Archiwa kategorii: dzieciarnia

Dziecko nie jest najważniejsze

 

Cóż… niewykluczone, że posypią się na mnie gromy, gdyż głosić będę to, co obecnie niemodne i nie-trendy.

Od ładnych paru, a może nawet paru-nastu lat często słyszy się, że dziecko jest najważniejsze, dziecko jest centrum wszystkiego itp. itd. Ja się z tym nie zgadzam. Dziecko chowane w poczuciu, iż jest absolutnie najważniejsze, nie zrozumie, jak powinno funkcjonować społeczeństwo. Nie pojmie tej prostej prawdy, że żyjemy przede wszystkim dla innych a nie tylko dla siebie. Takie dziecko skupiać się będzie na sobie. Ja to… ja tamto… daj MI… ja muszę… ja mam prawo…

Jako matka uważam, że jestem tak samo ważna, jak moi synowie.

Jako nauczyciel uważam, że moi uczniowie są tak samo ważni w szkole, jak ja czy obsługa administracyjna placówki.

Najważniejszy jest człowiek. Nie dziecko.

Okazuje się, że nie jestem odosobniona w swoich poglądach. Na szczęście. Tu i ówdzie zaczyna się przebąkiwać, że modne od jakiegoś czasu psychologiczno-pedagogiczne poglądy może niekoniecznie są słuszne. Czyżbyśmy wreszcie zaczynali dostrzegać, że wychowujemy pokolenie egoistów? Niejednokrotnie niesamodzielnych? Albo i krnąbrnych?

Pewien człowiek napisał książkę „Sześć podstawowych zasad. Jak wychować zdrowe i szczęśliwe dzieci”. To John Rosemond. Mądry gość. Twierdzi, że dziecko należy zdjąć z piedestału, o ile naprawdę chcemy, by było szczęśliwe i spełnione jako człowiek.

Jak więc utrudnić życie dziecku, by było mu łatwiej?

1. Dziecko to nie partner.

Wydaje się jasne, prawda? Nie może być mowy o partnerstwie, skoro odpowiedzialność leży tylko po jednej stronie – rodzica. Nie można być kumplem własnego dziecka. Ono tego nie chce. Ono pragnie, by ktoś był za nie odpowiedzialny, wyznaczał granice, otoczył opieką. Kumple są od czegoś innego.

2. Odrobina stresu jest potrzebna.

Nie tylko stresu. Złości, frustracji. To uczucia konieczne, hartujące dziecięcą psychikę. Jeśli zaznamy totalnej sielanki jako dzieci, nie poradzimy sobie z trudnymi sytuacjami jako dorośli.

3. Słowo „nie” jest niezbędne. Stosuj kilka razy dziennie.

Nie ma nic gorszego, niż zgadzanie się na wszystko. Mówienie „tak”, no bo głupio powiedzieć „nie” i sprawić przykrość. A ta przykrość jest konieczna. Czy w życiu zawsze słyszymy „tak”? Odmawiajmy dziecku, niech się uczy od małego, bo life is brutal.

4. Słuchaj opinii swojego dziecka, ale niekoniecznie bierz je pod uwagę.

Każdy ma prawo do tego, by zostać wysłuchanym, co nie znaczy, że wszyscy wokół zastosują się do tego, co mówi. Jest dla mnie oczywiste, że dziecka trzeba wysłuchać, ale też rozsądnie wyważyć, kiedy powinno się wziąć pod uwagę jego opinię a kiedy nie.

5. Potrzeby mają górować nad zachciankami.

Te pierwsze obowiązkowo zapewniamy. Na drugie uważamy. I to do nas – rodziców należy decyzja o tym, co jest potrzebą a co zachcianką.

6. Posłuszeństwo jest ważne.

Dziś, w czasach, kiedy w gazetach podkreśla się, że dziecko NIE MA BYĆ grzeczne, moje pisanie o posłuszeństwie może wydać się co najmniej dziwne. Mam to gdzieś, wybaczcie. Uważam, że aby odnaleźć się w życiu, w otaczającym nas środowisku, społeczeństwie, trzeba przestrzegać pewnych zasad, wiedzieć, co można a co nie i stosować się do tego. A to nic innego jak bycie grzecznym. Dziecko MA BYĆ GRZECZNE. Powinno mieć ogładę; wiedzieć, jak należy się zachować w rozmaitych sytuacjach; mieć zahamowania, czyli zdawać sobie sprawę, że pewne zachowania są nie na miejscu; dostrzegać potrzeby ludzi wokół. To jest bycie grzecznym. Dziecko, które jest takie, poradzi sobie i jako uczeń, i jako dorosły człowiek.

7. Czasem musi wystarczyć „Tak ma być!”

Zgadzam się. Wchodzenie z dzieckiem w dyskusję nie zawsze ma sens i uzasadnienie. Niekiedy rodzic ma prawo powiedzieć: Zakładasz czapkę, jest mróz. I już. I nie ma co dyskutować. Masz wrócić do domu o 20. I już. Oczywiście, inaczej to wygląda, kiedy dziecko ma 13 lat a inaczej, gdy ma 6. Wiem jednak z doświadczenia, że tłumaczenie się dziecku ze swoich decyzji bywa niebezpieczne. Jeśli robimy to za każdym razem, młody człowiek zacznie wymagać od nas, byśmy za każdym razem uzasadniali swoje decyzje. A to nie jest nasz obowiązek!

8. I chyba najważniejsze: dziecko jest ważne, rodzice też, tak samo a kto wie, czy nie bardziej.

To my – rodzice wychowujemy nasze pociechy. Ciężko pracujemy na ich utrzymanie. Zarywamy noce, kiedy są chore. Poświęcamy im wolny czas… Dlaczego dzieci mają być ważniejsze od nas? Tylko dlatego, że są po prostu dziećmi? Ja moich synów kocham nad życie, ale to nie znaczy, że sprzedam nerkę, żeby ich zapisać na angielski, jeśli nie będę miała na to pieniędzy z normalnego źródła. Nie będę nosiła ich tornistrów do szkoły, z całym szacunkiem, ale to ma należeć do ich obowiązków. Znajdę czas na ulubiona książkę lub film, mimo że mogłabym w tym czasie pobawić się z którymś z nich. Zrobię to, bo też jestem ważna. W byciu rodzicem nie można zapominać o byciu człowiekiem (kobietą, mężczyzną).

Oczywiście, powyższy punkt nie oznacza, że nigdy nie będę kombinować, żeby coś moim dzieciom zapewnić. Na przykład w grudniu „wskoczyłam” na debet i kupiłam synom PS3. Zamiast tego mogłam na trochę wyjechać w czasie ferii. Dokonałam jednak wyboru. I nie żałuję. Mój syn mi powiedział: Wreszcie nie śmieją się ze mnie w klasie, że nic fajnego nie mam. Uważam jednak, że nie można popadać w przesadę. Nie należy, moim zdaniem, pokazywać dzieciom, że zrobi się dla nich zawsze i wszystko, kosztem własnych potrzeb, marzeń, możliwości. One powinny wiedzieć, że rodzic może dla nich sporo, ale nie wszystko. Bo takie jest przecież życie. Nie da się w nim mieć wszystkiego.

