Archiwa kategorii: matka niekoniecznie Polka

Czasem mam ochotę… udusić własne dzieci :)

 

- Tit, chodź, zjesz grejpfruta…

- Idę, mamuńciu kochana.

Tit grzecznie siada na krześle.

- Umiesz zjeść sam?

- Chyba sam nie zjem tak ładnie. Pokarmisz? – Tit robi słodkie oczy.

- Uhm. Dobrze. Jesteś chory, to cię z tego tytułu pokarmię… Ol, chodź, zjesz jakiś owoc! – namawiam starszego syna.

- Zaraz – słyszę z góry.

- Ol, chodź teraz.

- Jeszcze chwilka.

Czekam 20 sekund.

- Oooool !!! Złaź tu natychmiast !!!

- No, dobra…

Człapanie po schodach. Ol niespecjalnie szczęśliwy siada przy stole.

- Jeśli cię wołam i chcę, żebyś zszedł teraz, to masz to robić od razu.

- Przecież zszedłem.

- Od razu?

- Mamuniu – odzywa się Tit – no, karm mnie karm, taki jestem chory.

- Już Titku, już… No więc – zwracam się do Ola – zlazłeś od razu czy nie?

- Nie.

- Otóż to. Nie rób tak więcej, bo szlag mnie trafi a wtedy biada ci… Wcinaj grejpfruta. Titkowi smakuje.

Mały uśmiecha się radośnie.

- O tak, mamuniu, był pyszny.

Ol majstruje przy grejpfrucie.

- Jest jakiś dziwny.

- Kto? – pytam, zmywając naczynia.

- No, ten grejpfrut. Jakiś taki miękki. 

- Jest dojrzały – wzdycham ciężko.

- Raczej spleśniały – Ol patrzy na niego z obrzydzeniem.

- Daj spokój, dałam jego część Titkowi. Zauważyłabym, gdyby był spleśniały…

- Mamuniu – pyta Tit – co to znaczy spleśniały?

- Śmierdzący – triumfalnie rzuca Ol – cha, cha, cha.

- Ol, jasny gwint, co ty mówisz – strofuję go nieudolnie.- Spleśniały znaczy zepsuty, nieświeży, nienadający się do jedzenia…

- Czyli śmierdzący? – pyta Titek przymilnie.

- Brzydko pachnący, ok?

- Ok.

- Śmierdzący, śmierdzący – słyszę szept Ola.

- Śmierdzący, śmierdzący – szepcze zachwycony Tit.

Postanawiam mieć to w nosie i zmywam dalej naczynia.

- Jesz tego grejpfruta, Ol?

- Nie mogę, jest jakiś dziwny, mogę coś innego?

- Dobra – siadam przy stole – obiorę ci pomarańczę.

Obieram i rozkładam na talerzu.

- Jedz.

Zmywam dalej naczynia.

- Pomarańcza jest jakaś dziwna.

- Jaka?

- Dziwna. Coś z nią nie tak.

- Mamuniu – wcina się Tit – pójdę na dwór, co?

- Jesteś chory, nie możesz… Ol, zaczynasz przeginać, jedz.

- Mamo, pójdę, pozwól, prooooooszę.

- Musisz siedzieć w domu, Titku, bierzesz antybiotyk, który nie zadziała, jeśli będziesz latać po dworze.

- Tak się nudzę w domku – wzdycha Tit – tak bym już chciał wyjść.

- Kiedy nie mogę jeść – jęczy Ol. – Ta pomarańcza jest… taka miękka.

- Dojrzała jest !!! – ryczę znad zlewozmywaka. – Dojrzała, w mordkę jeża. Jedz!

- Ale ma tu takie coś, to jest dziwne. Nie mogę jej zjeść.

- Mamuniu, niech Ol nie je. Daj mu kanapkę z nutellą.

- Jeszcze czego – burczę. – Ol – wpadam nagle na pomysł – to zjedz jabłko.

- A, to już wolę pomarańczę – godzi się nagle Ol.

Te dzieci…

:)

 

 

Piersi w restauracji

 

Jeśli sądzicie, że tekst będzie miał podteksty erotyczne, to się grubo mylicie :)

Rzecz będzie o kobiecych KARMIĄCYCH piersiach. I w sumie nie tylko w restauracji. I w sumie nie tylko o piersiach ;)

Kiedyś ciąża była stanem może nie wstydliwym, ale też i nie pokazywało się ostentacyjnie, że się w niej jest. Dominowały ciuszki-worki, niekształtne, zakrywające błogosławiony stan. A kiedy dziecko już przyszło na świat, pewne czynności wokół niego wykonywało się może nie ukradkiem, ale absolutnie bez ostentacji. Mam tu na myśli karmienie i przewijanie.

