, M., że tekst Ci się spodobał…

 


 1.
Nie wiem, czy potrafię, czy wystarczy sił
Nie jest łatwo ciągle grać, jeszcze trudniej sobą być
O nic już nie pytaj, lepiej wiedzieć mniej
Dziś zasypiasz obok mnie, nie wiem co przyniesie dzień
Najtrudniej do prawdy przyznać się
Przed sobą…

Ref.
Wiem, dopóki wszystko jest możliwe
Chcę przy Tobie znów czuć się bezpiecznie
Choć tyle błędów już za nami
Znów bez podejrzeń zakochani

2.
Z Tobą mam już wszystko, z Tobą jestem kimś
Chociaż to tak wiele, w zamian nie chcesz nic
Dla Ciebie mogę sobą być
Dziś jedno…

Ref.
Wiem, dopóki wszystko jest możliwe
Chcę przy Tobie znów czuć się bezpiecznie
Choć tyle błędów już za nami
Znów bez podejrzeń zakochani

3.
Ile jeszcze razy [ile razy...]
Uda się nam spojrzeć tak na siebie jak pierwszy raz

Ref. [x2]
Wiem, dopóki wszystko jest możliwe
Chcę przy Tobie znów czuć się bezpiecznie
Choć tyle błędów już za nami
Znów bez podejrzeń zakochani

 

 

Spowiedź lękowca

 

Kiedy lękowiec ma swój atak po raz pierwszy, nie ma pojęcia, co mu jest.

Śpi sobie słodko, kiedy nagle budzi go coś, czego nie potrafi nazwać. Nieprzyjemne uczucie – obawa, strach… Przed czym? Nie wiadomo. Lękowiec leży w łóżku i czuje, że jego serce zaczyna bić coraz szybciej. Tik-tak, tik-tak. Szybciej, szybciej. Mocniej, mocniej. 80 na minutę, 90 na minutę, 100 na minutę… Lękowiec wstaje, idzie do łazienki. Chce stworzyć pozory, że nic się nie dzieje. Przemyje twarz zimną wodą i będzie po wszystkim. Ale nie. W łazience kręci mu się w głowie, w brzuchu coś się przewala… ogarnia go dziwna słabość. Czyżby miał zemdleć? Wraca więc do łóżka. Może przejdzie, jak się położy? 90 na minutę, 100 na minutę, 110 na minutę, 120 na minutę… To straszne bicie serca obudzi wszystkich wokół. Lękowiec leży bez sił. Zapada się w jakąś otchłań. Nie może się ruszyć. Niby wszystko widzi, ale obraz jakiś taki dziwny, zamazany, taki obcy. Końcówki palców u rąk i nóg zaczynają mu drętwieć. Nawet czubek głowy zaczyna drętwieć, choć to akurat wydaje się niemożliwe. Lękowiec stwierdza, że pewnie umiera, ale nie jest w stanie nic zrobić, żeby się temu przeciwstawić. Nie kontroluje już swojego ciała. Oni jest jakby poza nim a jednocześnie jego cząstką. Co za cholerne uczucie. Oddycha ciężko. Wokół niego czai się czarna dziura, która go wchłania. Jak bagno. Słyszy walenie swojego serca. Nie chce umierać…

Ostatkiem sił budzi męża… Co się dzieje? Lękowiec nie może mówić. Leży odrętwiały. Chce poruszyć głową, ale jej czubek jest tak odrętwiały… Co się dzieje? Co ci się stało? Mąż sprawdza puls lękowca. 120 na minutę, 130 na minutę, 140 na minutę… Strach w oczach. Nie jest źle. Daj spokój. Zaraz wszystko przejdzie. Trzyma lękowca za rękę. Powiedz coś. Lękowiec ma takie wielkie oczy. Obok niego siedzi strach, a lęk gniecie mu klatkę piersiową. Jak ma się odezwać? Jaki kolor mają maliny? Jaki mają kolor?

Czerwony – szepcze lękowiec.

