Archiwa kategorii: dlaczego baba jest wredna

A gwiazdy radzą sobie ze wszystkim…

Lubię czytać o gwiazdach. Lubię czytać o wielkich aktorkach. O celebrytkach (wielkich bądź nie) już niekoniecznie :) Kiedy tak zagłębiam się w opowieściach o nich (chcąc nie chcąc, także o celebrytkach, bo trudno przeoczyć głośne nagłówki i w prasie, i w necie), dochodzę do wniosku, że łączy ich jedno… Nie, nie kasa, choć ona pewnie też. Nie, nie dbanie o wygląd, choć to pewnie też. Najważniejsze, że one (prawie) wszystkie są… uwaga, genetycznie zmodyfikowane albo zmutowane albo są terminatorami albo nie wiem, czym jeszcze, ale to coś, ten dziwny ktoś jest: super zorganizowany, super łączy fantastyczną karierę z fantastycznym życiem osobistym, zawsze wygląda super, zawsze jest super młody (nawet jak jest stary). Po prostu jest SUPER. 

Hmm… jak one to robią? Powiedzcie mi. O jednej czytam, że jeździ ze spektaklami po całym kraju, prowadzi jakiś portal, gra w serialu, ma dwoje dzieci i świetnie ze wszystkim sobie radzi. Kariera rozwija się owocnie, dzieci również, partner szczęśliwy, dom zadbany. Wszyscy szczęśliwi. O innej czytam, że gra w dwóch serialach w stolicy, ale mieszka gdzie indziej, więc dojeżdża, też ma dzieci i wszystko extra łączy. Wszyscy zadbani i szczęśliwi. Inna ma etat w teatrze, w serialu też gra, oczywiście dziecko ma również, no i, jak się pewnie domyślacie, bez problemu godzi świetną karierę z byciem świetną matką, żoną i gospodynią domową. Kolejna ma dwa domy, w Polsce i gdzieś tam, jeden serial, jakieś show, dwoje dzieci i męża. Oczywiście nikt na niczym nie cierpi. Ani dom i dzieci na rozwijającej się prężnie karierze mamy, ani kariera na tym, że gwiazdka ma małe dzieci i prowadzi życie rodzinne. Bo, żeby nie było, one wszystkie radzą sobie same. O opiekunkach, gosposiach to ja nie słyszałam i nie czytałam.

I tak sobie myślę, czy ja jestem wredna, zazdrosna, zawistna i dlatego im nie wierzę? Czy może mam kompleksy, świadomość własnego roztrzepania i niedoskonałości? I z tego powodu kładę opowieści o ich super życiu między bajki?

Wiem, że są kobiety bardzo dobrze zorganizowane. Znam takie. Sama taka nie jestem, choć radzę sobie wcale nie najgorzej :) Jednak nie wierzę w takie życie, jakie one przedstawiają: w to cudowne godzenie wszystkiego ze wszystkim, w to, że przy takim natężeniu życia zawodowego świetnie radzą sobie same. A przede wszystkim, nie wierzę absolutnie, że na ich cudownie rozwijającej się karierze nie tracą ich bliscy, głównie dzieci.

Moim zdaniem coś się dzieje kosztem czegoś. Nie da się inaczej. Jeśli skupię się bardziej na życiu zawodowym, będę miała mniej czasu dla domu i rodziny. I na odwrót, jeśli uznam, że chcę i mogę skupić się przede wszystkim na życiu rodzinnym, domowym, to oznacza, że mniej będzie się działo w mojej „karierze” :)

Nie wierzę w układ idealny, idealne proporcje. Sądzę, że są możliwe tylko teoretycznie. Albo w wywiadach z gwiazdami ;)

Dlaczego więc te gwiazdy, aktorki czy celebrytki (ten podział jest dla mnie istotny: aktorka to coś więcej niż gwiazda, a gwiazda to coś więcej niż celebrytka) mydlą nam oczy, twierdząc, że są super kobietami? Jaki jest powód takiego stanu rzeczy i jaki jest jego cel?

Stracą reputację, kiedy przyznają się do normalnej, ludzkiej niedoskonałości?

Ucierpi na tym ich wizerunek?

Ich menadżer każe im tak mówić? :)

Żyją złudzeniem, że takie są boskie?

A może to wszystko wpisuje się też w modę na super kobiety? Bo gdzie, biedna babo, nie spojrzysz, wszędzie mówią, piszą, że masz być extra we wszystkim, bo to przecież takie proste… Praca, dom, dzieci, obowiązki – nic łatwiejszego. A potem jeszcze masz świetnie wyglądać od rana do wieczora, siedem dni w tygodniu… Modnie, trendy czy coś tam. No i super forma. Zero tłuszczu, płaski brzuch, te sprawy. A, i jeszcze znajdź czas na znajomych, randkę z mężem/partnerem i jakieś spa. I ulubiona książkę. I powtarzaj to wszystko regularnie, bo tylko wtedy ma to sens. Nie odpuszczaj. Nie pozwalaj sobie na słabość. Life is brutal. Popatrz na znane twarze – one wszystkie tak żyją. Ze wszystkim świetnie sobie radzą. To nic, że z Twoich obliczeń wychodzi, że doba naszych gwiazd ma prawdopodobnie 36 godzin. To nic. Jesteś po prostu chora z zazdrości i wietrzysz spisek, bo sama tak nie potrafisz. A one potrafią! Weź więc tyłek w troki i zorganizuj się idealnie, jasny gwint, bo to przecież żadna sztuka…

Ależ jestem happy!

