Archiwa kategorii: kobieta kontra mężczyzna?

Głupia kobieta

 

Rozmowa nie była miła. Jak wszystkie poprzednie. Jak zwykle, mimochodem, w aluzji, w sugestii, była winna. Była nieuczciwa. Była nie fair.

A przecież miała zostać sama z problemami przekraczającymi jej możliwości. Wybrała mniejsze zło, bo nie było innego wyjścia. Ale nawet to mniejsze zło nadal było złem. Czekało ją wiązanie końca z końcem. I nic więcej. Nic ponad to. Czy dzieci to zrozumieją? Czy biedę absolutną można w ogóle zrozumieć?

A on i tak uważał, że to mało. Że winna mu jest więcej. Że jest poszkodowany. Że powinna na siebie wziąć więcej.

Jak wziąć więcej? Jak rozmnożyć to, czego rozmnożyć się nie da? Jak zmusić organizm, który nie jest wydolny, by wydolny był bardziej? Jak przechytrzyć własne zdrowie?

A tak naprawdę, jak wytłumaczyć komuś, że nie można wszystkim mierzyć swoją miarą? Że jedno daje tyle, a drugie może materialnie mniej, ale też dużo? Jak można oczekiwać, że wszystko zawsze będzie po równo, skoro tylko on może całkowicie poświęcić się pracy a ona już nie? 

Dlaczego najpierw bardzo się kocha, a potem jest się bardzo okrutnym?

Okaleczone serce boli.

A mimo to, kiedy już nadszedł ten dzień, a właściwie ta noc ostatnia, i tak chciała przytulić się do jego pleców po raz ostatni. Po raz ostatni poczuć jego zapach… Głupia kobieta.

Naprawiać czy wyrzucać?

 

Kupiłam dziś jakieś babskie czytadło dla zabicia czasu w autobusie.

No i siedzę sobie wygodnie, przerzucam kartki, a tu nagle news dnia ( ;) ) – jakaś celebrytka rozstała się z partnerem, krótka notka, obok zdjęcie, jego i jej, i podpis: Byli ze sobą trzy lata!

Wiecie, ten wykrzyknik tak mnie rozbawił, że uśmiałam się prawie do łez. Jednak po dłuższej chwili dopadła mnie refleksja, że nie powinnam się z tego śmiać, tylko płakać, i to rzewnymi łzami. Dostawiając ten wykrzyknik, ktoś nam wyraźnie sugeruje, że para odniosła niesamowity sukces, skoro wytrwali w związku AŻ trzy lata. To tak długo – te trzy lata…

No, schodzimy na psy, daję słowo. To bycie ze sobą trzy lata jest takim wyczynem? Może tak jest w tym celebryckim światku, co? Ja nie wiem, nie obracam się w nim, ale myślę, że dla przeciętnego obywatela o przeciętnym ilorazie inteligencji ten podpis to jasny przekaz: Wow, co za bohaterstwo… aż trzy lata… o rany… :)

I tak od refleksji nad podpisem przeszłam do rozmyślań nad trwałością związków.

Coś jest w tym, że coraz częściej ludzie wolą zmienić partnera niż popracować nad związkiem. Wolą wyrzucić niż naprawić. Coraz rzadziej, coraz trudniej spotkać pary o długim stażu. Coraz więcej rozwodów i rozstań wokół nas. Dlaczego?

Myślę sobie o swoich związkach. Najdłuższy właśnie się kończy – 8 lat. To dużo czy mało? Z jednej strony kawał czasu, kawał wspólnego życia, wspomnień, radości i bólu. Na myśl o tym, że te osiem lat straciłam, bo już kolejnych nie będzie, pęka mi serce. Bo choć powtarzam sobie, że oczywiście już nie kocham mojego męża i w ogóle wszystko mi przeszło, to jest to bzdura. Nie da się odkochać tak szybko, skoro do końca się miało nadzieję, że może jednak wszystko się ułoży. Nie da się odkochać tak szybko, skoro kochało się naprawdę. Jeszcze tęsknię, jeszcze cierpię, jeszcze czuję… Walczę z tym, ale… na wszystko przyjdzie czas. Czas leczy rany. Moje też zaleczy. Nie ma, drań, wyjścia :)

Z drugiej strony, takie 8 lat to tylko osiem lat. Inni są ze sobą 10, 15, 20… Czy rozstanie po piętnastu latach to większy dramat niż po ośmiu? Chyba nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Każda sytuacja jest inna.

Zasadnicze, moim zdaniem, jest pytanie: Dlaczego się rozstajemy? A raczej: dlaczego często jest tak, że rozstajemy się mimo wszystko pochopnie? Mimo że moglibyśmy wszystko naprawić?

Nie chcę uogólniać. Wiem, że są rozstania, które musiały nastąpić. Bywają bowiem sytuacje, których się nie naprawi. Jasne.  A jednak, na co wskazuje ten komentarz pod celebryckim zdjęciem, zbyt często w dzisiejszych czasach idziemy na łatwiznę i zamykamy pewne rozdziały w naszym życiu. Zbyt łatwo się poddajemy. Łatwiej wyrzucić, trudniej naprawić, powiedzmy to sobie szczerze.

Czy zrobiliśmy się leniwi? No, przecież coś musiało się stać, skoro tak postępujemy?

Powodów pewnie jest kilka.

Moim zdaniem, dzisiejsze czasy są podłe, bo większość czasu zabiera nam praca. Żyjemy, by pracować a nie na odwrót. Niestety. Zagonieni pracą zapominamy, że to, co najważniejsze, to bliskość drugiego człowieka. Bez niej człowiek usycha. Oczywiście, praca jest szalenie ważna. Bo wydatki, bo kredyty, bo debety, bo zabawki, bo kieszonkowe, bo kino, bo ciuchy… Pewnie. To wszystko jest niezwykle istotne. Tyle że jeśli nie zachowamy zdrowych proporcji między życiem zawodowym i prywatnym, unieszczęśliwimy siebie i naszych bliskich. Sądzę, że obecnie mamy do czynienia z takim właśnie zachwianiem priorytetów. Wygrywa zarabianie pieniędzy, wiązanie końca z końcem, przegrywa czułość, bliskość, intymność.

Inny powód? Egoizm. Mam wrażenie, że więcej go w nas aniżeli kiedyś. A skoro skupiamy się na sobie, to dlaczego mielibyśmy coś naprawiać, być elastycznym, coś poświęcić…? Jeśli jestem dla siebie najważniejsza, JA, JA  tylko JA, i MOJE potrzeby, to znajdę winę tylko w drugiej stronie. A skoro tak, to znaczy, że trzeba tę wadliwą stronę wyrzucić, pozbyć się jej. Egoizm, egocentryzm, egotyzm to cechy utrudniające zbudowanie i podtrzymywanie szczęśliwego związku… Para musi koncentrować się w podobnym stopniu na potrzebach, pragnieniach obojga osób a nie tylko jednej. Wtedy łatwiej coś dostrzec, naprawić, jeśli zajdzie taka konieczność.