Wszystko będzie dobrze. Mąż głaszcze lękowca po dłoni. Nie czuje tego, bo palce ma cały czas zdrętwiałe. Oddychaj głęboko. Pomyśl o malinach. Czy są na pewno czerwone?

Tak – szepcze lękowiec. 

Wargi ma spierzchnięte. Dziwną suchość w ustach. Chce powiedzieć coś więcej, ale ciało go jeszcze nie słucha. Chce powiedzieć, że umiera, choć wcale tego nie chce, ale nie może. To za dużo słów… Oddychaj głęboko… W końcu czarna dziura odpuszcza. 100 na minutę, 90 na minutę, 80 na minutę… Palce przestają mrowić, można poruszać głową. Lękowiec cały czas głęboko oddycha.

Widzisz? Już po wszystkim. Już jest dobrze.

Śpij spokojnie.

No i kto tu nawalił?

 

A i B są małżeństwem. Mają dwoje dzieci. B pracuje w szkole. Jest nauczycielką. A prowadzi własną działalność. Też uczy, ale uczniów indywidualnych. Jak to się mówi – prywatnie. Pracuje ciężko, najczęściej siedem dni w tygodniu. Zarabia wtedy, kiedy pracuje. Jak nie ma lekcji – nie ma pieniędzy. Żyje więc pod dużą presją.

Jakiś czas temu ich syn miał wypadek w szkole – złamał nogę.

Tego dnia B wybierała się na wycieczkę ze swoją klasą. To takie wyjście w nagrodę za uzbierane pochwały. Wychowawca zabiera wtedy klasę do kina albo na kręgle. B na prośbę uczniów wybrała kino. Zarezerwowała bilety i busa, żeby zawieźć i przywieźć z powrotem dzieciaki pod szkołę.

Jakieś dwie godziny przed wyjazdem do B zadzwoniono ze szkoły starszego syna i powiadomiono ją, że złamał nogę. B wpadła w popłoch. Wytłumaczyła, że jest w trudnej sytuacji, bo nie może nagle rzucić wszystkiego w szkole i zrezygnować z wycieczki. Obiecała błyskawicznie zorganizować kogoś innego, żeby zajął się synem. Do męża nawet nie zadzwoniła, bo wiedziała, że nie lubi odwoływać lekcji, gdyż traci wtedy pieniądze. Zadzwoniła do swojej mamy. Ta oczywiście zgodziła się pomóc. 

B miała wyrzuty sumienia, że sama nie pojechała, ale obawiała się, że będzie mieć nieprzyjemności w pracy, jeśli wyjazd odwoła. Autokar był zamówiony i już czekał. Z uczniami nie mógł jechać nikt inny – taka specyfika tego typu wycieczek. No i B już wcześniej raz zmieniała termin wyjazdu z powodu choroby młodszego syna. Odwoływanie wyjścia po raz kolejny chyba byłoby niepoważne.

Kiedy B była już w kinie, zadzwoniła do niej jej mama i powiedziała, że w ośrodku zdrowia nie chcą zająć się chłopcem, bo ona, czyli babcia nie jest jego prawnym opiekunem i nie ma zgody na to, żeby interweniować w tego typu sytuacjach. B zdębiała. Nie mieściło jej się to w głowie. Syn miał w końcu złamaną nogę i cierpiał. No, ale, jak wytłumaczono to jego babci, nie było zagrożenia życia, więc bez prawnego opiekuna lekarze nie mogli nic zrobić. Dzieciak mógł cierpieć do woli.

