Raz na wozie, raz pod wozem

 

Ostatnio jestem ciągle pod wozem :(

Jasny gwint. Nienawidzę tego stanu. Mam wtedy nieodparte wrażenie, że straciłam kontrolę nad własnym życiem. W pracy zaczęłam zawieruszać różne rzeczy, np testy moich uczniów. Oj, niedobrze. To znak, że za dużo mam na głowie. Niekoniecznie spraw związanych z pracą. Także innych. Życie osobiste się zawaliło. Trzeba się przestawić na nowe a to niełatwe. Wchodząc do szkoły, trzeba zamknąć za sobą kłopoty prywatne, szeroko się uśmiechnąć i wykonać 130% normy. Być miłym. Być radosnym. Empatycznym i współczującym. Wyrozumiałym i cierpliwym. O niczym nie zapomnieć. Niczego nie zgubić. A w środku wszystko krzyczy. Bo czy tak naprawdę można zamknąć za sobą drzwi i jednocześnie porzucić wszystkie problemy? Zapomnieć o nich? Kiedyś myślałam, że tak. Że to możliwe. Miałam w życiu pewien traumatyczny okres, kiedy wyjście do pracy (czyli ucieczka z domu) okazywało się wyzwoleniem. Wolnością. Dzięki pracy nie zwariowałam. Jakoś to wszystko porozdzielałam. Dramaty w domu i udane życie zawodowe. Co prawda od tamtego czasu miewam stany lękowe, ale można z tym żyć. Mogło być znacznie gorzej.

A teraz? Trudniej mi zamykać jedne drzwi, zapominać o kłopotach, i otwierać drugie. Czy to dlatego, że jestem starsza? Czy dlatego, że siły wystarcza na raz? Nie wiem.

Tak czy owak, wczoraj miałam kryzys. Nie mogłam zasnąć. Myślałam o tym, ile jeszcze mam rzeczy do zrobienia w pracy (po godzinach). Wyszło, że za dużo. Potem pomyślałam, po co wzięłam sobie na głowę tyle obowiązków? Głupi babsztyl ze mnie. Wiecznie chce być liderem… Następnie dopadła mnie refleksja, że nie mam z kim o tym porozmawiać. Już od dawna. W domu nikogo takiego nie mam, a powinnam mieć. Koleżanki to czasem za mało. To z kolei utwierdziło mnie w przekonaniu, że moja decyzja o rozstaniu była właściwa. A ta myśl wywołała smutek. Że, cholercia, będę sama. W sumie  i tak jestem od kilku lat, ale wiecie, teraz to będzie tak oficjalnie. Potem znów pomyślałam o pracy. Jakby tu zarobić więcej, żeby sobie poradzić w pojedynkę? Coś trzeba wymyślić. Na koniec stwierdziłam, że życie bywa do bani, ale nie ma wyjścia, trzeba żyć dalej. Do przodu. Do przodu. Bo jak stanę i zacznę płakać, to co mi to da?

Tyle że wiecie, co? Chciałabym sobie popłakać. A raczej wypłakać się na czyimś ramieniu. Tak przez chwilę. Może nieco dłużej. Chciałabym czasem pobyć kruchą, małą kobietką… Usłyszeć, że jestem fajna. Że wszystko będzie dobrze. Że świetnie sobie radzę. I w ogóle kapitalna ze mnie babka :)

I tak po tym płaczu i tych słowach wzięłabym się w garść. I dalej… do przodu.

Cóż. Nie mam wyjścia. I tak muszę wziąć się w garść :)

W pracy wszystko musi się ułożyć, a ja sobie muszę poradzić i tyle. A prywatnie… jak przeczekam to, co trzeba, jak znajdę się w nowym miejscu, nowym domu, to i nowe siły się znajdą. Wierzę w to. Ale póki co daję sobie prawo do małej „deprechy”, do małego kryzysu. Kurczę, nie jestem w końcu robotem :)

17 myśli nt. „Raz na wozie, raz pod wozem

  1. ~Kara

    OOOOOOO,osięgnęłaś mój pułap samoświadomości :(
    Ja nie pamiętam kiedy udało mi się przespać spokojnie całą noc,i to nie tylko dlatego że jest mały człowieczek. A raczej dlatego,że sama jestem do kłopotów.Co z tego że obok jest mąż,kiedy w takich sytuacjach podbramkowych słyszę ” no ale co ja mogę?” i koniec rozmowy. A ja myślę i kombinuję. Cokolwiek bym robiła to z tyłu głowy pełza ta wstrętna myśl ” mamy kłopot”- mamy? Ja mam. JA muszę kombinować,JA muszę załatwić,JA muszę pogadać,JA JA JA.A ja mam już dość.Ja bym chciała powiedzieć ” nie wiem, nie umiem,załatwcie to za mnie”.Nie tak dawno bo jakoś w październiku załapałam doła,naprawdę już nie wiedziałam co mam zrobić. Zadzwoniłam do teściowej. Zaczęłam gadać,wyżalić się chciałam, powiedziałam coś w stylu że najchętniej bym się nawaliła żeby choć na moment zapomnieć, nie myśleć. I się zaczęło: ale co ty mówisz,nie możesz,jak to pić chcesz? Ani słowa na temat mnie dobijający tylko przyrzepiła się do tego „picia” . Na koniec usłyszałam” Ty wiesz że rozmawiamy ponad 40 minut??!!!! No ale trudno,nic się nie stało.Trzymaj się.” Dla jasności to ja dzwoniłam,ja płaciłam.
    Mój obecny stan to taki że choćbym chciała sobie popłakać to nie umiem.Napięcie jest takie że każdy mięsień boli.Kolejna stacja to zawał…..Czy będzie kolejna czy ta się okaże końcowa-nie wiem.