 

Słuchajcie, przymierzałam się, żeby pisać o feministkach, potem o ciąży i chodzeniu na obcasach, potem o namiętnej miłości… Ale nie mogę się zebrać do tak poważnego pisania :) Zaczęły się wakacje, rok szkolny skończył się fantastycznie, chociaż miałam tyle na głowie, że cały czas odsypiam i odreagowuję.

Co ciekawe, ktoś mi ostatnio napisał, że nie rozumie, jak mogę zapominać o czymkolwiek, skoro pracuję 18 godzin tygodniowo. Cha, cha, cha… Opisywałam Wam kiedyś te moje słynne 18 godzin, które jakoś tak regularnie rozrastają się do 40-tu, jak u każdego pracującego poza szkołą człowieka. Powiem tyle, zorganizowałam świetne zakończenie roku z extra przedstawieniem, wcześniej kapitalny Dzień Regionalny, konkurs literacki, zorganizowałam fajną wycieczkę. I to wszystko w ostatnich dwóch miesiącach. Miałam w tym wszystkim cudowną partnerkę, koleżankę po fachu, z którą góry możemy przenosić :) Każdy mój miesiąc w pracy jest intensywny. I nie jestem, jako nauczyciel, jakimś odosobnionym przypadkiem. Myślę, że gdyby nie wakacje, oszalałabym. Naprawdę. Praca w szkole potrafi być satysfakcjonująca, ale potwornie wyczerpująca. A ja do tego nie umiem robić mało i byle jak, angażuję się „na maxa”.

Ale, co najważniejsze… zwolniono z pracy pewną blond-świnię, o której kiedyś pisałam. 

Zatruwała mi życie przez dwa lata. Nie tylko mi, jak się okazało. Pisałam Wam, jak poszłyśmy z koleżankami zwyczajnie „nakablować” na nią, bo już miałyśmy dość. Blondi się nieco uspokoiła, ale pod koniec roku znowu zaczęła rozrabiać. Poszłam więc, tym razem sama, do dyrekcji i o tym powiedziałam. Ten mój donos (nie oszukujmy się) okazał się chyba gwoździem do trumny. Czyli tylko utwierdził moich przełożonych w przekonaniu, że należy jednak ją zwolnić. Myślcie sobie o mnie, co chcecie, ja się CHOLERNIE CIESZĘ. Nie będzie jej! I BARDZO DOBRZE, że ją zwolnili. ZASŁUŻYŁA na to! :)

Kiedy robiłam, po raz pierwszy w życiu, noworoczne postanowienie, obiecałam sobie, że muszę tak pokierować sprawami zawodowymi, żeby ponownie sprawiały mi satysfakcję. Taką dużą jak kiedyś. Obiecałam też sobie rozwinąć skrzydła. Pracuję nad tym cały czas. To dopiero początek zmian :)

Siedzę dziś SZCZĘŚLIWA. Piszę artykuł do pewnego czasopisma, słucham cudownej piosenki i tak mi cholernie dobrze. A przecież może być tylko lepiej. To dopiero początek :)

A o piosence też muszę Wam  napisać. Zakochałam się w niej. Słucham jej teraz chyba 20-ty raz. No, tak już mam. Jak mi jakaś wpadnie w ucho, słucham jej tyle razy, aż umiem na pamięć każdy moment, dźwięk… Ta jest niesamowita. Mam w sobie moc czy siłę, nie wiem, jak to nazwać. Przy takiej muzyce od razu mam wenę twórczą :)

Co ciekawe, na początku myślałam, że Sia śpiewa pierwszy fragment po francusku :) Nawet tytuł „Chandelier” tak jakoś „z francuska” brzmi ;) Ale nie. Sia śpiewa po angielsku, tylko tak zabawnie „zaciąga”. Może pochodzi z Francji? Nie wiem. Nieważne. Tak samo początkowo nieistotne było dla mnie, o czym ona śpiewa. Ale po wysłuchaniu jej piosenki po raz 15-ty uznałam, że trzeba sprawdzić, o co chodzi w tekście. Bez tego trudno w pełni się zachwycać :)

Miałam kiedyś cudownego znajomego (może nawet przyjaciela?), który fantastycznie tłumaczył mi przeróżne piosenki. Tak, wiecie, z duszą :) Niestety, czymś go wystraszyłam, może nadmierną szczerością, i teraz sama muszę sobie radzić z tłumaczeniami :)

Zaraz Wam załączę link, posłuchajcie Sii – cudny kawałek. A i tekst niezły. Jak tak wejść w niego głębiej, to jest przeraźliwie smutny. Ale słucha się fenomenalnie.