To tak w skrócie. Zainteresowanych odsyłam do książki. Warto!

Czar dziecięcych wspomnień

 

Uwielbiam czas oczekiwań na Boże Narodzenie. Kolorowe lampki w oknach, na straganach, witrynach sklepowych. Poszukiwanie prezentów. Układanie świątecznego jadłospisu… Nawet porządki w domu :)

Co roku przypominam sobie, jak to bywało dawniej. Jak szykowałam się do świąt w rodzinnym domu…

Pamiętam, jak z ubogiego kieszonkowego próbowałam wyczarować prezenty dla rodziców i siostry :) Zapadł mi w pamięć zwłaszcza zestaw igieł dla mamy, który kupiłam jej dwa razy z rzędu :)

Jak byłyśmy małe, co roku urządzałyśmy z siostrą dla rodziców spektakl wigilijny. Śpiewałyśmy kolędy, odgrywałyśmy role Maryi i Józefa. Był też Jezusek (czyli wybrana z naszych lalek). Nie wiem, jak rodzice znosili nasze występy (co roku to samo), zwłaszcza nasze śpiewy ;) Nie wyrosłyśmy na wybitne wokalistki, delikatnie mówiąc ;)

Razem z siostrą na kilka tygodni przed Wigilią przetrząsałyśmy całe mieszkanie w poszukiwaniu prezentów. Takie byłyśmy ciekawskie… Parę razy nam się udało „wymacać” to i owo :) Co ciekawe, dziś moi synowie tego nie robią, choć starszy dobrze wie, gdzie Mikołaj je ukrywa…

Moje dzieciństwo to czasy, kiedy nie było wokół tylu łakoci co teraz, więc każda słodkość, która dostawałam na Święta, była na wagę złota. Jeśli trafiała się prawdziwa czekolada (a nie wyrób czekoladopodobny), jej smak pamiętało się miesiącami. No i pomarańcze, mandarynki… ich zapach już zawsze będzie kojarzył się z Bożym Narodzeniem. Za „moich czasów” te owoce pojawiały się rzadko i przede wszystkim w tym właśnie okresie. Później, kiedy już byłam w liceum, pomarańcze i mandarynki stały się ogólnie dostępne.

Mama piekła pyszne makowce i sernik. Pamiętam jak dzień przed Wigilią w całym domu roznosił się niesamowity zapach tych ciast. Mama szykowała je do późnej nocy i zwykle przychodziła do nas wieczorem i mówiła: Dziewczyny, już są gotowe. Chcecie spróbować? No i wszystkie zaczynałyśmy się zajadać :)

Dzień przed Wigilią kupowaliśmy i ubierałyśmy z rodzicami choinkę, tzn. z tatą, bo mama buszowała wtedy w kuchni i gotowała kompot z suszonych owoców. Pycha! Nawet pamiętam w jakich szklankach go piliśmy, bo to były takie specjalne nieduże szklaneczki ze złotym „obramowaniem” na górze… A choinka zazwyczaj była prawdziwa. Fantastycznie pachniała. Tata zwieszał lampki, a my z siostrą całą resztę :)

Mama smażyła też pierogi z kapustą i grzybami, robiła rybę po grecku, a tata tradycyjnego śledzika z cebulką. Był też barszcz czerwony…

Do stołu siadaliśmy w porze nie do końca „kolacyjnej” :) – zwykle ok godz. 17. Czekanie na prezenty i post widocznie nas wyczerpywały :) Robiliśmy tzw. pierwszą rundkę w jedzeniu, po czym następowało wręczenie prezentów, a potem, jak się już nimi nacieszyliśmy, ponownie siadaliśmy do stołu :)

Obecnie w swoim domu też tak robię z moimi chłopakami. Oni się bawią tym, co dostali od Mikołaja, a my z mężem siedzimy i jemy, jemy, jemy…

Pamiętam, jak w pierwszy i drugi dzień Świąt zasiadaliśmy wspólnie przed telewizorem i oglądaliśmy super filmy. To były czasy, kiedy w okresie świątecznym wreszcie można się było naoglądać czegoś dobrego. Na co dzień nie było aż takiego wyboru. No i takiej atmosfery :) Utkwił mi w pamięci obraz, kiedy wszyscy oglądamy „Potop” Hofmana, a ja zajadam się maminym sernikiem. Mniam… Dziś ten film można obejrzeć w każdej chwili. To już nie ten urok, wierzcie mi :)

Ach… jeszcze jedno wspomnienie… świąteczny handel przed Domami Centrum na ulicy Marszałkowskiej (dziś jest tam wiele sklepów: Empik, H&M, Reserved, C&A itd.). Kiedy komunizm runął i nastał wolny rynek, pasaż przed tymi wielkimi sklepami zapełnił się handlarzami różnego rodzaju i różnej maści :) Ciężko było się poruszać, taki był tłum. Prawie wszystko można było u nich kupić. A przed Świętami puszczali kolędy – z magnetofonów! z kaset! Pamiętacie??? Miało to swój klimat. Oczywiście, kupował się te kasety i kolekcjonowało. To było coś… :)

I tak bym jeszcze mogła trochę powspominać…. ale może i Wy powspominacie? Napiszcie o tym, jak szykowaliście się do Świąt w dziecięctwie :)

 

Bezstresowe wychowanie – wróg czy przyjaciel?

 

Wpadłam niedawno na pewien blog, w którym autorka napisała dość długi tekst o tym, jak to dzieci nie powinny być GRZECZNE… Ciekawe, co? Udowadniała, że grzeczny to – cichy, niedomagający się słodyczy, taki, który nie krzyczy, posłuszny, pokorny, uległy i wiele innych. Potem stwierdziła, że grzeczność zabija indywidualność, kreatywność i asertywność.

Pozwoliłam sobie na krytyczny (acz grzeczny) komentarz. Niestety, nie został opublikowany. Może byłam za mało grzeczna? :)

Ale dosyć żartów, bo dziś będzie na poważnie.

Jedna z moich koleżanek skomentowała ten artykulik, pisząc, iż cieszy się, że ma niegrzeczne dziecko. Bo fajnie mieć łobuziaka w domu. Hmm… 

Kochani, ja Wam nie będę tłumaczyć, co znaczy słowo GRZECZNY, bo myślę, że dobrze wiecie. Autorka blogu dokonała straszliwej, powiedzmy, nadinterpretacji (delikatnie ujmując). Pomyliły się jej pewne definicje i terminy :)

Ja wszystkim życzę grzecznych dzieci. Dlaczego? Bo grzeczność wiąże się z wysoka kulturą osobistą i umiejętnością przestrzegania pewnych zasad. Człowiek grzeczny zna swoje miejsce, umie odnaleźć się w otaczającym go świecie, m.in z uwagi na to, iż go szanuje.

Wolę grzeczne dzieci. To, że są posłuszne, nie oznacza, że nie są kreatywne czy asertywne. Autorka tamtego bloga twierdziła np., że grzeczny nie umie odmówić. Otóż, grzeczność nie wiąże się z asertywnością. Grzeczny odmówi w sposób kulturalny. Niegrzeczny odmówi prawdopodobnie „po chamsku”. I tyle.