A skąd, w takim razie, tyle egoizmu wokół nas? Skąd go więcej niż kiedyś? Tego to ja nie wiem. Może taki trend w wychowaniu?

Jeszcze jakiś powód? Przyzwolenie społeczne. Tak jak kiedyś „modne” były długie związki, długie małżeństwa, tak teraz, mam wrażenie, obserwuje się wyzwolenie z dawnych pęt. Większą wolność, brak potępienia wobec ludzi „skaczących z kwiatka na kwiatek”. Teraz to oni nie skaczą, tylko zdobywają doświadczenie ;)

I tak, jak mówi stare porzekadło, ziarnko do ziarnka, aż zebrała się miarka. Zmieniamy partnerów często, niekiedy zbyt często. Nie chce nam się naprawiać błędów, przyznawać do winy, ustąpić… Łatwiej i szybciej jest zrezygnować i szukać czegoś nowego. Albo po prostu odpuścić. Szkoda. Myślę, że takie emocjonalne lenistwo prędzej czy później się na nas zemści.

A póki co, w babskich czytadłach o związkach z 20-letnim stażem czytamy: Co za evenement… Chciałabym, żeby to się zmieniło.

Lekcja miłosnej poetyki

Zakochałam się w tej piosence dawno, dawno… Dokładnie 11 lat temu. Pamiętam dokładnie. Byłam w przededniu bardzo intensywnego okresu w swoim życiu… Ale to poetycko ujęłam :) Prawda jest taka, że przydarzyło mi się wkrótce potem to, co bohaterowi tego tekstu…

Wtedy niespecjalnie zwróciłam uwagę na tekst tej piosenki.  Ujęła mnie melodia, rytm, echo, moc… Parę dni temu odnalazłam ją i wsłuchałam się w nią dokładniej. No, proszę, okazała się swoistym preludium…

Otóż, dwoje ludzi przeżywa przygodę. Spotykają się nie wiadomo gdzie (nie jest to bowiem ważne) i przeżywają gorące zauroczenie. W tle morze, piach, słońce… Słowem – klasyka. On pragnie letnich uniesień, niczego poważnego: Miałem być szybszą z lin… – mówi. – Nim piach wypłuczę z fal… Chce jej dużo dać, ale potem odejść: Nim wezmę to, co dam – mówi. Czy ona o tym wie? Czy godzi się na taki niezobowiązujący układ? Nie wiadomo. On jest namiętny. W tym krótkim, jaki planuje, czasie, pragnie zaoferować jej naprawdę wiele: Następny dzień, napływ sił – jak opowiada. Ma świadomość, że krótki, wakacyjny romans może nie być tym, czego chce ona. Zdaje sobie sprawę z tego, że zawrócił jej w głowie, zaczarował, zauroczył, ale nie wiąże z nią przyszłości. Nie jest to więc układ uczciwy: Miałem być najlżejszą z win… – mówi, jakby się usprawiedliwiając. 

I nagle, jak to bywa w życiu, on traci kontrolę nad sytuacją: Spod nóg wypada rytm… – mówi. Chciał przygody, chciał chwili. Chciał dać jedynie uniesienia, namiętność, a podarował znacznie więcej… Słodki happy end – mówi.

Serce nie sługa, jak mówi przysłowie :)

Miałem być… miałem być – opowiada on. No, miał, tak planował, ale los przygotował dla niego niespodziankę. I dobrze. Szczęśliwe zakończenia są fajowe :)

A jaki z tego morał? Z uczuciami igrać nie wolno. To materia nieprzewidywalna. Gdyby było inaczej, pewnie nasze życie byłoby łatwiejsze, bezpieczniejsze, ale, być może, nudniejsze?

Ciekawe, skąd tytuł piosenki WYRZUCENIE?

(oczywiście jako rasowy filolog polski mam swoje teorie ;) )

Miłego słuchania :) Niestety, nie jest to zbyt dobra wersja tej piosenki. Lepszej na you tube nie znalazłam. Naprawdę piękną ściągnęłam z Muzodajni. Dopiero tam słychać, jaka jest fantastyczna.

 

Marcin Rozynek i Atmosphere

Wyrzucenie

A miałem być cieńszą z lin 
Następnym dniem, napływem sił
Nim piach wypłuczę z fal
Nim wezmę to, co dam

Słodki happy-end trochę mgieł i rad
Ping-pond bez wody, chmur szmat
Zły ruch, zmieniany wciąż kurs
Wiatr i fale, nasz Volkswagen-bus
Lepszy świat, perły i muł
Każdy oddech, cień skrzywiony z kół
Niemoc, piana i wszystko, co wiesz
Czego nie ma nawet i wiara też

A miałem być szybszą z lin
Bez śladów stóp, najlżejszą z win
Spod nóg wypada rytm
Zasypia ziemię z wydm

Słodki happy-end trochę mgieł i rad
Ping-pond bez wody, chmur szmat
Zły ruch, zmieniany wciąż kurs
Wiatr i fale, nasz Volkswagen-bus
Lepszy świat perły i muł
Każdy oddech cień, skrzywione z kół
Niemoc piana i wszystko, co wiesz
Czego nie ma nawet i wiara też

Kochajmy i nie udawajmy

  Kochamy niewątpliwie MIMO CZEGOŚ. Ten, kto tego nie zrozumie, nie pojmie, nie przyswoi, ten poległ. Ten nie pokocha naprawdę.

Stan zakochania totalnego powoduje, że ślepia mamy nieco zamroczone. Zauroczeni jesteśmy wtedy wszystkim. Jednak ten stan mija. I albo przekształca się w prawdziwą miłość, albo… ginie w przyrodzie :)

Jeśli chcemy, żeby trwał, trzeba nauczyć się akceptować człowieka takiego, jakim jest. Takiego trzeba go kochać. Tak, kochać go, mimo że… kiepsko gotuje, zapomina kupić sól, jest przesadnie tolerancyjny… itd. itp. Oczywiście, myślę tu o ludziach ukształtowanych, dorosłych. Trudno oczekiwać od nich, że zmienią się diametralnie pod wpływem uczucia. Nic z tego. Jak będą kochać mocno, to zmienią się trochę. Oczekiwanie, że staną się praktycznie kimś innym, to zwykłe okrucieństwo. Zwłaszcza, jeśli samemu nie za bardzo chce się być elastycznym. Mamy więc do czynienia nie tylko z czymś nikczemnym, ale i naiwnym zarazem. Po obu stronach. Strona, która zrobi wszystko, by się zmienić (by zasłużyć na miłość?), robi sobie krzywdę, dosłownie, fizycznie i psychicznie, to po pierwsze. I jest naiwna, myśląc, że to się uda, to po drugie. A jeśli faktycznie wychodzi z założenia, że w ten sposób zasłuży na miłość, to znaczy to, że tkwi w czymś niedobrym. To znaczy, że ta pierwsza strona potrafi kochać ZA COŚ. A nie o to w miłości chodzi. Kochanie za coś, to nie miłość, to transakcja.