 

 

Imprezowiczki nie da się skrzywdzić

Kiedy się nauczę, potrafię nic nie czuć
Wciąż popełniam te same błędy

Jestem z tych, z którą dobrze spędza się czas
Telefon wydzwania, dobijają się do moich drzwi
Czuję miłość, czuje ją

Raz, dwa, trzy Raz, dwa, trzy piję 
Raz, dwa, trzy Raz, dwa, trzy piję 
Raz, dwa, trzy Raz, dwa, trzy piję 

Raz po raz, aż tracę rachubę

Będę zwisać z żyrandola
Z żyrandola
Będę żyć, jakby jutra miało nie być
Jakby jutra miało nie być
Będę latać jak ptak przez noc
Czuć zasychające łzy na twarzy
Będę zwisać z żyrandola
Z żyrandola

Trzymam się z całych sił
Nie spojrzę w dół, nie otworzę oczu
Kieliszek pozostanie pełny aż do świtu
Muszę wytrwać tej nocy
Pomóż mi, opieram się temu ze wszystkich sił
Nie spojrzę w dół, nie otworzę oczu
Kieliszek pozostanie pełny aż do świtu
Muszę wytrwać tej nocy

Słońce świeci, a ja się rozpadam
Musze wyjść stąd, uciec od tego
Taki mi wstyd…

Raz, dwa, trzy Raz, dwa, trzy napój
Raz, dwa, trzy Raz, dwa, trzy napój
Raz, dwa, trzy Raz, dwa, trzy napój

Jeden za drugim, aż tracę rachubę

Będę zwisać z żyrandola
Z żyrandola
Będę żyć, jakby jutra miało nie być
Jakby jutra miało nie być
Będę latać jak ptak przez noc
Czuć zasychające łzy na twarzy
Będę zwisać z żyrandola
Z żyrandola

Trzymam się z całych sił
Nie spojrzę w dół, nie otworzę oczu
Kieliszek pozostanie pełny aż do świtu
Muszę wytrwać tej nocy
Pomóż mi, opieram się temu ze wszystkich sił
Nie spojrzę w dół, nie otworzę oczu
Kieliszek pozostanie pełny aż do świtu
Muszę wytrwać tej nocy

O matce, żonie, kobiecie cholernie niedoskonałej

 

Czyli o mnie.

I bez kokieterii.

Jak ja się uchowałam jako matka dwóch całkiem fajnych synów, to ja nie wiem. A jako żona? koleżanka? Pracownik? Wiecznie o czymś zapominam. Notorycznie.

Dlaczego? Powiedzcie mi? 

1. Ostatnio zapomniałam o zakończeniu roku w przedszkolu mojego młodszego syna… Tak, zapisałam sobie wcześniej w kalendarzyku, że będzie, podkreśliłam odblaskowym kolorkiem i co z tego? I zapomniałam. Co prawda młody cały tydzień siedział w domu, więc to nie było tak, że go odprowadziłam do przedszkola, a potem o nim zapomniałam. Ale tak czy owak, nie pokazaliśmy się na uroczystości.

2. Jutro zakończenie roku ma mój starszy syn. Spoko, pamiętam. Ale nie idę, bo sama jestem nauczycielem i mam własne zakończenie roku (taki pech co roku, cholera). Dziś dostrzegłam, że pierworodny wyrósł z białej koszuli (jedynej, jaką miał). Czyli jego strój galowy nie istnieje. Dziś to dostrzegłam w godzinach mocno wieczornych. Faktycznie, teraz pamiętam, że już we wrześniu zauważyłam, że trzeba będzie kupić mu nową koszulę. I zapomniałam. I nauczycielskie dziecko pójdzie na zakończenie roku w eleganckiej co prawda koszuli, ale nie białej.

3. Kiedy wróciłam dziś do domu z pracy, starszy mi powiedział:

- Mamo, nie zrobiłaś mi dziś śniadania do szkoły.

- Serio? – ja na to – a dlaczego?

- Ja nie wiem, dlaczego, ale nie zrobiłaś. Musiałem sobie coś kupić z WŁASNYCH  pieniędzy.

- Skandal – kiwam grzecznie głową – chyba oddam Ci kasę.

- No, mogłabyś – cieszy się synuś.

4. Młodszy był ze mną ostatnio w pracy.

- Mamuś, a wzięłaś mi jabłuszko? – spytał, kiedy zgłodniał.

- Jabłuszko? – ja na to nieprzytomnie. – A miałam wziąć?

- Tak, prosiłem w domku, żebyś wzięła, jak będziemy do ciebie jechać.

5. Koleżanka w pracy dziś mnie spytała:

- Kochana, wypełniłaś mi ten druczek? Wiesz…

Chwila milczenia z mojej strony.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałam go wypełnić – mówię – tylko schowałam go tak dobrze, żeby go nie zgubić, że nie mogę go teraz znaleźć. Dasz mi nowy? – uśmiecham się przymilnie.

- Dam, dam – kumpela macha ręką. Dobrze mnie zna :)

6. W domu ostatnio dopadł mnie mąż:

- Kochanie, kupiłaś musztardę? Skończyła się…

Oczywiście, w mordę jeża, zapomniałam. A obiecałam mężusiowi wczoraj (i przedwczoraj), że kupię…

- A nie było w sklepie… – podsuwam wstrętne kłamstwo.

- Znowu? – ślubny wzdycha głęboko.

- Kupię jutro, gdzieś znajdę tę twoją ulubiona musztardę.