Wolę grzeczne dzieci. Bo wiedzą, w jaki sposób zachować się w rozmaitych sytuacjach. To, że są grzeczne nie oznacza, że są nudne czy stłamszone. Absolutnie.

I tak sobie pomyślałam, że te niegrzeczne dzieci to w dużej mierze (może nawet największej) efekt bezstresowego wychowania, które jest szalenie modne. A niech sobie dziecko krzyczy, kiedy chce (no, przecież musi otwarcie okazywać swoje emocje); niech robi, co chce (nie wolno zabijać jego indywidualności), niech mówi, kiedy chce…

Oczywiście, i pokrzyczeć czasem trzeba. Ale wszystko w pewnych granicach. Nie wtedy, kiedy nam się podoba. 

Od razu zaznaczam, to, co piszę, nie dotyczy sytuacji wyjątkowych, np dziecięcych dysfunkcji czy poważniejszych chorób, które mogą powodować, nazwijmy to, łobuzowanie dziecka. Piszę o większości dzieci, nie obciążonych żadnymi „brakami”.

Czy więc wychowywać należy bezstresowo?

Odpowiedź wydaje się jasna jak słońce. Przynajmniej dla mnie.

Nie ma nic gorszego aniżeli bezstresowe wychowanie. Każdemu potrzebna jest przynajmniej odrobina adrenaliny, poczucia niepewności czy strachu. W rozsądnych dawkach jest to bardzo stymulujące. To tak jak rywalizacja – pobudza do działania, większego wysiłku, lepszej pracy. Oczywiście, pod warunkiem, że nie zamienia się w przysłowiowy wyścig szczurów.

 Tymczasem w dzisiejszych czasach, jeżeli nawet tego tak nie nazywamy, „modne” i „trendy” jest wychowywanie dziecka właśnie bezstresowo. Nawet już nie wypada mówić o karaniu. Należy używać określenia „wyciągamy konsekwencje”, jakby słowo „kara” miało wywołać w dziecku jakąś traumę.

Coraz częściej dzieciom wolno więcej i więcej, nie stawia się im granic albo jakieś stawia, tyle że się ich nie przestrzega. W związku z tym i wymaga się mniej – w zakresie wychowania, tzw. kindersztuby, kultury osobistej itp. Zapracowani (z musu albo z chęci) rodzice zaczynają tracić kontrolę nad poczynaniami własnych pociech.

 Takie wychowanie w domu w naturalny sposób przekłada się na przykład na funkcjonowanie dziecka w szkole.

Dzieci spędzają tam bardzo dużo czasu, zwłaszcza w szkołach niepublicznych. Nierzadko wracają do domów ok godziny 17, 18. Szkoła staje się dla nich drugim domem, wychowawca w pewien sposób drugim rodzicem. Oboje starają się wychowywać młodego człowieka, pomóc mu iść po „dobrej stronie mocy” :) Jest to jednak proces szalenie trudny. Szkolne systemy oceniania zderzają się bowiem z domowymi systemami oceniania, które bywają tak różne, jak różni są ludzie wokół nas. Póki rodzic współpracuje ze szkołą, podtrzymuje autorytet „belfrów”, istnieje duże prawdopodobieństwo, że w przypadku jakichkolwiek kłopotów wychowawczych, damy sobie z nimi radę. Niestety, coraz częściej zdarza się, że tego współdziałania brak.

 Jakiś czas temu zaszokowała mnie wypowiedź jednej z polskich gwiazd, która w telewizji śniadaniowej stanowczo stwierdziła, że cokolwiek zrobi w szkole któreś z jej dzieci, ona i tak stanie po ich stronie. Nie ma znaczenia, co i w jak dużym stopniu „nabroją”, ona będzie walczyć z nauczycielami w ich imieniu. Po to jest matką, żeby zawsze bronić swoich pociech. Jej wypowiedź szybko znalazła się w internecie i była szeroko komentowana. Wielu osobom spodobało się jej podejście (sic!). A przecież jest ono karygodne! Matka ma kochać, ale jak trzeba, odpowiednio skarcić. Przepraszam, przepraszam – wyciągnąć konsekwencje.

Dziecko, które wie, że cokolwiek zrobi, i tak rodzice go wybronią, staną po jego stronie, ma, moim zdaniem, skrzywiony obraz rzeczywistości. Mało tego, rodzice postępujący jak wspominana gwiazda, wyrządzają mu ogromną krzywdę. Pokazują, że może praktycznie wszystko, jest wolny, a za „psoty” nie spotka go nic złego. Dlaczego więc nie psocić?

 Podobnie dzieje się, gdy w domu nie stawia się granic i od czasu do czasu nie mówi dziecku: Nie, tego ci nie wolno. Są sytuacje, kiedy tak właśnie musi być. Pewnych rzeczy dzieciakom po prostu nie wolno. Nie dotykaj czegoś, co nie jest twoje. Zapytaj o pozwolenie, jeśli chcesz coś wziąć albo coś poważniejszego zrobić. Zwracaj się z szacunkiem do osób, z którymi rozmawiasz. Nie jesteś partnerem rodziców, jesteś ich dzieckiem, a więc nie podnoś na nich głosu. Jeśli ktoś prosi cię o ciszę, uszanuj to. Jeżeli umawiamy się na coś, MUSISZ dotrzymać słowa… I tak bym mogła wymieniać (prawie) w nieskończoność.

O ile łatwiej byłoby nam wszystkim – w szkole, w domu – gdybyśmy o tym pamiętali. O tym, że nikt nie funkcjonuje dobrze bez granic i poczucia, że NIE WSZYSTKO NAM WOLNO. A zasady są jednak głównie po to, żeby się do nich stosować.

Dzięki mądrze postawionym granicom w domu dziecko lepiej będzie funkcjonować  w szkole. Będzie bardziej lubiane. Te niegrzeczne, łamiące zasady są często nielubiane i nieakceptowane przez innych uczniów. A chyba nie chcemy tego dla naszych pociech?

Dziecko, które zna granice i zazwyczaj ich nie przekracza (piszę zazwyczaj, bo nie chodzi mi o to, by hodować w domach anioły tylko zwyczajne dzieciaki), raczej nie zapomni o drugim człowieku i o tym, że pewne zachowania mogą mu przeszkadzać. Będzie pamiętało, że w pewnych sytuacjach czegoś tam nie wolno, a coś absolutnie wypada zrobić. Takie dziecko/uczeń jest bardziej wyczulone na potrzeby otoczenia, nie myśli tylko o sobie i o tym, że wszystko mu wolno, więc będzie to wszystko robić.

Niedawno dowiedziałam się, że w Wielkiej Brytanii przywrócono kary cielesne dla uczniów. Przesada? Może. Jest chyba tak, że nie tylko w Polsce nauczyciele odczuwają bezradność w zetknięciu się ze złym zachowaniem uczniów. Bo też i co mogą zrobić? Wyrzucić za drzwi nie wolno (niebezpieczne), w kącie postawić? (ryzykowne; wyjdzie, że napiętnujemy ucznia w obrzydliwy, staroświecki sposób), na apelu przy wszystkich skarcić nie wolno (bo narusza się godność osobistą dziecka), z krzykiem też lepiej uważać (jeszcze posądzą o przemoc). No, to co nam zostaje?