Akceptowanie człowieka, kochanie go MIMO ŻE… jest możliwe pod warunkiem, że zdajemy sobie sprawę z własnej niedoskonałości.

Z tego, że nam samym też daleko do ideału. Jeśli jedna strona jest przekonana, że zazwyczaj (prawie zawsze, najczęściej) ma rację, wie lepiej itp., to nic z tego nie wyjdzie. Jeśli traktuje drugą osobę jako tę „gorszą” (kiepską matkę, kucharkę, gospodynię/złego ojca, kochanka…), udana miłość nie jest możliwa. Partnerzy muszą traktować siebie na równi. Nikt nie jest gorszy ani lepszy. Każdy ma wady i zalety. KAŻDY SIĘ MYLI. Każdy może zapomnieć, nie tylko ta/ten, kto z reguły zapomina częściej :)

Jeśli kocham MIMO ŻE…, to wiem, że na miłość nie można zasłużyć. Nie mogę sugerować drugiej stronie, że będę ją kochać, będę czuła pod warunkiem, że: zarobisz tyle i tyle albo kupisz mi pierścionek. Albo nie zapomnisz wyrzucić śmieci. Albo będziesz pamiętać, żeby przykręcić mi gdzieś śrubkę. Analogicznie, mężczyzna nie może szantażować kobiety, twierdząc, że będzie czuły, jeśli ona na to zasłuży. Mówiąc, że przytuli, popieści, jeśli ona podstawi mu pod nos talerz z późną kolacją. W przeciwnym razie może się pocałować w nos… Kochamy, jesteśmy czuli, dotykamy, pieścimy właśnie dlatego, że kochamy. ZA NIC. Za to, że ktoś jest. MIMO ŻE on od roku nie przykręcił rurki w łazience. MIMO ŻE ona nie lubi gotować.

Jeśli do tego dodamy bycie bądź niebycie sobą, trzeba będzie stwierdzić, że to kolejna podstawa udanej miłości. O tak, na początku ludzie pragną dopasować się we wszystkim. Robić, myśleć, czuć to samo. Oczywiście, na dłuższą metę to fikcja. Dla mnie osobiście to fikcja nawet na krótką metę :)

Nie wolno udawać kogoś, kim się nie jest.

To okrutne, bo zwodzi się w ten sposób tę druga osobę, której się wydaje, że spotkała księcia/księżniczkę z bajki. Jeśli nie lubię koszul w brązową kratę i wybajerzonych butów, to jak ona chce mi takie wybrać, mówię: sorry, nie podoba mi się. Jeśli on nie lubi oglądać telewizji, to ona nie powinna wyrzucać odbiornika telewizyjnego tylko dlatego, żeby mu sprawić przyjemność.

Nie ma nic gorszego, niż udawanie w imię źle pojętej miłości. Bo to guzik jest a nie miłość. Jeśli mi zależy, jestem sobą. Jasne, jasne, jeśli ktoś lubi smarkać w rękę, no, to lepiej, by… sobą nie był i się zmienił :) Ale myślę, że wiecie, o co mi chodzi. BĄDŹ SOBĄ w kwestiach zasadniczych, bo one mogą zaważyć na Twoim związku. Po co później żałować? Po co marnować komuś czas? życie? zdrowie? 

To wszystko wydaje się takie oczywiste, takie proste, ale wierzcie mi, w praktyce okazuje się jednak i niestety skomplikowane. I niesie za sobą tyle pytań, na które tak trudni odpowiedzieć?

Czy można nauczyć się kochać MIMO że, skoro do tej pory kochało się za coś?

Jak nie skończyć w psychiatryku (albo z zawałem :) ), jeśli tak długo próbowało się dla kogoś zmienić?

Czy słuszne jest próbowanie, by zasłużyć na czyjąś miłość?

Czy wybaczać i czekać na zmiany?

Kiedy się wycofać, jeśli się już widzi, że związek „nie rokuje”?

 

To pewnie nie jedyne pytania związane z tym tematem. Ciekawa jestem, co o tym sądzicie? 

 

Mam nadzieję, M., że tekst Ci się spodobał…

 


 1.
Nie wiem, czy potrafię, czy wystarczy sił
Nie jest łatwo ciągle grać, jeszcze trudniej sobą być
O nic już nie pytaj, lepiej wiedzieć mniej
Dziś zasypiasz obok mnie, nie wiem co przyniesie dzień
Najtrudniej do prawdy przyznać się
Przed sobą…

Ref.
Wiem, dopóki wszystko jest możliwe
Chcę przy Tobie znów czuć się bezpiecznie
Choć tyle błędów już za nami
Znów bez podejrzeń zakochani

2.
Z Tobą mam już wszystko, z Tobą jestem kimś
Chociaż to tak wiele, w zamian nie chcesz nic
Dla Ciebie mogę sobą być
Dziś jedno…

Ref.
Wiem, dopóki wszystko jest możliwe
Chcę przy Tobie znów czuć się bezpiecznie
Choć tyle błędów już za nami
Znów bez podejrzeń zakochani

3.
Ile jeszcze razy [ile razy...]
Uda się nam spojrzeć tak na siebie jak pierwszy raz

Ref. [x2]
Wiem, dopóki wszystko jest możliwe
Chcę przy Tobie znów czuć się bezpiecznie
Choć tyle błędów już za nami
Znów bez podejrzeń zakochani

 

 

No i kto tu nawalił?

 

A i B są małżeństwem. Mają dwoje dzieci. B pracuje w szkole. Jest nauczycielką. A prowadzi własną działalność. Też uczy, ale uczniów indywidualnych. Jak to się mówi – prywatnie. Pracuje ciężko, najczęściej siedem dni w tygodniu. Zarabia wtedy, kiedy pracuje. Jak nie ma lekcji – nie ma pieniędzy. Żyje więc pod dużą presją.

Jakiś czas temu ich syn miał wypadek w szkole – złamał nogę.

Tego dnia B wybierała się na wycieczkę ze swoją klasą. To takie wyjście w nagrodę za uzbierane pochwały. Wychowawca zabiera wtedy klasę do kina albo na kręgle. B na prośbę uczniów wybrała kino. Zarezerwowała bilety i busa, żeby zawieźć i przywieźć z powrotem dzieciaki pod szkołę.

Jakieś dwie godziny przed wyjazdem do B zadzwoniono ze szkoły starszego syna i powiadomiono ją, że złamał nogę. B wpadła w popłoch. Wytłumaczyła, że jest w trudnej sytuacji, bo nie może nagle rzucić wszystkiego w szkole i zrezygnować z wycieczki. Obiecała błyskawicznie zorganizować kogoś innego, żeby zajął się synem. Do męża nawet nie zadzwoniła, bo wiedziała, że nie lubi odwoływać lekcji, gdyż traci wtedy pieniądze. Zadzwoniła do swojej mamy. Ta oczywiście zgodziła się pomóc. 