To „jutro” było dziś. Cholera jasna, znowu nie kupiłam, bo znowu zapomniałam. Pieprzona musztarda rosyjska. A francuska stoi w lodówce i nikt jej nie chce. Dlaczego przez pół roku niczego w lodówce nie brakuje, a potem, jak już raz zapomnę, to lecę po całości? O niczym już nie pamiętam. Majonezy ostatnio kupiłam trzy ogromne. Bo jak zapomniałam, to przez tydzień nie było wcale. No, to teraz jest zapas, że hej…

I mogłabym tak tu opowiadać praktycznie bez końca. Czasem myślę, że pamiętam zdecydowanie mniej niż nie pamiętam. To straszne.

O plasterkach, malinkach i byciu celebrytą

 

Od kilku dni paraduję do pracy z plasterkiem na szyi.

Wzbudzam powszechne zainteresowanie. Wszyscy zwracają na mnie uwagę. Wow. Że też nie wiedziałam wcześniej, że to takie proste. Przyklejasz plasterek i już. Każdy zaczepi, zapyta, okaże ciut troski (albo i więcej niż ciut). Jestem popularna. Jestem normalnie zakładową celebrytką.

- Co ci się stało? – słyszę głos zatroskanej Beatki.

- E, nic – odpowiadam od niechcenia – takie tam… zadrapanie.

- Kot cie drapnął? – drąży Beatka

- Moja kocica nie drapie…

- To co ty tam masz? – Beatka zapuszcza żurawia i próbuje zajrzeć pod plasterek.

- No, mówię przecież, coś mnie udrapało – odsuwam się od niej na bezpieczną odległość.

- Ha – Beatka podskakuje z triumfem – to nie wygląda jak zadrapanie.

- A daj ty mi spokój, idę na lekcje – i zmykam.

 

- Proszę pani, co się pani stało? – pyta z troską Marcelinka.

- Nic – ja na to krótko, zwięźle i na temat.

- Ale ma pani plasterek. Co się pani stało? Ktoś panią uderzył?

- W szyję? – odzywa się Bartek – aleś wymyśliła… nie da się uderzyć w szyję.

- Da się – wtrąca się Kinga – ale siniaka nie będzie. Ma pani siniaka? Niech pani pokaże…

- Hej – ja na to – a może byście zeszyty otworzyli, co? Temat byście zapisali, a nie się moim plasterkiem zajmujecie…Jazda, długopisy do rąk.

- Dobrze, dobrze – chwila spokoju. Piszą.

- Proszę pani? – Mateusz podnosi rękę do góry.

- Taak?

- Ale dlaczego ma pani plasterek na szyi?

- Wampir mi się wessał – odpowiadam przekonująco.

- Jak to? – Mareclinka patrzy niedowierzająco.

- Wampir – powtarzam – robimy lekcję czy nie? – zadaję najgłupsze pytanie na świecie.

- Nieeeeee – chóralna odpowiedź – niech pani opowie o tym wampirze…

- Dobra – kapituluję. A co tam, mała dygresja nie zaszkodzi. Wyrabiam się w końcu z materiałem, no nie? – A więc ten wampir przylatuje do mnie od czasu do czasu i wsysa mi się w szyję. Wampiry, jak wiecie, muszą czasem coś zjeść, a ja mam niezwykle szlachetną i smaczną krew, toteż użyczam je czasem nieco. Wampir jest miły i do tego przystojny. Czemu miałabym go nie nakarmić? Wpadł kiedyś do mnie, pogadaliśmy. Zwierzył mi się, że często cierpi głód. Wampir też człowiek, uznałam, że trzeba mu pomóc… Wysysanie krwi to operacja całkiem bezbolesna… No, to teraz, przejdziemy do tematu lekcji…

Chwila ciszy. 18 par oczu patrzy na mnie dość dziwnie. Widzę, jak głowy im parują, gdyż zachodzi w nich skomplikowany proces myślowy – co tym razem pani ma na myśli? Znają mnie i moje dziwne historyjki. Rok wcześniej utrzymywałam, że mam 59 lat i przez chwilę nawet mi uwierzyli, taka byłam przekonująca. Od czasu do czasu ganiam ich z okrzykiem: „Nahajem bić was będę po gołych plecach…” – jak nie chce im się pracować. Udają, że wierzą i mają niezły ubaw. „Stracisz lewe ucho, jeśli jeszcze raz oddasz mi taką pracę” – kiedy nie jestem zadowolona z efektów. Wiedzą, że umarłabym, gdybym była ciągle serio. 

- O rany – Marcelinka klepie się w kolano – ja wiem… pani ma malinkę…

- A co to jest malinka? – dopytuje się Dominik – bo ja nie wiem…

- No co ty, nie wiesz? – Kinga odzywa się z wyższością – to ja ci powiem…

- Cicho! – robię groźną minę – uświadamiać będziecie się na przerwie. – Od tej pory, kto zapyta jeszcze raz o wampira, plasterek lub malinkę, napisze w domu 245 razy, że jestem najlepszym nauczycielem na świecie… Wyciągajcie podręczniki, przeczytamy fajny tekst…

 

W pokoju nauczycielskim znowu wzbudzam zainteresowanie.

- Co ty tam masz? – pytają mnie.

- To nie jest zadrapanie – tajemniczo podpowiada im Beatka.

- To co?