Ja nie jestem za tym, żeby dzieci bić, absolutnie. Uważam jednak, że dobrze by było MÓC więcej. Czy naprawdę coś złego stanie się uczniowi, który wystąpi na apelu (w formie kary), a wszyscy inni uczniowie przez chwilę na niego popatrzą? A niech wystąpi, niech się zawstydzi, niech mu będzie głupio… Są sytuacje, kiedy trzeba być bardziej surowym, bardziej stanowczym. To tylko wyjdzie dziecku na dobre. Może jak się teraz zawstydzi, to w dorosłym życiu podobnego błędu nie popełni. A dobrze wiemy, że w tzw. dorosłym życiu błędy mogą człowieka kosztować wiele, oj wiele. Dużo więcej aniżeli w dziecięctwie :)

Jestem za tym, żeby przestać się „cackać” z dziećmi. Każdy musi znać swoje miejsce w życiu. I dziecko, i dorosły. Ale dorosły będzie je znał wtedy, kiedy nauczy się tego jako dziecko. A dziecko samo tego nie zrobi. Do tego jesteśmy mu niezbędni my-rodzice. Do tego niezbędna jest dyscyplina i w rozsądnej dawce… stres. 

O śmierci i nie tylko, czyli ciekawe rozmowy z pięciolatkiem

 

- Mamo, a kiedy ja umrę? – maluch pluska się w wannie, ale jak widać naszły go filozoficzne refleksje.

- Synku, będziesz żył bardzo długo, nie myśl o śmierci – odpowiadam.

- Mamo, a czy jak będę duży, to będziesz jeszcze żyła?

- Jasne, misiu-pysiu, będę co prawda stareńka jak nasza śliwa w ogrodzie, ale będę żyła.

- Będziesz ze mną?

- Oczywiście, jeśli tylko będziesz chciał – obiecuję, myśląc o tym, że za ileś lat mój skarb pozna jakąś lafiryndę i tyle go będę widziała ;)

- Mamo, a gdzie idzie się po śmierci? Daleko?

- No, w pewnym sensie – zamyślam się. Nie jestem specjalnie religijna, to znaczy wierzę głęboko, ale obawiam się, że nie po katolicku. – Idzie się wtedy, a właściwie leci wysoko, wysoko, do nieba, do pana Boga.

- A do pana Boga – malec kiwa głową. – znam go, pan ksiądz mówił o nim w przedszkolu.

- A, czyli Go znasz? – uśmiecham się – to fajnie. Jak cię wreszcie ochrzcimy, to poznasz go lepiej (tak, tak, żadna ze mnie katoliczka, dziecko nadal nieochrzczone; problem z rodzicami chrzestnymi, a szopka wokół imprez z okazji chrzcin budzi w nas obrzydzenie… A w ogóle, to po co dzieciom religia w przedszkolu???).

- A kiedy będę ochrzczony? A co to znaczy?

- To znaczy – sprytnie omijam pierwsze pytanie – że pan Bóg będzie bliżej ciebie i bardziej będzie cię kochał.

- Hmmmm – zamyśla się maluch, namydlając swoje ciałko – to chyba chcę być ochrzczony.

- Ok – ja na to. Czyli klamka zapadła. Trzeba się zebrać. Może w kościele zgodzą się na jednego rodzica chrzestnego?

- Mamo, a w niebie będę mógł się bawić? Jakie tam będą zabawki?

- Synku, wtedy będziesz już duży i raczej nie będzie ci się chciało w niebie bawić zabawkami. 

- Acha… Mamo, a ile ty masz lat?

- Czterdzieści – odpowiadam z godnością.

- To chyba dużo – stwierdza mój skarb.

- Co ty – ja na to szybko – wcale nie tak dużo. Czuję się, jakbym ciągle miała trzydzieści, tylko była mądrzejsza.

Synuś patrzy na mnie z pewną dozą niezrozumienia.

- A tata ile ma lat? – pyta, ignorując moje kobiece refleksje.

- Trzydzieści osiem.

- To tata jest młodszy od ciebie?

- Młodszy.

- Ale jest większy, prawda?

- Oj, tak – odpowiadam, myśląc o 196 cm mojego męża i 159 swoich :)

- Mamo, czyli ty umrzesz pierwsza, tata drugi, potem Olo i potem ja?

- No.. – waham się – w sumie to tak.

- Ojej – malec smutnieje – dlaczego ja zawsze muszę być ostatni?

- No, co ty, skarbie, nie smuć się. Po prostu jesteś najmłodszy, dlatego najwięcej życia przed tobą – próbuję go pocieszyć.

 - Nie chcę być sam…

- Kochanie… – podejmuję szybką decyzję – jeśli chcesz, to poczekam na ciebie.

- Naprawdę? Zaczekasz? – młody promienieje.

- Jasne, jeśli chcesz.

- I pójdziemy do pana Boga razem? Nie będę musiał iść sam?

- Pewnie. Pójdziemy razem.

- No, to super. Mogę już wyjść z wanny?

- Jasne, umyłeś się, to wychodź i się wycieraj.

Nie jestem specjalistką od rozmów o życiu a tym bardziej śmierci czy religii. Pogaduszki takie „uprawiam” intuicyjnie. Nie praktykuję – wierzę i czuję. I tyle. Wiem, że pokusiłam się o pewne kłamstwa w rozmowie z moim synkiem, bo przecież nikt z nas nie wie, kiedy odejdzie z tego świata. Ale czy można pięcioletnie dziecko obarczać już teraz wiedzą – prawdą? Chyba nie.

 

Kobieta – typ niebezpieczny

 

Generalnie staram się solidaryzować z własną płcią. Dostrzegam wszakże u niej zachowania, z których, moim zdaniem, nic dobrego nie wyniknie, i tu moja solidarność się kończy.

Obracam się w środowisku raczej sfeminizowanym (taki zawód), znajomi z pracy to zwykle kobiety, klienci, których widzę, to najczęściej również kobiety (matki pojawiają się w szkołach częściej niż ojcowie).

Coraz więcej wokół mnie silnych przedstawicielek mojej płci. Stanowczych, mających swoje zdanie. Bardzo to pięknie. Fakt, że zrobiłyśmy się silniejsze i potrafimy, przynajmniej od czasu do czasu, walczyć o „swoje” cieszy mnie. Obawiam się jednak, że ta nasza siła kiedyś nas zgubi. W tej pogoni za równouprawnieniem (które w 100% i tak nigdy nie nastąpi) i wolnością zapomniałyśmy, że wszystko ma swoje dobre i złe strony. Ta silna kobieta, która prze do przodu, staje się niekiedy na tyle dominująca, że tłamsi własne dziecko.

O, o tym właśnie chcę dziś napisać (po tym przydługim wstępie :))

Widuję takie kobiety codziennie. Świetnie zorganizowane, zadbane, atrakcyjne. Pewne siebie. Generalnie, lepiej im nie podskakiwać. Takie samice alfa. Wysiadają (zazwyczaj) z samochodów i… niosą na plecach tornister swego dziecięcia. Hm, gdyby to była zerówka, to ja bym to jeszcze zrozumiała, ale najczęściej widzę przed nimi 10-12-letnich chłopców. Oni „na luzaka” a matka z bagażem. Nawet nie jest im głupio. W sumie to rozumiem. Są do tego przyzwyczajeni, więc dlaczego mieliby w tym widzieć problem?