B postanowiła więc zadzwonić do męża. A wysłuchał jej spokojnie, a potem stwierdził, że właśnie ma lekcję z uczniem, potem kolejną i nie może pojechać do syna. B wytłumaczyła mu, że właśnie jest w kinie z wykupionymi biletami i nie może sobie stąd nagle pójść. A odrzekł, że to rozumie, ale nie może odwołać lekcji, bo straci pieniądze. B, wkurzona na maxa, dalej mu tłumaczyła, że lekarze nie udzielą pomocy ich synowi, jeśli nie będzie przy nim któregoś z rodziców. A zaś nadal tłumaczył, że nie może odwołać zajęć. W końcu B zapytała, ile straci pieniędzy, jeśli odwoła lekcje. A zaczął się łamać, wahać, jakby jednak uznał, że trzeba jechać, ale wymienił kwotę. B stwierdziła, że odda mu te pieniądze. I mąż pojechał…

Potem rozmawiali o zaistniałej sytuacji. A w długiej przemowie udowadniał żonie, że okazała się nieodpowiedzialna, bo to ona powinna rzucić wtedy wszystko i pojechać do syna od razu. B twierdziła, że nie ma racji, na przykład z tego względu, że w przeciwieństwie do niej jeździ samochodem i mógł szybko znaleźć się przy dziecku, a poza tym w jego przypadku w grę wchodziło tłumaczenie się przed jedną osobą z odwołania lekcji. Ona miała na karku swoich uczniów, ich rodziców i firmę, która wynajmowała autokary. A jej zarzucił, że nieodpowiedzialnie traktuje pieniądze, bo przez to, że sam pojechał, stracili parę stów. B powiedziała, że odda mu tyle, ile stracił. Taka jesteś bogata? – spytał ją mąż. Nie – odparła – ale kiedy w grę wchodzi zdrowie dzieci, to ja nie liczę. A jak trzeba, to pożyczę…

Tak czy owak A nie dał się przekonać i nadal żyje w przekonaniu, że jego żona jest nieodpowiedzialną matką i kobietą.

A syn? Włożyli mu nogę w gips na trzy tygodnie. Oczywiście, na zdjęcie gipsu pojedzie B.

Kawałki w dobrym nastroju

 

Dziś mam dobry dzień. Oddaliłam na chwile swoje demony i stany depresyjne :) Nie.. no, oczywiście trochę przesadzam. Oddaliłam smutki. Udało mi się napisać scenariusz przedstawienia. Zabierałam się do tego  i zabierałam, i nic mi z tego nie wychodziło. Brakowało weny, natchnienia, tego czegoś, co powoduje, że jestem w stanie tworzyć. Nie jestem typem rzemieślnika. Raczej artysty. Stąd potrzeba odpowiedniej chili, odpowiednich emocji… Jasne, możecie się śmiać, co to za wysiłek stworzyć scenariusz szkolnego spektaklu. Może to wydaje się błahe, ale ja podchodzę to takich wyzwań ambitnie. Dla mnie każde tworzone przeze mnie przedstawienie ma być małą perełką :)

I tak dziś wreszcie przyszedł ten dzień… może wreszcie dlatego, że zaczęłam powoli akceptować swoją obecną trudną sytuację, znalazłam jakieś rozwiązania… Tak czy owak tekst powstał.

A nawiązując do tytułu… kiedy tworzę, słucham muzyki. Za każdym razem odpowiednio nastraja mnie coś innego.

1. „Under” Alex – kłamałam, ten kawałek pobudza mnie, cokolwiek tworzę :)

2. „I love you in velevet” – Malcolm McLaren – kawałek, który od wielu lat uznaję za szalenie erotyczny. Nie pytajcie mnie, dlaczego pasował mi przy tworzeniu szkolnego przedstawienia ;) Może dlatego, że też jest o miłości? O zbrodni, o karze, o winie…

3. „Wystarczysz tylko ty” Sumptuastic – tak, wiem, że to dicho że hej :) Ale co ja poradzę, że swym tanecznym rytmem sprawia, iż rymy i nie-rymy wychodzą mi tak gładko?