- Dobra – poddaję się – uprawiam z mężem strasznie perwersyjny seks. Wiążemy się, zniewalamy, upadlamy i takie tam. Potem zostawiamy ślady na swoich ciałach, bo to nas bardzo rajcuje. Taka pamiątka, wiecie, tu byłam, to mój teren albo coś w tym stylu… Zwykle zostawiamy te ślady od szyi w dół, ale tym razem nas poniosło i oboje chodzimy oplasterkowani…

Ok, no trochę przegięłam, może nawet ciut więcej niż trochę, ale żebyście zobaczyli ich miny – BEZCENNY widok…

- Ruda, chodź ze mną na fajka – odzywa się w końcu Kaśka – pogadamy…

I tak tworzy się swoją legendę ;)

O kulinarnej niedoskonałości

 

Jadę samochodem z koleżanką z pracy. Fajna kobitka, taka życiowa, energiczna. Ma trójkę dzieci; ogarnia je wszystkie sprawnie. I w ogóle robi podejrzanie dobre wrażenie jako matka i gospodyni domowa.

Kurczę. Czy to, co czuję, to zazdrość? 

  • I co tam na święta upichcisz? – pyta koleżanka, sprytnie manewrując kierownicą.
  • A kaczkę upichcę. Na przykład – odpowiadam.
  • Acha – ona na to – a jak ją robisz? Bo wiesz, ja to robię tak… – i tu nastąpił opis, precyzyjny i smakowity, pracochłonny i czasochłonny. Nie na moje nerwy. Moja kaczka wydaje mi się nagle banalna, prymitywna i do bani – No, więc jak ta twoja kaczka? – pyta koleżanka.
  • Zamarynowana w przyprawach, jabłka ma w środku… – wyliczam, ale czuję się gorsza – no, kaczka jak kaczka – ucinam.
  • Acha – ona na to – a co jeszcze robisz?
  • A jajka różne… barszczyk z kiełbasą… pastę jajeczno-cebulową…
  • Acha – ona na to – a pasztety pieczesz? a szynkę? a ciasta?
  • Nie mam maszynki do mielenia mięsa – udaje mi się wybrnąć – więc pasztetów nie robię.
  • Nie masz maszynki? – wielkie zdziwienie. Czyli, cholera, nie udało mi się wybrnąć. – Serio? Ja to bez maszynki bym nie dała rady.
  • Taaa? – ja na to – a ja idę do sklepu i mi mielą. Robię pyszne mielone – zamarzyło mi się nagle nie do końca świątecznie.
  • Acha – ona na to – ja robię pasztety, różne. Ostatnio zrobiłam taki… – i tu nastąpił opis równie oszałamiający jak poprzedni. O rany, wbija mnie w fotel. A ja po prostu zrobię pastę jajeczną. Czymże ona jest w porównaniu z tym przepysznym pasztetem? Niczem, niczem… – I wiesz… – ciągnie koleżanka – szynki też piekę, polędwiczki, karkówkę…
  • O – ucieszyłam się – ja też piekę karkówkę. Ale nieczęsto – dodałam w myślach, przypominając sobie, jak to kupuję gotowe mięsiwo w zaprzyjaźnionym sklepie, chcąc zaoszczędzić czas na… ok, nie sprzątanie, nie będę Wam wciskać kitu, na lekturę jakowąś tudzież dobry film.
  • Moje dzieci lubią dobrze zjeść – podsumowuje koleżanka – a twoje?
  • Hmmm. Moje różnie – przyznaję szczerze – zdarza im się powybrzydzać.
  • Moje to lubią mięsko, mówię ci – rozmarzyła się koleżanka.
  • Taak? – pytam grzecznie. A moje słodycze, w mordę – myślę. A to wszystko przez to, że ja też jestem łasuchem, więc coś tam w domu zawsze na słodko jest.
  • To coś jeszcze robisz na święta? – pyta koleżanka.
  • A nie wiem, może coś tam jeszcze zrobię – odpowiadam, myśląc jednocześnie, że już mam upatrzony sklep, w którym mają pyszne serniki, drugi z fenomenalnymi babkami (koniecznie z lukrem, mniam), a w moim wiejskim sklepiku zamówiłam wyrafinowane jajeczka w skorupkach i mięso w galarecie (właścicielka robi je sama, domowa robota).Koleżanka podzieliła się ze mną jeszcze przepisami na naleśniki z łososiem i makaron z sosem śmietanowym również z łososiem; potem zdradziła, jak piecze szynkę. Słuchałam z zainteresowaniem, dochodząc do smutnego wniosku, że kijowa ze mnie gospodyni domowa. Talenty kulinarne nieduże, chęci kulinarne jeszcze mniejsze. A one są chyba najważniejsze. A ja? Gotowa jestem zrobić wiele (no, prawie wszystko :), żeby tylko ktoś mógł wyręczyć mnie w codziennym pichceniu..Po rozmowie z koleżanką jakiś czas dochodziłam do siebie. Jej naprawdę godne podziwu zorganizowanie w kuchni (i obawiam się, że nie tylko) zrobiło na mnie wrażenie. Spore. Zajadałam więc w domu jakieś czekoladki w poczuciu kulinarnego doła.  Jak tak podjadłam, porozmyślałam, dół zniknął. Kakao i magnez zrobiły swoje (i chyba te, endorfiny czy coś). Doszłam w końcu do wniosku, że cóż, widocznie mam inne talenty, niekoniecznie wiążące się z kuchnią. Na pewno jakieś mam. Nawet kilka. Spoko-loko, jest dobrze. Kocham siebie taką, jaka jestem, choćbym przypalała zupę za zupą ;) No, nie można przecież we wszystkim być doskonałym… ;)         

 

Wyznanie niewdzięcznej żony

 

 

Nie lubię gotować.