Inny obrazek. Matka sprawdza, czy jej dziecko jest dobrze ubrane. Zapina mu kurtkę, poprawia szalik, czapkę… Nie, nie mówię to o rodzicach przedszkolaków tylko uczniów ze starszych klas podstawówki. Kobieta oczywiście lepiej wie, jak zapiąć ubranie i na pewno LEPIEJ założy czapkę na głowę.

Bardzo wiele dzieci w wieku 11-13 lat nie jeździ autobusem. Nie mają pojęcia, jak kasuje się bilet. Rodzice, najczęściej mamy, dowożą ich wszędzie i zewsząd przywożą. Wiadomo, wszędzie jest niebezpiecznie. Pedofilia, narkotyki, te sprawy. Najlepiej niech dziecko nigdzie samo nie jeździ. Ja jestem nieodpowiedzialnym potworem. Zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństw, a mimo to mój syn jeździ SAM na zbiórki harcerskie i do szkoły. Parę przystanków niby, ale zawsze.

Te silne matki, które ciężko pracują i walczą o własną pozycję, nie gorszą od pozycji mężczyzny, często okazują zbyt wiele tej swojej  siły w zetknięciu z własnym dzieckiem. Niepokoi mnie to zwłaszcza w odniesieniu do chłopców. Ich stanowcze i z „powerem” rodzicielki niejednokrotnie robią wszystko za nich: LEPIEJ posprzątają, ubiorą, uczeszą, umyją, zrobią lekcje, coś naprawią, znajdą. Przygotują śniadanie i kanapki do szkoły, nawet jak dziecię ma już naście lat. A potem taki nastolatek to klasyczna pierdoła, bo niczego wokół siebie nie umie zrobić.

A potem stawiamy sobie pytanie: gdzie są prawdziwi mężczyźni? Bo jak zaczynają się randki, to nagle przydałby się młodzieniec rozsądny, zorganizowany, poukładany, ZARADNY…

A gdzie tacy młodzieńcy mają być? Przecież to my – matki, kobiety – zrobiłyśmy z nich kaleki.

Ileż ja razy rozmawiałam z chłopcami o tym, czy ścielą sobie łóżko (rzadko), sprzątają swoje pokoje (mama robi to lepiej), mają jakieś obowiązki (siostra pomaga w kuchni)… A kiedy ich pytam, czy umieliby przyrządzić sobie coś do jedzenia, często patrzą na mnie jak na jakąś wariatkę (przecież mamusia ZAWSZE zrobi jedzonko). 

Ja nie wymagam, żeby dwunastolatek potrafił zrobić obiad (choć wiele dziewczynek w tym wieku już to umie), ale kanapkę mógłby umieć zrobić, prawda? herbatę? płatki na mleku, jajecznicę lub jajko na miękko… Jasne, powiecie, kobieta ma wrodzoną do tego smykałkę, stąd dziewczynki się do tego garną a chłopcy nie. Ok. Coś tam pewnie w tej smykałce jest (choć ja do gotowania nie garnęłam się nigdy ;)) Jednak w czasach, kiedy na prawo i lewo krzyczymy, że kobieta ma prawo pracować, spełniać się zawodowo, a w domu mężczyzna powinien jej pomagać, same zastawiamy na siebie pułapkę. Jeśli my-matki nie nauczymy naszych małych mężczyzn podstaw sprzątania, gotowania czy innych tego typu obowiązków, to jakie mamy prawo, żeby później wymagać tego od dorosłych mężczyzn?

Im człowiek starszy, tym trudniej mu się zmienić czy czegoś nauczyć. Chcesz mieć, babo, faceta, który umie po sobie posprzątać? Wszystko w rękach jego matki. Jak go przyzwyczaiła, że nie musi tego robić i że mamusia ZAWSZE ZROBI to lepiej – będziesz mieć problem. On uzna, że I TY zrobisz to lepiej. Dlaczego ma Ci pomóc w czymkolwiek, skoro jego matka dźwigała za niego plecak do szkoły, jak był w piątej czy szóstej klasie? Dlaczego ma być silny, skoro zawsze silniejsza była jego matka? Bądź TY silna i zrób wszystko.

Oczywiście, być może nie ze wszystkimi silnymi kobietami tak jest. Pracuję w określonym środowisku (choć naprawdę sporym) i mam w związku z tym określone spostrzeżenia. Dlatego nie chcę twierdzić, że ZAWSZE i WSZĘDZIE i ZE WSZYSTKIMI tak jest. Myślę jednak, że coś jest na rzeczy, nawet jeśli nie w tak dużym stopniu, jak o tym piszę.

Gdzieś kiedyś wyczytałam, że przyszłość należy do kobiet. A ja nie wiem, czy to dobrze. Przyszłość powinna należeć do kobiet w takim samym stopniu, jak i do mężczyzn. Równowaga jest najcenniejsza i najzdrowsza.

Dlaczego siusiaki stoją?

 

Wy wszyscy dobrze wiecie, dlaczego siusiaki czasem stoją, prawda…?

Raz stoją, raz nie… :)

Ale takich powodów czy przyczyn, jakie Wam zaraz przedstawię, na pewno się nie domyślacie. Jestem  o tym przekonana.

Otóż, pewnego razu kąpałam mojego młodszego synka.

On uwielbia leżenie w wodzie, bawienie się w niej różnymi zabawkami. Ale przede wszystkim uwielbia przy tym mówić. Wyrzuca z siebie tysiące słów niczym pociski z karabinów. Wszystkie oczywiście mają sens. I staram się, jak mogę, za nim nadążyć a nawet wtrącić czasem słówko. Tylko że czasem po cały dniu pracy, kiedy słyszę 569 słowo, to się, jakby to powiedzieć, wyłączam. I na przykład wychodzę pod pretekstem przyniesienia piżamki (jakiś pretekst zawsze się znajdzie:).

I tym razem tak perfidnie uczyniłam. Młody radośnie plumkał w wodzie, padało właśnie 678 słowo… Czmychnęłam więc. Po chwili wracam, a maluch zadaje pytanie:

- Mamusiu, mój siusiak stoi.

- Co ty powiesz – ja na to – to niech sobie stoi.

- Ale dlaczego stoi?

- Pewnie ma już dość twojego leżenia w wodzie i daje ci znak, żebyś już zaczął się myć (ale ja, kurczę, błyskotliwa jestem… a jaki mam refleks… wow :)

Mały spojrzał na swojego stojącego przyjaciela podejrzliwie:

 - Jak to, on chce się myć?

- No, pewnie, nie widzisz, że chce? Ja widzę. Wyraźnie daje ci do zrozumienia, że już czas wziąć gąbkę i wymyć wszystko po kolei, jego też.

Minęło kilka dni. Zastałam któregoś razu mojego młodego siedzącego na fotelu z niewyraźną miną.

- Co się stało? – pytam go.

- Mój siusiak zrobił się duży – stwierdził poważnie – nie mieści się w majtkach.