B miała wyrzuty sumienia, że sama nie pojechała, ale obawiała się, że będzie mieć nieprzyjemności w pracy, jeśli wyjazd odwoła. Autokar był zamówiony i już czekał. Z uczniami nie mógł jechać nikt inny – taka specyfika tego typu wycieczek. No i B już wcześniej raz zmieniała termin wyjazdu z powodu choroby młodszego syna. Odwoływanie wyjścia po raz kolejny chyba byłoby niepoważne.

Kiedy B była już w kinie, zadzwoniła do niej jej mama i powiedziała, że w ośrodku zdrowia nie chcą zająć się chłopcem, bo ona, czyli babcia nie jest jego prawnym opiekunem i nie ma zgody na to, żeby interweniować w tego typu sytuacjach. B zdębiała. Nie mieściło jej się to w głowie. Syn miał w końcu złamaną nogę i cierpiał. No, ale, jak wytłumaczono to jego babci, nie było zagrożenia życia, więc bez prawnego opiekuna lekarze nie mogli nic zrobić. Dzieciak mógł cierpieć do woli.

B postanowiła więc zadzwonić do męża. A wysłuchał jej spokojnie, a potem stwierdził, że właśnie ma lekcję z uczniem, potem kolejną i nie może pojechać do syna. B wytłumaczyła mu, że właśnie jest w kinie z wykupionymi biletami i nie może sobie stąd nagle pójść. A odrzekł, że to rozumie, ale nie może odwołać lekcji, bo straci pieniądze. B, wkurzona na maxa, dalej mu tłumaczyła, że lekarze nie udzielą pomocy ich synowi, jeśli nie będzie przy nim któregoś z rodziców. A zaś nadal tłumaczył, że nie może odwołać zajęć. W końcu B zapytała, ile straci pieniędzy, jeśli odwoła lekcje. A zaczął się łamać, wahać, jakby jednak uznał, że trzeba jechać, ale wymienił kwotę. B stwierdziła, że odda mu te pieniądze. I mąż pojechał…

Potem rozmawiali o zaistniałej sytuacji. A w długiej przemowie udowadniał żonie, że okazała się nieodpowiedzialna, bo to ona powinna rzucić wtedy wszystko i pojechać do syna od razu. B twierdziła, że nie ma racji, na przykład z tego względu, że w przeciwieństwie do niej jeździ samochodem i mógł szybko znaleźć się przy dziecku, a poza tym w jego przypadku w grę wchodziło tłumaczenie się przed jedną osobą z odwołania lekcji. Ona miała na karku swoich uczniów, ich rodziców i firmę, która wynajmowała autokary. A jej zarzucił, że nieodpowiedzialnie traktuje pieniądze, bo przez to, że sam pojechał, stracili parę stów. B powiedziała, że odda mu tyle, ile stracił. Taka jesteś bogata? – spytał ją mąż. Nie – odparła – ale kiedy w grę wchodzi zdrowie dzieci, to ja nie liczę. A jak trzeba, to pożyczę…

Tak czy owak A nie dał się przekonać i nadal żyje w przekonaniu, że jego żona jest nieodpowiedzialną matką i kobietą.

A syn? Włożyli mu nogę w gips na trzy tygodnie. Oczywiście, na zdjęcie gipsu pojedzie B.

Cuda się zdarzają?

 

Nie wiem, czy się zdarzają… (Mam nadzieję, że tak.)

Ten tytuł to chwytliwa reklama pewnego filmu, którego… nie znam :)

Obejrzałam jego trailer. Tyle. Wygląda na historię miłosną niekoniecznie z happy endem, jakąś opowieść o namiętnej miłości przekraczającej wszelkie granice, także życia i śmierci. To też film o magii – dosłownie, jak sądzę, patrząc na jego zapowiedź :)

Czemu o tym piszę?

No, bo po pierwsze dziś WALENTYNKI, więc kochajmy się i tak dalej… A po drugie, urzekła mnie piosenka promująca tenże obraz. Załączę Wam zaraz odpowiedni link, to sobie posłuchacie :)

Piękny kawałek, naprawdę. Romantyczny na maksa. Oczywiście o miłości. Tekst może nieco banalny, zwyczajny, ale muza odjazdowa. Jak zwykle w przypadku „zachłyśnięcia się” jakąś piosenką, słucham jej po wielokroć (obecnie puszczam ją po raz 12.) Odtwarzam ją, upajam się nią, przeżywam, marzę, ekscytuję… Cudowna.

Nie było tego filmu na polskich ekranach. Nie wiem, dlaczego, bo wygląda obiecująco. Myślę sobie, że od czasu do czasu fajnie jest obejrzeć coś pięknego o czymś pięknym. A cóż może być piękniejszego od pięknej miłości? W mordę, NIC. Miłość daje kopa, daje siłę, daje takie fajowe, pozytywne spojrzenie na wszystko, daje wiarę w ludzi, daje zdrowie (te endorfiny i te sprawy). 

W moim życiu obecnie trochę mimo wszystko tej miłości jest…

Do moich synów. I, że tak powiem, wzajemnie :)  I do mojej kocicy ;) Nawet moich toksycznych staruszków nauczyłam się kochać… A jeśli, jak w tytule, cuda się zdarzają, to i jakiś fantastyczny facet jeszcze mi się trafi… Jak w tym filmie ;)

Kochajmy się, moi drodzy, życie jest tak krótkie :)

 


Światło słoneczne zakrada się
Oświetla naszą skórę
Obserwujemy jak mija dzień
Opowieści o tym, co robiliśmy
Sprawiały że myślałam o Tobie
Sprawiały że myślałam o Tobie

Pod bilionem* gwiazd
Tańczyliśmy na dachach samochodów
Fotografowaliśmy ten stan
Tak daleko od miejsca, w którym jesteśmy
Sprawiało to, że myślałam o Tobie
Sprawiało to, że myślałam o Tobie

Światła gasną
W tym momencie jesteśmy zagubieni i odnalezieni
Chcę tylko być przy Tobie
Gdyby te skrzydła potrafiły latać

Do końca naszego życia

Jestem w obcym stanie
Moje myśli się wymknęły
Moje słowa mnie opuszczają
Złapały samolot
Ponieważ pomyślałam o Tobie
Tylko przez myśl o Tobie

Światła gasną
W tym momencie jesteśmy zagubieni i odnalezieni
Chcę tylko być przy Tobie
Gdyby te skrzydła potrafiły latać

Cholera te ściany
W tej chwili mamy 10 stóp**
I ten sposób, w którym powiedziałeś mi
Zapamiętamy tę noc
Do końca naszego życia

Gdyby te skrzydła potrafiły latać

Światła gasną
W tym momencie jesteśmy zagubieni i odnalezieni
Chcę tylko być przy Tobie
Gdyby te skrzydła potrafiły latać

Cholera te ściany
W tej chwili mamy 10 stóp
I ten sposób, w którym powiedziałeś mi
Zapamiętamy tę noc
Do końca naszego życia

Efekt motyla

 

Pewna kobieta, nazwijmy ją Karolina, kupiła kiedyś mieszkanie na kredyt. Zamieszkała w nim ze swoją córką. Bardzo dobrze im się tam mieszkało. Po kilku latach Karolina spotkała mężczyznę, z którym się związała na stałe. Zamieszkali razem w jej mieszkaniu… Zaczęli planować ślub. Sielanka.