Nigdy tego nie ukrywałam.

Oczywiście, pichcę, gdyż żoną jestem, matką, więc to czynność dla mnie codzienna (niestety:). Myślę nawet, że w drodze mej kuchennej, wieloletniej ewolucji nauczyłam się parę dań przyrządzać całkiem nieźle. Jedyna osoba, której nigdy nie mogłam kulinarnie zadowolić, to mój mąż.

Zanim się pobraliśmy, uczciwie zastrzegłam, że kuchnia nie należy do moich ulubionych miejsc. Mój przyszły ślubny stwierdził, że to nic takiego, nie szkodzi, nie jest to ważne. Nie wiem… może tak do końca mi nie wierzył? Może myślał, że po ślubie urosną mi kulinarne skrzydła i z pasją w oczach zamknę się w kuchni?

Ale tak się, w mordę, nie stało. Mój mąż się nie skarżył. Do czasu. Aż urodziłam dziecko i zaczęłam urlop wychowawczy. Czyli siedziałam i nudziłam się w wielkim domu;)

Co ciekawe, zajmując się domem i dziećmi, nawet trochę polubiłam stanie przy garach. Maluszkowi sama wymyślałam i gotowałam zupki; przeglądałam „Poradnik Domowy” i od czasu do czasu korzystałam z jego przepisów. Smakowało mi to, co udawało mi się przygotować. Dzieciom też. Mężowi już nie.

I tak na tym urlopie wychowawczym okazało się, że nic nie potrafię. Cebulka usmażona nie tak. Kurczak zbyt kruchy. Albo za mało przypieczony. Ryba źle usmażona… za dużo panierki… za mało panierki… ciągle coś nie tak. Ok, nie zamierzam udawać, że zawsze wszystko mi się udawało. Najzabawniejsze jednak było to, że mi większość z moich dań smakowała, starszemu synowi też (młodszy był nie większość z nich za mały), więc co było nie tak?

Z czasem uświadomiłam sobie, że powinnam gotować w dwóch wersjach. Dla męża osobno, dla mnie  i dzieci osobno. Nie dało się pogodzić. Mąż nie lubił kurczaka, my owszem; my chudo, on tłusto… on pikantnie, my nie za bardzo… tego, co ja lubiłam najbardziej, to już nie szykowałam, bo ileż można? gotować w trzech wersjach???

Pamiętam niestety dobrze, z jakim lękiem podawałam mężowi obiadokolację (mój mąż dużo pracował i pracuje, naprawdę jest pracowitym facetem, to mu trzeba przyznać, do domu wracał późno, stąd te obiadokolacje). Dlaczego z lękiem? No bo, rzadko kiedy moje jedzenie mu smakowało, zawsze coś tam skrytykował. A nie daj Boże, zapomniałam postawić na stole sól, pieprz albo musztardę, zaraz było ciężkie westchnienie: czy Ty zawsze musisz o czymś zapomnieć? Cholerny stres. Wspominam te czasy z obrzydzeniem. W lodówce do dziś zawsze musi być majonez, musztarda rosyjska, śmietana, a w szafce rozpuszczalna kawa. Lepiej, żebym o tym nie zapominała, bo potem tygodniami słyszę, jak o niego nie dbam…

Wiecie, pewnie gdybym gotowanie lubiła tak, jak np lubię porządki, wpadki zdarzałyby mi się rzadziej, to pewne. Ale starałam się swoje błędy jakoś rekompensować. Mój mąż zawsze miał wszystko uprane, uprasowane, poukładane w szafkach; w łazience wszystkie kosmetyki zawsze na czas, żeby mu czegoś nie zabrakło… Do dziś tak ma, mimo że już parę lat temu wróciłam do pracy zawodowej, która zajmuje mi sporo czasu.

Tak więc stanęło na tym, że kucharka ze mnie fatalna… Wróciłam do pracy po urlopie. Musiałam pogodzić moje stare obowiązki z nowymi. Każda pracująca matka wie, że to niełatwe. Nie ukrywam, że coraz rzadziej mój mąż zaczął dostawać jedzenie pod nos. Oczywiście, przygotowywałam ( i nadal to robię) obiady, kolacje, żeby miał co jeść. Zostawiałam na kuchence albo w lodówce, żeby sobie odgrzał. Ale z premedytacją zaczęłam wycofywać się z podawania mu do stołu, bo już nie miałam ochoty słuchać, jakie wszystko jest niedobre. Albo: „Kochanie, zupa gotowa, gorąca i pyszna, jesz z nami?” I wieczne odpowiedzi: „Później” „Zaraz” Potem” Nie teraz” – nigdy nie trafiałam w dobry moment… To podawanie do stołu było też o tyle trudne, że mój mąż jada posiłki w porach zupełnie różnych ode mnie i od naszych dzieci. Nie jadamy wspólnych śniadań, obiadów, kolacji. Nie tylko dlatego, że np nie ma go w domu, bo pracuje. On obiady jada późno, kolacje jeszcze później. Żałuję, że nie jadamy wspólnie. Kiedy go o to prosiłam, powiedział, że nie lubi, bo nasz starszy syn bywa przy stole niegrzeczny. I on nie chce na to patrzeć. Albo po prostu nie je, bo się nie lubi zmuszać do jedzenie w innych porach (a mógłby chociaż z nami przy stole posiedzieć…)