Aż tak? Pomyślałam. Nieźle.

- A co mu zrobiłeś, że się biedak duży zrobił? – pytam.

- Niewygodnie mu było w majteczkach, to go musiałem poukładać.

- Acha – kiwam głową ze zrozumieniem – rozumiem. No, tak, skoro mu było niewygodnie, to trzeba było coś z tym zrobić.

- Ale dlaczego on się taki duży zrobił, mamusiu?

- Myślę, że za wygodnie mu się zrobiło, synku. Zostaw go, on sobie sam poradzi. Wyciągnij rękę z majtolek i daj mu spokój, ok?

- Ok.

Nie myślcie, że temat siusiaka w gotowości bojowej się wtedy zakończył. Nie. Zdarzały się dni, kiedy młody przybiegał do mnie goły i krzyczał:

- Mamo a ja mam wielkiego siusiaka! A Ol ma małego! (Ol to jego brat)

- Super, synku, cieszę się razem z tobą, ale teraz się już ubierz, bo siusiak się wkurzy i się zmniejszy, i Ol będzie miał większego…

- Mamo, mamo, to gdzie są moje ubrania! Daj mi je szybko, szybko, proszę ciebie, proszę…

Tak. To był czasy…

Mamusiu, a dlaczego siusiaki stoją? Może czasem się czegoś boją? Co o tym myślisz? Różne wymyślaliśmy na ten temat teorie…

Za to mój starszy syn, jak był sporo młodszy oczywiście, potrafił rozebrać się do naga i z fascynacją oglądać swoje ciało, kawałek po kawałku. Sam siusialos go specjalnie (przynajmniej wtedy:) nie interesował. Za to całe gołe ciało i owszem.

Pamiętam, że przez krótki czas nawet mnie to niepokoiło, ale postanowiłam nie siać paniki i przeczekać tę fascynację. I chyba dobrze zrobiłam. Naoglądał się i w końcu mu przeszło. Dlatego historie ze stojącym siusiakiem mego młodszego nie robiły już na mnie wrażenia. 

Ja nie wiem, czy reagowałam właściwie, czy nie, czy powinnam zacząć wtajemniczać młodego w coś tam (wiadomo w co). Intuicja mi jednak podpowiada, że na to przyjdzie jeszcze czas. Na razie można się tym tematem pobawić :)

Pieski na dobre sny…

 

Mój młodszy pięcioletni syn już od dawna zasypia sam. Absolutnie samodzielnie. Wieczorem odwiedza mnie w mojej sypialni, rozmawiamy przed snem. Tak. Jestem dziwną matką. Nie czytam mojemu synowi przed snem (co nie znaczy, że mu w ogóle nie czytam – wręcz przeciwnie:). Nie czekam w jego pokoiku, aż zaśnie. Jestem, jaka jestem. 

Tak sobie rozmawiamy, potem ja mówię:

- Skarbie, już późno, jutro trzeba wcześnie wstać do przedszkola, leć na górę do łóżeczka.

- A mogę jeszcze w łóżeczku poczytać?

Spokojnie. Ten  z moich synów jeszcze czytać nie umie. Za to uwielbia na dobranoc przeglądać aktualny katalog lego i wyobrażać sobie, który zestaw kupi, ewentualnie, na który zestaw wypadałoby zbierać pieniążki.

- Jasne, jeszcze chwilkę możesz poczytać – zgadzam się łaskawie. – A dostanę buziaczka?

- Dziś tak – odpowiada mi wspaniałomyślnie młodsza latorośl. Myślicie, że pięcioletni chłopczyk notorycznie tuli się do swojej mamy i prosi o pieszczoty? Otóż nie. Już zaczyna mówić: O matko, nie całuj już mnie tak, jestem już duży. Albo: Dlaczego znowu mnie całujesz? przecież ci mówiłem, że już nie chcę. A ja wtedy z głupkowatym uśmiechem odpowiadam: Ojej, myślałam, że skoro wczoraj nie chciałeś, to dziś chcesz…

No, ale najczęściej się hamuję, bo wiem, że muszę uszanować jego potrzebę niecałowania i nieprzytulania. Wiem, że do pieszczot nie należy zmuszać. Jest to dla mnie trudne, nie ukrywam. Naprawdę. Dlatego jest super, jak młody wieczorem ma ochotę na przytulanki i całowanki.

Daje mi więc buziaczka i mówi:

- Dobranoc, mamusiu, miłych snów i miłych zajęć.

- Dobranoc, kochanie, miłych snów i miłych zajęć – odpowiadam.

Nie pytajcie, dlaczego mój syn życzy mi miłych zajęć, idąc spać. Nie mam pojęcia. Tak jakoś wyszło i oboje podtrzymujemy tradycję:)

Jakiś czas temu, kiedy zajrzałam do niego przed snem, był niespokojny.

- Mamo, a jeśli będę miał złe sny?

Oho, pomyślałam. Zaczyna się. Starszy też miał taki okres. Pozwalałam mu przychodzić do siebie w nocy, jak śniło mu się coś złego. Efekt był taki, że po prostu zaczął ze mną regularnie spać (pisałam już o tym kiedyś). Mam prawie 40 lat i zdecydowanie większą potrzebę snu niż 10 lat temu:) Od razu zaczęłam więc kombinować, żeby przychodzenie do mnie do łóżka było ostatecznością.

- No, to co zrobię wtedy, mamo? Jak mi się przyśni coś złego?

- Nie przyśni się – uspokajam go. – Trzeba myśleć przed snem o czymś przyjemnym i wtedy na pewno się nie przyśni.

- A jak będę myślał i jednak się przyśni?

 - Po takich przyjemnych myślach na pewno nie.

- A jak się jednak przyśni? – młody nie daje za wygraną.

Myśl, myśl, myśl – jak mówił Kubuś Puchatek.

- Nie ma takiej opcji, żebyś miał złe sny, synku. Masz przecież specjalnego pieska, który chroni przed złymi snami.

- Jakiego pieska? – zdziwił się mój maluch.

- No, tego – wskazałam na dziwacznego roboto-psa, którego synuś dostał od babci. Może wreszcie się przyda. – To jest taki piesek, którego trzeba postawić w odpowiednim miejscu i wtedy pilnuje dobrych snów.

- Taaak? – uśmiechnął się młody.

Postawiłam roboto-pieska na rogu stołu.

- Widzisz? Musi stać tutaj, odwrócony tak, żeby mógł na ciebie patrzeć. Teraz jesteś bezpieczny.

Zadziałało. Maluch przespał ileś tam nocy. Bezproblemowo. Bezkoszmarowo.

Któregoś razu przyszedł do mnie rano i powiedział:

- Mamo, dziś chyba miałem zły sen.

- Taaak? – odrzekłam z lękiem – a gdzie twój piesek? Pamiętałeś, żeby go postawić?

- O matko – złapał się za głowę mój syn – no, zapomniałem.

 - A widzisz – odetchnęłam  z ulgą – jakbyś go postawił, to by nie było złego snu.

Ludzka psychika ma niezwykłą moc. Nie sądzicie?

Póki co, sposób działa.

 

 

Chcesz mieć samodzielne dziecko? Daj mu żyć.

 

Tak, daj mu żyć.