4. „The silence” Alexandra Burke – kawał głosu w cudnym czekoladowym ciele :) Ten kawałek ma moc, poza tym, lubię słuchać mocnych, silnych głosów. Zawsze sobie wtedy wyobrażam, jakby to było cudownie, gdybym to ja umiała tak śpiewać :)

5. „No” Dawid Podsiadło – cudowna piosnka, taka pozytywna, taka skoczna… No i ten Podsiadło ma kapitalny głos. Nic, tylko go słuchać i słuchać. W brzmieniu trochę mi przypomina Stinga. A Sting, moi drodzy, ma taaaaaaki męski głos. Wrrrrr…

6. „Shame” Eurythmics – chyba mniej znany kawałek tego zespołu. Moim zdaniem fajowy. Z pozytywną energią. A takiej trzeba przy tworzeniu :)

7. „Love runs out” One Republic – energetyczny kawałek, naprawdę dobry. Tak dobry jak kiedyś „Apologize”.

8. „Makes me wonder” Maroon 5 – no, tu sprawa jest prosta. W teledysku do tej piosenki  Adam Levine jest po prostu nieprzyzwoicie seksowny, no i jak jej słucham, to sobie o tym przypominam, a to mnie świetnie nastraja ;)

Oczywiście, piosenek, przy których mam natchnienie, jest o wiele więcej. Tym razem to były te :)

A Was? Co pobudza do działania? ;)

Czasem mam ochotę… udusić własne dzieci :)

 

- Tit, chodź, zjesz grejpfruta…

- Idę, mamuńciu kochana.

Tit grzecznie siada na krześle.

- Umiesz zjeść sam?

- Chyba sam nie zjem tak ładnie. Pokarmisz? – Tit robi słodkie oczy.

- Uhm. Dobrze. Jesteś chory, to cię z tego tytułu pokarmię… Ol, chodź, zjesz jakiś owoc! – namawiam starszego syna.

- Zaraz – słyszę z góry.

- Ol, chodź teraz.

- Jeszcze chwilka.

Czekam 20 sekund.

- Oooool !!! Złaź tu natychmiast !!!

- No, dobra…

Człapanie po schodach. Ol niespecjalnie szczęśliwy siada przy stole.

- Jeśli cię wołam i chcę, żebyś zszedł teraz, to masz to robić od razu.

- Przecież zszedłem.

- Od razu?

- Mamuniu – odzywa się Tit – no, karm mnie karm, taki jestem chory.

- Już Titku, już… No więc – zwracam się do Ola – zlazłeś od razu czy nie?

- Nie.

- Otóż to. Nie rób tak więcej, bo szlag mnie trafi a wtedy biada ci… Wcinaj grejpfruta. Titkowi smakuje.

Mały uśmiecha się radośnie.

- O tak, mamuniu, był pyszny.

Ol majstruje przy grejpfrucie.

- Jest jakiś dziwny.

- Kto? – pytam, zmywając naczynia.

- No, ten grejpfrut. Jakiś taki miękki. 

- Jest dojrzały – wzdycham ciężko.

- Raczej spleśniały – Ol patrzy na niego z obrzydzeniem.

- Daj spokój, dałam jego część Titkowi. Zauważyłabym, gdyby był spleśniały…

- Mamuniu – pyta Tit – co to znaczy spleśniały?

- Śmierdzący – triumfalnie rzuca Ol – cha, cha, cha.

- Ol, jasny gwint, co ty mówisz – strofuję go nieudolnie.- Spleśniały znaczy zepsuty, nieświeży, nienadający się do jedzenia…

- Czyli śmierdzący? – pyta Titek przymilnie.

- Brzydko pachnący, ok?

- Ok.

- Śmierdzący, śmierdzący – słyszę szept Ola.

- Śmierdzący, śmierdzący – szepcze zachwycony Tit.

Postanawiam mieć to w nosie i zmywam dalej naczynia.

- Jesz tego grejpfruta, Ol?

- Nie mogę, jest jakiś dziwny, mogę coś innego?

- Dobra – siadam przy stole – obiorę ci pomarańczę.

Obieram i rozkładam na talerzu.

- Jedz.

Zmywam dalej naczynia.

- Pomarańcza jest jakaś dziwna.

- Jaka?

- Dziwna. Coś z nią nie tak.

- Mamuniu – wcina się Tit – pójdę na dwór, co?

- Jesteś chory, nie możesz… Ol, zaczynasz przeginać, jedz.