Jednak jakiś czas później w związku ze stale awanturującym się i napalonym na Karolinę sąsiadem, budową ruchliwej ulicy pod oknem oraz nową pracą naszej bohaterki, zakochani postanowili zmienić miejsce zamieszkania. I tu kobieta popełniła pierwszy błąd. Wplątała się w zawiły układ z własnymi rodzicami: sprzedała swoje mieszkanie; rodzicom, na ich prośbę, kupiła mniejsze, a sama wraz z córką i przyszłym mężem wprowadziła się do większego po rodzicach. Za zamianę dopłaciła im tak, żeby nie byli stratni. Z nowego lokum miała bliżej do nowej pracy. Niedaleko mieszkała jej siostra. Wydawało się, że to udana transakcja. Tym bardziej, że przez tych kilka lat ceny mieszkań poszły nieźle w górę i Karola zyskała na sprzedaży swojego pierwszego mieszkanka. Na kolejne lokum, to malutkie dla rodziców, wzięła więc bardzo mały kredyt, łatwy w spłacie. 

Niestety, po kilku latach rodzicom znudziło się mniejsze mieszkanie i zapragnęli z powrotem większego. Karolina nie była w stanie się z nimi dogadać. W tym czasie miała już kolejne dziecko, na które zdecydowali się z mężem niedługo po ślubie. Nie za bardzo mieli ochotę zamieszkać we czwórkę w kawalerce. Cóż należało robić? Można było sprzedać to jednopokojowe i wziąć kredyt na większe mieszkanie. Nie okazało się to jednak takie proste. Mąż Karoliny pracował w firmie, która zawierała umowy na kwotę dla nich dogodną, a resztę dopłacała tak, żeby ponosić jak najmniejsze koszty. W związku z tym para póki co nie miała szans na kredyt, zwłaszcza że sytuacja na rynku mieszkaniowym się diametralnie zmieniła i już nie tak chętnie przyznawano kredyty, jak w czasach, kiedy bohaterka kupowała swoje pierwsze mieszkanie.

Zdecydowali więc, że będą przez jakiś czas wynajmować, aż wymyślą sposób, żeby zarobić więcej i być zdolnym kredytowo. I tu Karolina popełniła kolejny błąd. Przystała na propozycję męża, żeby wynająć dom a nie mieszkanie. Mężczyzna zawsze marzył o domu, poza tym, chyba chciał zaimponować żonie, że będzie go na niego stać. Jakoś tak nagle okazało się, że mieszkań nie lubi. Tylko po jaką cholerę dom, skoro trzeba oszczędzać na opłaty związane z kredytem?

No, ale wynajęli śliczny domek. Mieszkało się w nim super. Kawalerkę Karolina wynajęła, więc równoważyło to jakąś część opłat.

Cóż, ciężko odkładać pieniądze, wynajmując dom. Dlaczego Karola się nie zbuntowała, skoro widziała, że nie stać ich na oszczędności konieczne do zakupu stałego lokum? Nie wiem. Można to tłumaczyć jej chorobą na przykład – przez dłuższy czas brała psychotropy na silne stany lękowe (powróciły koszmary z dalekiej przeszłości…) Była więc zajęta tym, żeby nie zwariować, i niczym innym. Można to tłumaczyć tym, że mąż był w tym czasie jedyną osoba pracującą, bo ona siedziała na urlopie wychowawczym. Mężczyzna nie chciał żyć w mieszkaniu – pragnął domu. A skoro zarabiał i samodzielnie utrzymywał rodzinę, decydował o wszystkim. Co ciekawe, nie zaglądał do kont, nie zajmował się płaceniem rachunków. Przelewał to, co zarobił, na wspólne konto, a Karolina zajmowała się resztą. Jak zrobiło się ciężko, uruchomiła debet na koncie. Mąż nie orientował się, co i ile kosztuje. Żona nie narzekała na brak pieniędzy, czyli wszystko było ok. Dlaczego nie narzekała? Dlaczego na to przystała? Dlaczego się godziła? Ja nie wiem, jak słowo daję. 

Po jakimś czasie zarobki mężczyzny wzrosły na tyle, że mogli zacząć przymierzać się do wzięcia kredytu na… oczywiście dom. Choć Karola namawiała męża na mieszkanie, tłumaczyła, że dom to ogromna inwestycja i nie stać ich na nią, on był nieubłagany. Twierdził, że bez problemu utrzyma rodzinę i kredyt nawet, jeśli Karolina nie wróci do pracy. Cholerne mrzonki. Kobieta dobrze o tym wiedziała, ale nie miała żadnej siły przebicia. Poza tym, dała się uwieść słowom swojego ukochanego, który tłumaczył jej, że dom jest tym, czego zawsze pragnął. I jak tu zniszczyć marzenia osobie, którą się kocha ponad wszystko?

A przecież w jej małżeństwie już nie było tak dobrze jak przez pierwsze lata. Nie spełniała oczekiwań swojego męża. W jakimś stopniu zasłużenie, bo daleko jej było do ideału. Zdarzały się sytuacje kiedyś dla niej nie do pomyślenia: mąż wynosił się z sypialni, ona błagała go, żeby jej nie porzucał… Fuj. Poniżające. Dlaczego nie dało jej to do myślenia?

I wtedy popełniła następny błąd. Kardynalny. Postanowiła sprzedać swoją kawalerkę, żeby spłacić kredyt na samochód, debet na ich koncie oraz mieć gotówkę na dodatkowe opłaty związane z kredytem i remontem kupowanego domu. Pozbyła się w ten sposób swojego jedynego zabezpieczenia. Dlaczego to zrobiła, wiedząc i widząc, że jej małżeństwo coraz bardziej odbiega od doskonałości? Że pojawiają się na nim rysy, być może nie do naprawienia. Nie wiem. Pewnie wierzyła, że „na swoim” wszystko się ułoży. Pewnie cały czas kochała swojego męża, bla, bla, bla…

W końcu kupili dom, o którym marzył mąż Karoliny. Zaczęli mały remont, urządzanie, sprzątanie. I wtedy pojawił się w ich związku potworny kryzys. Pal licho powody. Fakty były takie, że mąż Karoliny postanowił ją zostawić. Przeżyła szok.

I wtedy podjęła wreszcie jakąś dobrą decyzję. Znalazła pracę. Planowała ją znaleźć, kiedy ich dziecko skończy trzy lata i pójdzie do przedszkola, no ale sytuacja, kiedy miała nagle zostać sama z dwojgiem dzieci, przyspieszyła jej działania. I dobrze.

Mąż w końcu jej nie zostawił. Pogodzili się i początek życia w ich nowym domu był nawet w porządku, całkiem szczęśliwy.

Niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy…

Mąż Karoliny zmienił pracę. Praktycznie przestał bywać w domu. Inwestował, co miał i mógł, żeby rozkręcić jakieś tam interesy, więc na kontach pojawiły się debety. Karolina z czasem zaczęła zarabiać więcej i więcej, ale to i tak było za mało, żeby wszystko pospłacać.Może była za mało oszczędna?