No to jadam z dziećmi sama…

Może gdybym chociaż w czasie choroby mogła liczyć na to, że i ja coś dostanę pod nos, jakikolwiek posiłek, to nie byłabym taka wredna? Ale jedyna osoba, która mi w takiej sytuacji herbatę zrobi albo kanapkę, kiedy np leżę złożona grypą, to mój starszy syn… a może po prostu nie lubię tych kuchennych czynności i stąd to wszystko?

Bo to chyba nie jest kwestia lenistwa. W moim domu jest czysto i pachnąco; dzieci „zaopiekowane” i zadbane, umyte, nakarmione… kocica ma czystą kuwetę i żarcie w misce… wszyscy na czas mają uprane, uprasowane, kupione co trzeba… Czy to nic nie znaczy? Czy to nie jest ważne? Zakupy robię sama, żeby męża dodatkowo nie obciążać. 

Podobno inne żony dbają o swoich mężów. Gotują to, co oni lubią i tak, jak lubią, i pomimo wszystkich możliwych obowiązków ci mężowie zawsze dostają jedzenie pod nos. Podobno przez żołądek do serca – cholera, no to mam przechlapane, bo nadal nie umiem usmażyć cebulki tak, jakby życzył sobie tego mój mąż. Jestem niedobrą, niewdzięczną żoną. Wszystkie inne są świetnie zorganizowane, obowiązkowe, o niczym nie zapominają… Ja jestem ta żona nieudana.

Ale przecież lojalnie uprzedzałam, że nie jestem w pewnych sprawach dobra. I, wierzcie mi, umiałam ugotować, upiec, usmażyć połowę tego, co teraz. I kiedyś nie stanowiło to problemu.

A w ogóle to moim synom moja kuchnia smakuje, często nawet bardzo:)

Czy każda kobieta musi być świetną kucharką?

A czy każdy mężczyzna musi umieć wymienić kran? naprawić gniazdko z prądem? położyć kafelki? Bo moim zdaniem nie każdy.

Teraz na fali jest ten cholerny gender. Za dużo szumu wokół niego, to prawda. Jednak ja go wielbię, cha, cha, bo zgodnie z jego ideą, nie muszę odnajdywać się w czynnościach przypisanych do mojej płci, gdyż przypisywanie pewnych ról (oczywiście nie wszystkich) jest (albo było) tworem sztucznym. Czas się uwolnić.

Obawiam się tylko, że mój ślubny może tego nie zrozumieć…

P.S. Robię zajebiste steki ze schabu;) taką robię do nich marynatę, że mucha nie siada. To nie są po prostu schabowe, w mordę, to, zaufajcie mi, wyższa szkoła jazdy:)

Ludzie bywają wredni

 

O tak, bywają… Pisałam Wam ostatnio o moich przygodach w pewnej warszawskiej przychodni. Na chwilę powrócę do tej historii.

Otóż, byliśmy już z moim synem po wizycie lekarskiej, nawet nie jednej. Odstaliśmy swoje w kilku kolejkach. Jednym słowem, ja już miałam dość a co dopiero mój 5-letni szkrab.

Musieliśmy stanąć jeszcze w jednej kolejce. Byłam dłuuuuuga. Oszacowałam – jakieś 30-35 minut stania na baczność. Trudno, jak trzeba to trzeba. Stanęliśmy. Mój syn dzielnie się trzyma, ja patrzę na niego i żal mi go strasznie, że tyle musi się dziś namęczyć i „nanudzić”.

- Synku – mówię do niego – masz mój telefon, pograj sobie, to czas Ci szybciej zleci w tej kolejce.

Uszczęśliwiona mina mojego malucha – bezcenny widok.

Stoimy sobie dalej. Po jakimś czasie już za mną ustawili się ludzie, ja jestem mniej więcej w połowie kolejki i nagle kątem oka widzę, jak dwie panie patrzą na mnie i moje dziecko karcąco-pogardliwym wzrokiem. Robię się czujna.

- Dzieci to za dobrze teraz mają – dobiega mnie tekst jednej z pań. Dyskretnie się odwracam i sprawdzam, czy faktycznie chodzi o mnie i mą dziecinę. Tak, wyraźnie obie nas obserwują.

- O tak – rzuca druga – w głowach im się przekręca.

- Książkę by lepiej pooglądał, a nie takimi rzeczami się zajmuje – stwierdza ta pierwsza – kiedyś  tak nie było. Jak można na takie rzeczy pozwalać?

- Ach, do czego to dochodzi, co za czasy – wzdycha druga i parzy na mnie, jakby chciała mi dołożyć.

Kiwam głową ze zdziwieniem.

O rany, te kobiety mnie nie znają, nic o mnie nie wiedzą, o moim dziecku również, a już wydają wyrok.