- Mamo, pójdę, pozwól, prooooooszę.

- Musisz siedzieć w domu, Titku, bierzesz antybiotyk, który nie zadziała, jeśli będziesz latać po dworze.

- Tak się nudzę w domku – wzdycha Tit – tak bym już chciał wyjść.

- Kiedy nie mogę jeść – jęczy Ol. – Ta pomarańcza jest… taka miękka.

- Dojrzała jest !!! – ryczę znad zlewozmywaka. – Dojrzała, w mordkę jeża. Jedz!

- Ale ma tu takie coś, to jest dziwne. Nie mogę jej zjeść.

- Mamuniu, niech Ol nie je. Daj mu kanapkę z nutellą.

- Jeszcze czego – burczę. – Ol – wpadam nagle na pomysł – to zjedz jabłko.

- A, to już wolę pomarańczę – godzi się nagle Ol.

Te dzieci…

:)

 

 

Wiąże mocniej niż ślub

 

No, zgadnijcie, o czym mowa?

O kredycie hipotecznym oczywiście.

Wiąże on ludzi tak mocno, że przysięgi składane w kościele/urzędzie to przy nim mały pikuś :)

Miałam niedawno okazję rozmawiać z pewną przemiłą panią mecenas. Uświadomiła mnie ona, że rozwieść się jest w sumie łatwo, ale pozbyć wspólnego kredytu hipotecznego już nie.

Bez względu na to, co partnerzy/małżonkowie ustalą między sobą; bez względu nawet na to, że sąd przychyli się do ustaleń, na podstawie których jeden z partnerów przejmuje kredyt, i tak głos decydujący ma BANK. Guzik go obchodzi, że jedna osoba chce i będzie spłacać pożyczkę. Guzik ich obchodzi, że ludzie chcą się rozstać i nie mieć już ze sobą nic wspólnego. Guzik.

Jak dwie osoby brały kredyt, to dwie mają go spłacać i tyle. Wiele razy zdarza się, że przed sądem małżonkowie ustalają, kto będzie spłacał kredyt. Zobowiązują się absolutnie, wszystko jest spisane itd. I co z tego, skoro potem i tak bank ma to w nosie.

Oczywiście, zdarzają się wyjątki. Jeśli jedno z partnerów zarabia naprawdę dużo, to jest spora szansa przekonania banku do odpisania jednej osoby z umowy kredytowej.

No, ale często, kto wie, czy nie najczęściej, jest tak, że kredyt biorą ludzie ze średnimi zarobkami. Nierzadko właśnie dlatego umowę podpisują dwie osoby, bo dopiero wtedy mają wymagany do pożyczki dochód.

Pani mecenas powiedziała mi, że regularnie odwiedzają ją mężczyźni/kobiety/pary, których wiążą kredyty, a chcieliby się rozwieść. A tu rozwód owszem, ale kredycik płacimy do śmierci, razem…

Okazuje się, że daje się we znaki i kryzys gospodarczy, i cholerny kapitalizm. Nieruchomości tracą na wartości, frank drożeje, ludzie biednieją… Na rynku zastój. Zwłaszcza jeśli chodzi o domy (bomba, ja właśnie mam dom). Pracuje się za dwóch, za trzech, żeby zarobić na… kredyt. A potem przez ten kredyt rozpadają się związki, bo ludzie żyją, żeby pracować a nie na odwrót.

Kredyty hipoteczne stają się jakimś przekleństwem. Choć wydawać by się mogło, że powinny być dobrodziejstwem. No, bo dzięki nim mamy coś swojego. Rzadko zdarza mi się spotkać kogoś, kto po prostu ma swoje lokum i go nie spłaca. Nieruchomości są dziś za drogie, żeby je sobie kupić o t tak. A więc dzięki pożyczkom można się usamodzielnić, jak to się mówi, pójść na swoje.

Trudno przewidzieć, co się stanie dalej. Może być różnie. Życie się ułoży. Albo i nie. I wtedy klops. Nie opuścisz kredytu ot tak… o nie…