Ich małżeństwo w końcu runęło, co było chyba do przewidzenia. Jak się tworzy trudny związek i przy tym nie spędza ze sobą czasu, jest kwestią czasu, że ludzie się rozminą i w końcu rozstaną.

Przed Karoliną pojawiła się trudna decyzja: co zrobić? Zostać w domu, na którego spłatę i utrzymanie jej nie stać? Czy wyprowadzić się z dziećmi i coś wynająć? Domu nie znosiła. Kojarzył się jej tylko ze sprzątaniem 150 metrów, samotnością i ciągle niedokończonym remontem. Mogła zamieszkać w nim ze swoimi rodzicami. Oddałaby im górę. Podzieliby się opłatami. Jednak perspektywa życia z despotyczną, nieprzewidywalną matką i wiecznie marudzącym pod pantoflem małżonki ojcem byłaby powtórzeniem traumy z przeszłości… Może jednak należało się poświęcić? Utrzymałaby dom w swoich rękach, miałaby dla siebie i dzieci coś swojego, coś własnego. Wynajmując mieszkanie, tułałaby się ciągle. Już nigdy nie miałaby własnego kąta, bo na kredyt nie było jej stać. 

Widzicie, jak kilka decyzji może zmienić czyjeś życie? Jak może je zniszczyć? Jedna decyzja pociąga za sobą kolejne. I następne. Gdyby Karolina nie zamieniła się na mieszkania… Gdyby nie sprzedała swojej kawalerki… Gdyby rozwiodła się wcześniej… Gdyby, gdyby, gdyby…

 

This is a man’s world, but…

 

Tak śpiewał kiedyś James Brown.

Że świat wokół nas to męski świat. Że mężczyźni nim rządzą. Ale… ten niby ich świat nie byłby ich, gdyby nie my – kobiety. Bo bez kobiet mężczyzna jest niczym…

Ktoś mógłby powiedzieć, że w słowach Browna tkwi pewien szowinizm. Niewykluczone.

Ja jednak dziś chcę zwrócić uwagę na to, że w jego piosence pojawia się pewna piękna prawda, od której dziś często się ucieka (taka moda). Mianowicie, James śpiewa, że facet bez kobitki nie znaczy nic. A więc, nie da się nic stworzyć, zbudować bez osoby, która stoi u Twojego boku i cię wspiera. O tym chrypi Brown. I ja się z nim zgadzam. I nie chodzi tylko o to, że mężczyzna bez kobiety, ale też o to, że kobieta bez mężczyzny. Człowiek jest istotą stadną. Społeczną. Nie jest stworzony do życia w pojedynkę. 

Śmieszy mnie moda na mówienie „Jestem singlem/singielką”. Nie wypada powiedzieć: „Jestem sam/sama”. Tak jakby obecnie wstyd było się przyznać, że jest się samemu. Że się poszukuje. Albo że się jest zwyczajnie samotnym. Oczywiście, są różne sytuacje i wśród tych wszystkich singli są single prawdziwi – ludzie, którzy z jakichś powodów aktualnie chcą być sami (bo że chcą być sami na zawsze, w to trudno mi uwierzyć). Zawiedli się na kimś. Przeżyli coś traumatycznego. Póki co cieszą się swobodą. Odpoczywają. 

Ale, moim zdaniem, zdecydowana większość singli to ludzie po prostu sami. Samotni. Potrzebujący drugiej osoby. Bardziej lub mniej poszukujący „drugiej połówki”. Tyle że nie chcą czy nie mogą się do tego przyznać. Bo wyjdą na nieudaczników, którzy nie potrafią znaleźć sobie kogoś. Jest tak czy nie? Stwierdzając: Jestem singlem i dobrze mi z tym – ucinają plotki, docinki, komentarze. 

Jest w tym fałsz, prawda? Ale powiedzmy sobie szczerze, ludzkie wścibstwo potrafi zatruć życie, więc nie ma się co dziwić, że osoby samotne tworzą wokół siebie pewne pozory. Rozumiem to. Ale się burzę. I wkurzam. I na jednych, i na drugich. Bo nie znoszę wścibstwa. Tworzenia fikcji i pozorów również.

W samotności na dłuższą metę nie ma nic pięknego. Ja przynajmniej nic takiego nie widzę. Nie masz, z kim pogadać, nie masz, do kogo się przytulić, przed kim wyżalić… dotknąć… Co w tym fajnego? Tak. Można mieć przyjaciół, rodzinę. Ale to moim zdaniem nie to samo. 

Z drugiej strony, stan bycia samemu nie powinien też kojarzyć się z klęską albo czymś wstydliwym. Myślę, że to pisanie o singlach, o tym, że ich życie jest ciekawe, wartościowe, atrakcyjne, wzięło się m.in stąd, że samotnych często wytykało się palcami: O, to ta, która faceta nie może sobie znaleźć… O to ten, nieudacznik, żadna baba go nie chce… Czyż tak nie bywało? Czyż nie zdarza się tak nadal?

Dzięki artykułom, filmom itd. udało się wielu ludzi przekonać do tego, że samotny-singiel to wcale nie pierdoła. To zwyczajny człowiek, którego życie po prostu akurat nie kręci się wokół miłości, co nie znaczy, że jest przez to mniej wartościowe. I dobrze, że tak się stało. Zawsze denerwowało mnie mierzenie wartości, dajmy na to, kobiety tym, czy ma faceta, ilu ich w ogóle miała, czy nie za późno zaczęła umawiać się na randki, czy w miarę szybko wyszła za mąż… Przypuszczam, że obecnie nie jest to tak nasilone jak kiedyś, kiedy byłam „dwudziestką”. Czasy się jednak na szczęście zmieniły :)

Ale ta zmiana poszła chyba trochę za daleko. Za bardzo gloryfikuje się teraz stan „życia w pojedynkę”. Tak uważam. „Jestem sama i dobrze mi z tym” „Nie mam faceta i to jest super” „Mam pracę, pieniądze, na co mi facet?” – często słyszy się, czyta się takie teksty. A ja wcale nie uważam, żeby to było takie super. Człowiek jest stworzony do życia w parze. Tak sądzę. Ale, oczywiście, nie musicie się ze mną zgadzać :) 

Czy podświadomie, w marzeniach, snach nie szukamy, nie czekamy na kogoś fajnego, kto uzupełni bądź dopełni nasze życie? Nie jest tak? Bo moim zdaniem chyba tak :)

Oczywiście, każdy z nas powinien też umieć żyć w pojedynkę. Nie wisieć na nikim jak ten bluszcz. Życie jest, o czym mawiał Forrest Gump, jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz, na co trafisz. Nie wiemy, co jest nam pisane, dlatego umiejętność bycia samemu jest potrzebna. 