Nie noś za niego tornistra, pozwól mu wiązać sznurowadła, założyć czapkę, naucz ścielić łóżko i układać ubrania w szafce.

Ono BARDZO CHCE samo się ubierać, myć zęby, odrabiać lekcje. Samo narysuje obrazek do szkoły. Oczywiście, być może dużo gorzej od Ciebie, ale liczą się chęci.

Pewne czynności wykona powoli, nie do końca dobrze, ale to nic. Za parę lat nie będzie za to co pięć minut prosić Cię o pomoc. Będziesz dumna/y, że tak dużo potrafi i CHCE robić samo.

Daj mu trochę wolności. Nie siedź ciągle przy nim. Ono CHCE się trochę samo pobawić, zająć sobą. Jak będziesz ciągle przy nim „warować”, za jakiś czas nie będzie odstępować Cię na krok. Nie pozwoli pogadać z koleżanką, będzie siedzieć z Twoimi gośćmi na Twoim dorosłym spotkaniu. Nie da Ci spokoju i samo będzie miało problemy z innymi dziećmi, wierz mi.

Tak, zajmij się czymś, pokaż, że  Ty też masz prawo do wolności.

Zachęcaj do kontaktów z innymi dziećmi. Ale nie wycieraj mu przy nich nosa – bo to wiocha. Niech się zasmarka. Poradzi sobie.

Jak przewróci się (pod warunkiem, że to nic naprawdę poważnego), nie leć, w mordę, nie rób scen. Ono CHCE się samo podnieść i pokazać, że to umie. Pochwal je za to. Ale też bez przesady, nie rozpływaj się nad nim – pamiętaj, wszelkie skrajności są złe i szkodzą naszym pociechom.

Daj mu posprzątać w domu, korzystaj, póki go to interesuje, bo potem, kiedy będzie trzeba, ciężko go będzie do tego zmusić. Niech zachlapie podłogę bardziej niż byś chciała/chciał. Przecież wyschnie.

Niech Ci pomaga przy robieniu sałatki. Krojenie jest fascynujące. A że krzywo pokroi? Dodasz majonez i nie będzie widać:) Daj mu nóż z ząbkami, jest bezpieczniejszy; bądź przy nim, kiedy będzie się nim posługiwać. Przecież kiedyś mu si się nauczyć. Ma potem w szkole jeść, jak pierdoła, samym widelcem albo łyżką?

Jak nie chce, żeby go przytulać, to go nie przytulaj. Przychodzi taki moment, że my chcemy nadal pieszczot, a nasze dziecko już nie. Uszanuj to. W ten sposób pokażesz, że do dotykania nie wolno zmuszać, że ma to być przyjemność dla obu stron. Poszanowanie intymnych granic jest szalenie ważne.

Daj mu żyć. Nie wyręczaj, powstrzymuj się. Bo potem w przedszkolu, szkole samo sobie nie poradzi, a przecież będzie musiało. A jako dorosły będzie wymagał ciągłej pomocy, a tego chyba nie chcesz?

Spróbuj znaleźć w sobie CIERPLIWOŚĆ na to wszystko. To trudne. Ale próbuj. Czas pokaże, że było warto:)

P.S. Powyższe dywagacje nie dotyczą dzieci w każdym wieku, to oczywiste. Trudno tego wszystkiego wymagać np. od rocznego malca.

O niezależności, dyscyplinie i klapsach…

 

Ostatnio czytałam artykuł, a właściwie  wywiad z pewną aktorką. Z dumą opowiadała, jak to ma rozbrykane dzieci, jak to się w ogóle nikogo nie słuchają, ale jakie są za to niezależne…

Pewnie dobrze mieć niezależne dziecko, które ma własne zdanie, a nie buja się jak chorągiewka i myśli tylko tak, jak swoje otoczenie.

Nie zgadzam się jednak  z dumą z faktu, że dzieciaki się w ogóle nie słuchają. To jest straszne. Teraz chyba modne jest wychowanie pt. rób co chcesz, nie będę Cię ograniczać, nic złego nie powiem, bo to naruszy jakieś ważne sfery dzieciątka. Słowem, najlepiej nie tykać. Oczywiście, trochę teraz demonizuję i wyolbrzymiam, ale  i takie przypadki się zdarzają.

Ok, ja dostawałam w tyłek pewnie za często i nie zawsze tym, co trzeba. Dlatego sama sporadycznie sięgam po „wychowawczego klapsa” na zasadzie ostrzegawczym. Pamiętam, jak bałam się mojej matki, która potrafiła „trzepnąć” w najmniej spodziewanym momencie. Przesadzała, to prawda. Ale przynajmniej znałam swoje miejsce. Pewnie mogła to osiągnąć za pomocą innych środków, ale być może nie umiała. Nie wiem. Chodzi mi teraz  o efekt końcowy, no, prawie końcowy. Wiedziałam, gdzie jest moje miejsce. Wiedziałam, że jak nie zapytam o pozwolenie, to czegoś tam nie wolno mi tknąć. Nie wpychałam wszędzie swoich słodkich paluszków, nie dotykałam tego, co nie moje. I nie sądzę, żeby to jakoś źle wpłynęło na moją niezależność czy samodzielność.

Obserwując moje dzieci, stwierdzam, że rodzimy się już z jakimś tam pokładem niezależności, samodzielności. Mamy określony temperament. Wyznaczanie rozsądnych granic absolutnie tego nie hamuje. WRĘCZ PRZECIWNIE, pomaga w harmonijnym rozwoju i mądrym kształtowaniu tychże cech.

Współczuję przyszłym nauczycielom i pracodawcy dzieci wspomnianej wcześniej aktorki. Naprawdę. Dzieci, których się nie ogranicza, którym zbyt wiele wolno, są później krnąbrnymi przedszkolakami, uczniami, którzy nie chcą respektować szkolnych zasad. Ciężko im współpracować w grupie. Nie lubią i nie umieją podporządkować się, jeśli sytuacja tego wymaga. A jako dorośli są równie krnąbrnymi pracownikami, na których trudno polegać.

Żeby była jasność – nie jestem matką-heterą ani skrajnie surowym rodzicem. Na własnych błędach wypracowuję różne rzeczy, na własnych błędach się uczę. Jak coś spartaczyłam ze starszym (a sporo tego było), to z młodszym już tego nie robię (albo ograniczam to na miarę moich możliwości).

Ale dużo widzę. W domu, w pracy, w okolicy. Tak, żyjemy teraz w takim pędzie, że trudno, zwłaszcza nam-matkom, pogodzić rozmaite obowiązki. To prawda. Pracujemy niejednokrotnie więcej, niżbyśmy chcieli, bo musimy, a to zawsze dzieje się kosztem czegoś, np naszych dzieci. Tak, łatwiej jest włączyć dziecku komputer albo 12-latkowi puścić film od lat 16-tu. Mamy go z głowy.

Wiem, że to kuszące i tak jest łatwiej. Jednak w życiu nie ma być łatwiej. Ma być LEPIEJ.