    Odpowiedz
    1. Ruda Autor wpisu

      Oj, niedobrze… jaki zawał? Wypluj te słowa. Co się dzieje? Jakie masz kłopoty? Opowiadaj. Może coś razem wymyślimy :)

      Odpowiedz
      1. ~Kara

        W jakiś sposób organizm w końcu da znać ,że już więcej nie da rady.A skoro nie potrafię odstresować się,żyję w ciągłym napięciu to jak myślę tak bez echa to nie przejdzie.
        A co do kłopotów…..nie będę Ci zatruwać bloga :) Ponarzekam trochę,i albo wezmę się za siebie albo poczekam na takiego mocnego kopa. W końcu będzie lepiej,musi :)

        Odpowiedz
          1. ~Kara

            Jak tylko zacznie się kręcić w pożądanym kierunku to na pewno. Jak na razie to Twój blog i jeszcze trzy są moją odskocznią i chwilowym wytchnieniem. Dzięki za to :)

  2. ~Karolina

    Witaj!
    Nie znamy się osobiście ale czytam Twojego bloga już od jakiegoś czasu i powiem Ci, że jesteś super babką! Zawsze kiedy mi źle, czytam Twojego bloga i od razu lepiej :D
    Mam nadzieje, że w życiu CI się ułoży i będę mocno trzymać kciuki!!
    Pozdrawiam gorąco KAPITALNĄ babkę!

    Odpowiedz
  3. LuzneGadki

    Wyplacz sie porzadnie, bo w podobnych sytuacjach nawet faceci placza. A pozniej podnies do gory ruda glowe i po prostu idz dalej. Jestem pewien, ze sobie poradzisz. Powodzenia. Aha… i wyjdzze wreszcie spod tego wozu na milosc boska ! To nie miejsce dla ciebie! :)

    Odpowiedz
  4. ~Melisandre

    Ruda, nie umiem pocieszać, wszystko w takich chwilach z reguły brzmi banalnie… Jednak czas naprawdę leczy rany i pomaga spojrzeć na wiele spraw z dystansu. Wytrwałości Ci życzę, siły i odwagi. No i żebyś w wkrótce znalazła się na wozie! A że kapitalna babka z Ciebie, nie mam wątpliwości :-) !

    Odpowiedz
      1. ~Jula

        Dzieki Tobie uzmyslowilam sobie jaka ze mnie szczesciara… mieszkam za granica Polski i bylam naiwna i myslalam ,ze „wszyscy Polacy to jedna rodzina „a tu wszyscy mydla oczy i udaja przyjaciol !!! Czulam sie samotna i myslalam , ze nie mam do kogo ust otworzyc … a tu … jak sie wiedzie kiepsko, jest maz , ktory wyslucha, poglaszcze, da rade i jakos idzie sie do przodu ! Jeszcze raz dziekuje Ci , ze otworzylas mi oczy i moge z cala swidomoscia powiedziec , ze ON jest mym powiernikiem i bratnia dusza…….danke…jak sie mowi w mojej okolicy :)

        Odpowiedz
  5. Mamcia

    Witam.Jak bym czytała o sobie. Tylko mała różnica,aja mam drugą połowę ,ale jakby jej nie było i są jeszcze dzieci. Dlatego i w pracy i w domu na pełnych obrotach. Dlatego zdecydowałam się na roczny urlop, bo myślałam ,że zwariuję. Nie mogłam się skupić w szkole,młodzież mnie drażniła. A chcę zaznaczyć ,że bardzo lubię swoją pracę. ten stan rzeczy dawał mojemu organizmowi znać ,że trzeba cos zrobić. Obiecałam sobie ,że ten rok poświęcę dla siebie i dla dzieci .Ale nic z tego…..mój pan stracił pracę -masakra,ale to inna bajka. POzdrawiam

    Odpowiedz
  6. matka prawie wariatka

    Oj miewam tak kilka razy w roku.
    A tym bardziej teraz, kiedy mam STWIERDZONE(!!!) – czaisz – przez lekarza napięcie przed, znane jako PSM to legalnie se mam depresję co miesiąc ;)
    I czekoladą mogę się zapychać, bo mi smutno.
    I jak kubek rozpierdzielę na ścianie, też zganiam na PSM, że mi gra na emocjach :D

    Nie jestę spamę :)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>