Ale świat jest piękniejszy, kiedy nie jesteśmy sami :) O ileż więcej się chce, więcej tworzy, o ileż więcej, intensywniej się przeżywa… Dlatego każdemu życzę kogoś do pary :)

 

 

Odejść bez słowa

 

Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest, kiedy ktoś Wam bliski odchodzi bez słowa, bez pożegnania?

Nie mówię tu o śmierci. Nie tym razem :) Mam na myśli sytuacje, kiedy trwa pewna zażyłość, bliskość, a potem nagle ta oddana nam osoba znika bez słowa wyjaśnienia.

Tak. To może być wtedy, kiedy facet rzuca kobietę albo kobieta faceta. Przestają dzwonić, pisać. Koniec. Było fajnie, może nawet bardzo i nagle trach… Ona/on odchodzi. Nie wiemy, dlaczego. Nie wiemy, co zrobiliśmy nie tak, czy czymś zawiniliśmy. Ok, niekiedy wiemy, że „spapraliśmy” sprawę i ktoś nas opuszcza, bo na to zasłużyliśmy. Jednakże nierzadko bywa tak, że nie wiemy, o co chodzi. Nie mamy pojęcia, dlaczego zostaliśmy porzuceni. 

Tak może być w przypadku nie tylko zauroczenia, fascynacji, miłości, ale też bliskiej znajomości, przyjaźni. Moje pytanie brzmi: dlaczego odchodzi się bez słowa?

Czy zdarzyły mi się takie sytuacje? Jasne, że tak. Trochę już na tym świecie żyję i przeżyłam co nieco :) Dlatego też doszłam do pewnych wniosków i mam swoje spiskowe teorie na temat odchodzenia bez pożegnania/wyjaśnienia:

1) Byliśmy czymś w rodzaju zabawki, a te, jak wiadomo, zwykle porzuca się tak po prostu i bierze nowe. Kiedyś myślałam, że to dotyczy ludzi bardzo młodych (wiecie, ta szalejąca młodość i jej głupie wybryki), ale dochodzę jednak do wniosku, iż przydarza się to w każdym wieku. Nawet dorosłe, dojrzałe (chyba pozornie) osobniki obojga płci potrafią przedmiotowo traktować innych. Są wyrachowane, świadome tego, co robią. Nie liczą się z uczuciami drugiego człowieka, dlatego rzucają go bez słowa.

2) Nie byliśmy ważni dla tej osoby, dlatego też opuściła nas bez słowa. Nawet nie była wyrachowana, może nawet miała na początku dobre intencje. Jednak po jakimś czasie doszła do wniosku, że traci czas. A to, co nieważne, traktujemy przecież w „nieważny” sposób. Dla kogoś nieistotnego nie warto tracić czasu. Po co więc zbędne wyjaśniania, które zajmują czas?

3) Zraniliśmy kogoś na tyle mocno, że ta osoba chce zranić nas równie mocno. To w sumie naturalny odruch – ty mi tak, to i ja tobie tak. Albo i mocniej. Podejmowanie decyzji pod wpływem emocji, niekiedy ogromnych, powoduje, iż postępujemy nieracjonalnie, nietaktownie, nierozsądnie, nie fair. To tak jak w czasie kłótni – często ludzie są wściekli i mówią, a nawet krzyczą, wypowiadają niewybredne słowa, żeby rozładować negatywne emocje. Jak bardzo trzeba się pilnować, żeby nie powiedzieć wtedy zbyt wiele. A przecież nie zawsze jest to możliwe. I tak pod wpływem emocji, chęci zemsty, skrzywdzenia, które tak naprawdę, „na trzeźwo” nie przyszłyby nam do głowy, odchodzimy. Szybko, boleśnie, bez słowa. A potem? A potem jakoś tak głupio się cofnąć i to naprawić, prawda?

4) Ktoś jest tchórzem. Nie chce „prosto w oczy” powiedzieć, co mu/jej nie pasowało, dlatego ucieka. Nie wiem, czy to naturalne zachowanie, ale dość częste. Łatwiej uciec, niż się tłumaczyć. Dotyczy to zwykle ludzi, którzy generalnie obchodzą przeszkody, nie stawiając im czoła. Są z natury nieodważni. Nie umieją czy nie odczuwają potrzeby postawienia sprawy jasno, bo to oznaczałoby komplikacje: jakieś wyjaśnienia, tłumaczenia, czas, problemy, może czyjeś łzy. Czyli trudność. A przecież można łatwiej. Pójdę sobie i już. 

5) Nieprzewidziana okoliczność, ingerencja osób trzecich, niespodzianki życiowe itp. Każdy chciałby, żeby taki właśnie był powód odejścia tej drugiej osoby, bo to by oznaczało, że nie ma w tym jej winy. Nie jest tchórzem, nie „olewa” nas, po prostu stało się coś nieoczekiwanego, może nawet dramatycznego, co uniemożliwiło podanie powodów odejścia i pożegnanie. Obawiam się, że to jednak zdarza się raczej dość rzadko. 

Więcej teorii nie mam. Chętnie wysłucham Waszych :)

Powody odejścia bez wyjaśnienia, bez pożegnania to jedna strona medalu. Druga jest taka, że to boli. Z tej drugiej strony jest ktoś, kto, jak sądzę, w większości wypadków zasługuje na kilka słów. O ile łatwiej jest funkcjonować, jeśli wiemy, dlaczego ktoś nas opuścił. Nie dość, że łatwiej, to możemy z własnych działań wysnuć wnioski na przyszłość. Czegoś się nauczyć. Dlaczego Ci, którzy odchodzą, pozbawiają nas tego wszystkiego? Dlaczego skazują nas na myślenie, zamartwianie się, nocne niespanie, kombinowanie, co, jak i dlaczego, skazane z reguły na niepowodzenie, bo relacje międzyludzkie są tak subtelnie skomplikowane, że trudno często dojść, dlaczego zostaliśmy porzuceni.

Zawsze twierdziłam, że rozmowa jest podstawą wszystkiego. W każdym związku i każdej znajomości. Tak, rozmawianie – konstruktywne, szczere, z wyczuciem – jest niełatwe. Nawet bardzo. Ale trzeba to robić. Słowa mają magiczną moc.

 

 

Rozmowy znad papryczek

 

  • To, co, kochanie – odzywa się ślubny – robimy te nadziewane papryczki?
  • Oczywiście – przytakuję zgodnie – chętnie popatrzę, jak je przygotowujesz.
  • O, nie, nie… będziemy je robić razem, tak, jak ustaliliśmy. Posiedzimy, pogadamy przy tym… fajnie spędzimy razem czas.
  • Taaa? – ja na to, w myślach mając ciekawsze formy wspólnego spędzania czasu. – Dobra, no, to róbmy.