Dlatego trochę zdrowej dyscypliny powinno się pojawić w życiu każdego dziecka. A my powinniśmy zrobić wszystko, żeby znaleźć dla niego czas, aby widziało, że stawiamy granice, wprowadzamy porządek i PILNUJEMY tego. A jak trzeba, wyciągamy konsekwencje (albo karzemy, choć obecnie to chyba niemodne słowo, bo źle się kojarzy).

I rozmawiamy. Rozmowa to wstęp i dobry początek wszystkiego.

I nie cieszmy się, jeśli nasze dziecko nikogo się nie słucha, bo to żaden powód do radości.

Kiedy czyjeś dziecko doprowadza nas do szału…

Moi znajomi mieli ostatnio kłopot. Zaprosili do siebie innych znajomych z dziećmi. Znalazła się tam też para, która miała wyraźnie rozwydrzoną córeczkę. Mała krzyczała, wszystko psuła, wszystko chciała dotknąć, otworzyć, zamknąć, nie dała dorosłym spokojnie porozmawiać itp. W sumie zepsuła towarzyskie spotkanie. Moi znajomi zapytali mnie, co mieli zrobić w tej sytuacji, bo nie wiedzieli. Rodzice dziewczynki (naprawdę fajni ludzie) nie reagowali na zachowanie ich pociechy, ewentualnie zbywali wszystko śmiechem i żartami.

Ha. Byłam w podobnej sytuacji. Miałam kiedyś przemiłą koleżankę, która odwiedzała mnie, ale zwykle ze swoim synem. Tak jej się poukładało, że nie zawsze miała z kim tego syna zostawić, żeby spokojnie poplotkować. A że u mnie w domu jest dwóch chłopców, więc teoretycznie można to było extra zorganizować – dzieci się bawią, my rozmawiamy… Okazało się to fikcją. Mały Franio (a może nie taki mały, bo pięcio a potem sześcioletni) tyranizował otoczenie. Ale tylko dorosłych. A dokładnie swoją mamę. Potrafił bawić się chwilę z moimi dzieciakami, a potem zaraz sprawdzał, gdzie jest jego mama i jeśli, nie daj Boże, była o parę metrów za daleko, krzyczał na nią głośno, robił jej wyrzuty i zmuszał, żeby z nim siedziała. Słyszałam teksty typu: „Co ty sobie myślisz? Kim ty jesteś? Co ty sobie wyobrażasz? Chodź tu natychmiast! Nie wolno ci nigdzie chodzić! Masz tu być ze mną!” To Franio tak krzyczał. Nie przejmował się obecnością moją, mojego męża i moich chłopców. Urządzał awantury, sceny histerii, jeśli tylko coś nie  szło po jego myśli. A szło tylko wtedy, jeśli jego mama siedziała przy nim wiernie cały czas. Dosłownie cały. Jak chciała wyjść na papierosa, to czekała, aż Franio czymś się zajmie na tyle głęboko, że może nie zauważy, jak ona się oddala. Zawsze zauważał, żeby było jasne.

Na początku nie reagowałam. Liczyłam, że moja koleżanka zauważy, że Franio psuje nam każde spotkanie i nawet moi synkowie (wcale nie aniołki) są jego zachowaniem zmęczeni. Ale nic takiego się nie stało. Marta (moja koleżanka) nic z tym nie robiła, ewentualnie delikatnie sugerowała małemu, żeby dał jej spokój i chwilę zajął się sam sobą. Nic to oczywiście nie dawało. Zaczęłam więc uprzejmie jej tłumaczyć, że zachowanie Frania przeszkadza wszystkim oprócz niej, więc może coś jest na rzeczy. Nic. W końcu któregoś razu nie wytrzymał mój mąż i po prostu stanowczo i głośno upomniał Frania. Mały zreflektował się na moment, ale był zdziwiony, że ktoś w ogóle zwrócił mu uwagę. Moment szybko minął, bo Franio zauważył, że jego mama nie reaguje i nie bierze strony mojego męża, uznał więc chyba, że wszystko gra, skoro mam się nie odzywa.

Powiem Wam, że przestałam ją zapraszać do domu. Powiem Wam też, że zabrakło mi odwagi, żeby dokładnie jej powiedzieć, dlaczego nie są w moim domu mile widziani. Tłumaczyłam jej to jakoś tak ogólnie, naokoło, nie wprost – stchórzyłam. I to był błąd, bo myślę, że w sytuacjach, kiedy zachowanie dziecka wymyka się wszelkim normom kultury i dezorganizuje życie wszystkich naokoło, trzeba najpierw zwrócić uwagę właśnie dziecku (tak zrobił mój mąż) i wytłumaczyć mu, dlaczego jego zachowanie jest niewłaściwe (zachowanie nie dziecko, to ważne). Potem rodzice tego dziecka powinni wkroczyć do akcji – poczuć się głupio i podtrzymać stanowisko gospodarza domu, upominając konstruktywnie swoja pociechę. Natomiast jeśli tak się nie stanie i rodzice małego upiora nie zareagują (albo, co gorsza, wezmą stronę dziecka, twierdząc np. to tylko dziecko, dajcie spokój…), to wtedy widzę tylko jedno wyjście – tłumaczymy tym rodzicom, że nie będziemy tolerować takiego zachowania w naszym domu, więc jeśli nie są w stanie zapanować nad własnym dzieckiem, to nie chcemy, aby z nim do nas przyjeżdżali. Myślę, że wszystko trzeba wytłumaczyć grzecznie, ale szczerze: dlaczego uważamy postępowanie ich pociechy za niewłaściwe, w jaki sposób niszczy miła atmosferę spotkania itp. Tylko powiedzenie wprost daje szansę, że rodzice się zreflektują i może dotrze do nich, że pozwalając na pewne zachowania, krzywdzą i to bardzo własne dziecko.

Kiedyś byłam na chrzcinach u mojej kuzynki. Była tam para z dzieckiem. Mały chodził wszędzie, wszystko dotykał (telefony, portfele, torebki, zero świętości), nie był w stanie usiedzieć na miejscu dłuższą chwilę. Jego rodzice patrzyli z zazdrością na mojego młodszego syna (w bardzo zbliżonym wieku), który bawił się spokojnie w jednym z pokojów, nie przeszkadzając dorosłym. A ja patrzyłam z przerażeniem na ich dziecko, bo… przeszłam kiedyś przez to samo z moim starszym synem. Na szczęście otrząsnęłam się (nie ukrywam z dużą pomocą mojego męża) i zapanowaliśmy nad tym w jakimś stopniu (ale niestety nie w 100%, bo to już nie było możliwe, przynajmniej dla nas). Nauczona doświadczeniem ze starszym smykiem, nie popełniłam pewnych błędów z młodszym. Prawdą jest, że pierwsze dziecko to poligon doświadczalny, z drugim jest łatwiej, nie ma co ukrywać. Poza tym, dzieci rodzą się już z jakimś tam temperamentem, cechami osobowości zapisanymi w genach. I te cechy później albo nam ułatwiają wychowanie, albo utrudniają, albo po prostu wzbogacają proces wychowawczy.

Jakieś podsumowanie? Czasem stanowczo trzeba powiedzieć NIE. Pewnych zachowań nie wolno tolerować. Trzeba jasno i szczerze mówić, co nam przeszkadza i dlaczego.

Taka jest moja opinia, moje zdanie, tak właśnie myślę.