Jestem winna. Dałam mojemu dziecku telefon, żeby sobie pograł. Ale ze mnie kanalia. Swołocz prawdziwa. Zła matka.

Nie sądzicie, że bardzo często ludzie oceniają innych zbyt szybko?

Zbyt szybko uogólniają?

Wiedzą wszystko. Wiedzą lepiej. Choć często tak naprawdę wiedzą niewiele. Ale to im w zupełności wystarcza, żeby komuś dokopać.

Ja tego nie znoszę. Nienawidzę. Takiego oceniania: ten to jest taki, bo robi tak czy tak. Ale dlaczego to robi, w jakich okolicznościach, w jakim celu, to już nikogo nie obchodzi. Czyli kontekst nie jest ważny? A dla mnie jest. Często krzywdzi się człowieka, wydając zbyt szybko sąd o tym, kim jest i jaki jest. Czasem ludzie robią to z premedytacją, czasem bezmyślnie i jakby niechcący, po prostu za dużo mówią. Efekt jest jednak ten sam.

Może policzmy do dziesięciu, zanim wydamy kolejny wyrok? Wszak mowa jest srebrem a milczenie złotem.

Co o tym sądzicie? Zdarzyły Wam się podobne sytuacje? Piszcie.

O tych, co chcą cudzych mężów ciąg dalszy…

Elizabeth Taylor Popatrzcie na nią. Moim zdaniem to kwintesencja kobiecego piękna. Niepotrzebny make up – miała niewyobrażalnie piękne rysy twarzy. Mogła mieć każdego mężczyznę. Zapragnęła cudzego męża… Co z tego wynikło? Jedna z najsłynniejszych love story XX wieku. Uwierzcie mi, jej romans z żonatym mężczyzną śledził prawie cały świat.  Romans przekształcił się w niesamowicie silną i piękną miłość, która trwała aż do ich śmierci. A więc bywa i tak: mężatka spotyka żonatego, namiętność jest tak silna, że porzucają swoje dotychczasowe życie dla nowego, niebezpiecznego, nieznanego.

Ona to legendarna aktorka, Elizabeth Taylor. On to wybitny aktor Richard Burton. Jedna z moich ulubionych par…

Na co jej był cudzy mąż?

O tak, na co jej był…?

On miał już drugą żonę, dwoje dzieci. Żonę kochał, o czym publicznie mówił i co było (chyba) widać. Ona była jego współpracowniczką. Nazwijmy ją Ewa. On był fajnym facetem, przystojnym, urokliwym. Ewa też niczego sobie. Zauroczyła się nim. Wiedziała, że ma dzieci, widziała obrączkę na palcu. Ale  się nim zafascynowała. On trochę pożartował, może za dużo, może to nie było na miejscu i Ewa się zakochała. Nigdy się z nią nie umówił, nie dotknął – nic z tych rzeczy. Ale owszem, mailowali do siebie, w sprawach zawodowych, czasem gadali o życiu, chyba nawet nieco ze sobą flirtowali. Czyli i ona, i on.

Na co liczyła Ewa? Że on odejdzie od żony. Że będą razem. Długo na to liczyła. Adorowała go, mimo że on nigdy niczego jej nie obiecał, nie pocałował, nie snuł planów itd. Na co więc, do diabła, liczyła?

Powiedzcie mi, dlaczego niektóre kobiety czepiają się żonatych mężczyzn? Mało że żonatych, to jeszcze dzieciatych. Ja rozumiem, że on nie był wobec Ewy w porządku, za dużo żartował, pozwolił sobie na głupi flirt. Ok. Jest winien. Ale Ewa świadomie i z premedytacją chciała rozbić jego rodzinę. Liczyła na poważny związek, ale nie tylko na to – liczyła, że on zostawi dla niej żonę i dzieci. Dlaczego kobiety robią takie rzeczy innym kobietom? I ich dzieciom? Dlaczego? Nie mogę tego pojąć. Moim zdaniem to świństwo.

Stawiam pytanie, na co wolnym kobietom żonaci mężczyźni? Na co im cudzy mężowie?

Do tego wątku jeszcze powrócę.

Nie jestem wojującą feministką

Nie jestem.

Fakt, że układam mężowi skarpetki w kuleczki, chyba o czymś świadczy:)

Ale tak całkiem serio, jestem totalnie za układem partnerskim; takim, w którym obie strony potrafią ustąpić, przyznać się do błędów, przyznać rację drugiej stronie, dzielić się obowiązkami niekoniecznie wynikającymi z płci… Myślę, że taki układ jest szalenie trudny. Trudniejszy niż podporządkowanie się albo podporządkowanie kogoś sobie – tak myślę. Taki układ, w którym obie strony są sobie równe – co Wy na to? Jak to jest? Bo ja mam wrażenie, że nie funkcjonuję jednak w takim układzie. Trochę mi tej równości brak.

Jak postrzegane są dziś kobiety? W jakich rolach? To mnie ciekawi, bo być może moje obserwacje zawężone są jednak do mojego prywatnego układu, może zbyt stronniczo do tej kwestii podchodzę, może za mało widziałam/widuję. Myślę bowiem, że obraz kobiety, to taki, w którym przedkłada ona dom, dzieci, partnera nad wszystko inne. Mam wrażenie, że tego się od niej wymaga. Nadal.

Co o tym sądzicie?