Wyciągamy z mężem wszystkie zakupione wcześniej produkty i zabieramy się do roboty. Ślubny sprawdza, ile papryczek zmieści się w największym garnku. Ja siadam obok niego i robię dobre wrażenie :)

  • Kochanie, a ryż jest? – pyta grzecznie małżonek – w sklepie mówiłaś, żeby nie kupować, bo mamy.
  • Jasne, że jest. Jak mówiłam, że mamy, znaczy, że mamy. – Wstaję i otwieram szafkę. Pudełek mnóstwo. Tyle że w każdym… kasza. Jasny gwint, na jaką cholerę mi tyle kaszy? Dlaczego kupiłam jej tak dużo? Widocznie pomyliłam ją z… ryżem, którego zdecydowanie w szafce brak. A bez ryżu nadziewane papryczki nie wyjdą. – Skarbie – zaczynam milutko – popatrz, popatrz, nie ma ryżu…
  • No, co ty? – mężulek nawet nie przerywa czyszczenia i skrobania papryk, nawet nie jest zdziwiony. Widocznie tyle lat z żoną sklerotyczką zrobiło swoje. – Chyba trzeba skoczyć do sklepu.
  • To ja skoczę – mówię z entuzjazmem, gdyż proces czyszczenia papryk wydaje mi się jakiś taki mało atrakcyjny. – Już idę!
  • Nie bądź taka sprytna – ślubny na to – siadaj i czyść ze mną papryki, będzie szybciej. Potem się kupi.
  • Dobra – kapituluję.

Przez chwilę w milczeniu szykujemy papryki.

  • A wiesz – zaczynam – pierwszego sierpnia muszę jechać do Warszawy.
  • Po co?
  • Na rtg kręgosłupa. Ciekawe, co? Nie dość, że tyle trzeba czekać, to jeszcze tak daleko trzeba jechać. Bez sensu… Ale to rocznica powstania, może coś ciekawego będzie się działo…
  • Może… może Kaczyński będzie przemawiać – uśmiecha się mężulek.
  • O, lepiej żeby nie… – odzywam się stanowczo.
  • Dlaczego? Ma coś do powstania?
  • Nie. Tyle że on przy każdej okazji twierdzi, że to wina Tuska… nieważne, o czym mowa. Lepiej więc, żeby się tego dnia nie odzywał.
  • Cha, cha, cha – ślubnemu spodobało się moje niesamowite poczucie humoru – faktycznie, jeszcze wyjdzie, że klęska powstania to sprawa Tuska i jego rządu, bez względu na to, jak absurdalnie to brzmi…
  • Cha, cha, cha – i ja się śmieję znad papryczek.
  • Kochanie, pamiętasz, żeby delikatnie drążyć papryczki?
  • Yhy.
  • Bo wiesz, jak to się zrobi niedelikatnie, to można papryczkę uszkodzić i rozpadnie się podczas gotowania.
  • Yhy – słyszę to za każdym razem, kiedy je robimy. Jeszcze nigdy żadnej nie uszkodziłam.
  • Dlatego musisz tak delikatnie nożykiem wydłubywać, widzisz, o tak…
  • Yhy – co za stara zrzęda z mego męża. Co ja w nim widziałam… :)
  • Pokaż, jak to zrobiłaś… Noo, nieźle, całkiem solidnie…

Całkiem solidnie? Wydrążyłam papryczki jak mistrz świata, mimo jego ględzenia. Ale nic to, jestem dziś nastawiona pacyfistycznie. Niech sobie ględzi. Ja w tym czasie skoczę do sklepu po ryż :)

  • Jasna cholera – mówię po powrocie ze sklepu – jak ja nienawidzę przepłacać.
  • Ryż był drogi?
  • Jak cholera.
  • Trzeba było go kupić w hipermarkecie, jak robiliśmy tam wczoraj zakupy.
  • Trzeba mi było o tym przypomnieć.
  • Mówiłaś, że ryżu nie potrzebujemy, bo jest w domu.
  • Aaa… faktycznie – kapituluję – tak czy owak, jeszcze w życiu na niczym tak nie przepłaciłam jak na tym ryżu.
  • Z pewnością – mąż patrzy na mnie rozbawiony – jak będziesz z tym teraz żyć?

Śmieję się i szybko zapominam o tym, jak cholernie drogi był ryż w naszym wiejskim sklepiku.

  • Dobra, to teraz pomieszamy mięsko z ryżem – zarządza ślubny. – Czy mięsko jest rozmrożone?
  • Tak – potwierdzam. Na szczęście nie zdążyłam go zamrozić. Wykładam je do miski i dosypuję ryż. Potem solę.
  • Teraz to wymieszaj – przypomina mężulek – pamiętasz? Chyba że wolisz kroić cebulę.
  • O, nie – stwierdzam – będę mieszać. Ale czym? Tak po prostu? Paluszkami swoimi?
  • No, przecież nie moimi – dąsa się ślubny, roniąc łzy znad cebuli – pewnie, że łapami trzeba to wymieszać. A czym?
  • Żartowałam, stary ośle… Chciałam cię rozbawić. Przecież wiem, że łapkami swymi cudownymi będę to robić – i zaczynam mieszać.

Po paru minutach:

  • Pokroiłabyś ze mną trochę tej cebuli, zobacz jak płaczę.
  • W życiu – ja na to – regularnie kroje cebulę i to w dużych ilościach. Tym razem wszystko kroisz ty.
  • Oj, pomogłabyś…
  • Nic z tego. Tusz mi się rozmaże – kobiecy argument to jest to. – Będę wyglądać nieestetycznie.
  • Przecież nikt cię nie zobaczy.
  • Ja, ja zobaczę, to wystarczy :)
  • Elegantka się znalazła… Lepiej sprawdź, czy dodałaś wystarczająco dużo soli do mięsa i ryżu.
  • Na pewno – sprawdzam i oczywiście dałam za mało. – Na pewno sprawdzę – dodaję i szybko dosalam.
  • Dobra – mąż uporał się z cebulą – wkładamy wszystko do papryczek, a potem zalejemy wodą i zagotujemy – ileż ja razy to słyszałam. – Gotujemy zawsze pod przykrywką…
  • Pewnie – potakuję.
  • Tylko idioci gotują bez… – prowokuje mnie ślubny.
  • Pewnie – ja na to, wiedząc dobrze, że to ja często gotuję bez. A nawet częściej :)
  • Gotowanie bez pokrywki jest czasochłonne i nieekonomiczne – nadal prowokuje mnie małżonek.
  • Pewnie – kiwam głową z największym zrozumieniem. Jestem dziś nastawiona pacyfistycznie i durne poczucie humoru mojego męża za nić w świecie nie wyprowadzi mnie z równowagi.
  • Hmm – poddaje się ślubny i podgrzewa papryczki – Teraz odliczamy czas: 25 minut. Będziemy pamiętać?
  • Ja na pewno. Zawsze o wszystkim pamiętam – stwierdzam i nastawiam alarm w telefonie. – Zadzwoni za 25 minut. Bierz się za smażenie cebuli.
  • Dobra – grzecznie odzywa się małżonek – nikt nie smaży cebuli tak dobrze jak ja.
  • Nikt – potwierdzam – robisz to znakomicie.
  • Prawda? – cieszy się i radośnie miesza cebulkę na patelni. No, to smażenie mam z głowy. I całe szczęście :) Jak ja nienawidzę smażyć cebuli ;)

 

A papryczki wyszły pyszne. Mniam :)