Dziś żyjemy w czasach, kiedy kobiety w ciąży okazują się być cały czas atrakcyjne i nie wstydzą się dużego brzuszka. I słusznie. Podkreślają je, eksponują, pokazują, że stan błogosławiony jest stanem pięknym. I słusznie. Pod warunkiem, że nie jest to nadmierna ostentacja czy manifestacja, bo za takimi nie przepadam (patrz: kobiety z okładek pism na-siłę-sexy-w-ciąży-bo-w-ciąży-trzeba-być-sexy-howgh). Oswajanie nas z naturalnością stanu odmiennego dotyczy też oswajania nas z naturalnością karmienia dzieciątka czy też jego przewijania w przeróżnych publicznych miejscach.

Owszem, kiedyś chyba każda karmiąca piersią miała problem, kiedy poza domem maluszek chciał jeść albo zrobił kupcię :) Gdzie tu z nim pójść? Co z nim zrobić?

Teraz jest o wiele łatwiej. Jest wiele miejsc, gdzie matka może w spokoju przewinąć swoje maleństwo bądź je nakarmić. Mało tego, często mamy po prostu wyjmują pierś praktycznie gdziekolwiek i karmią dziecko. Podobnie z przewijaniem. Jest potrzeba, to się dziecko kładzie i przewija. Może nie byle gdzie, ale w miejscach niekoniecznie do tego stworzonych.

Tak, ja wiem. Nadal pomieszczeń, w których można by to zrobić, jest za mało. Jednakowoż apelowałabym o jakiś rozsądek i poszanowanie odczuć ludzi, którzy może niekoniecznie chcą patrzeć na cycuszki albo kupki.

Ja do pruderyjnych osób nie należę. Jestem otwartym człowiekiem, tolerancyjnym, ale gdyby mi w restauracji, w trakcie powiedzmy, obiadu, jakaś kobieta obok zaczęła przewijać dziecko, nie zdzierżyłabym :) Z, jak to się mówi, całym szacunkiem dla matek i ich praw, nie życzyłabym sobie, żeby mi psuć jedzenie w ten sposób. Są pewne granice. 

Tak samo nie chciałabym patrzeć w takiej sytuacji na matkę karmiącą piersią. Powiem więcej, drażni mnie widok kobiet, które karmią ostentacyjnie (coś za często chyba używam dziś tego słowa :) ). Po prostu siadają, „wywalają” pierś (wybaczcie, ale tak to wygląda) i karmią, bo już, bo trzeba, bo po co szukać jakiegoś intymniejszego miejsca, przecież karmienie jest taką naturalną czynnością. Ok, naturalną, ale może ludzie wokół nie chcą na to patrzeć? Nie chcą patrzeć na gołego cycucha? :) Może można nakarmić maleństwo, nieco się okrywając? Nie epatując golizną na prawo i lewo? 

Mam dwoje dzieci. Karmienie i przewijanie były dla mnie zawsze czynnościami intymnymi. Po prostu. Nigdy nie wyobrażałam sobie, żeby pokazywać kupki czy siusiu moich synów ludziom „na mieście”, bo zwyczajnie uznawałam to za niesmaczne. Ok, nie karmiłam piersią (jedynie krótki epizod z pierworodnym), ale w życiu nie wystawiłabym swego ponętnego biustu ( ;) ) na widok publiczny, karmiąc maluszka. Dlaczego? Bo w mordę, te piersi są moje, nie są butlą, nie są narzędziem/przedmiotem do karmienia. To jest coś szalenie prywatnego. I tyle – takie jest moje zdanie. Gdybym szła „w miasto” z niemowlęciem, to bym zwyczajnie wzięła ze sobą coś do zakrycia/okrycia, wiedząc, że jest duże prawdopodobieństwo, iż moje dziecko zechce jeść. Jaki to problem – chusta, szal, sweter – żeby ta intymna czynność karmienia nadal pozostała intymna?

Myślę sobie, że takie przewijanie czy karmienie na pokaz to być może jakaś moda. Tak jak modą jest pokazywanie gołych ciążowych brzuszków czy oblekanie ich w jak najobciślejsze stroje (pal licho wygodę…). Może to jakaś forma odreagowania tego, że przez wiele lat ciąża i macierzyństwo były stanem w jakimś stopniu wstydliwym i na pewno nie sexy :)

Tak jak mówiłam wcześniej, rozumiem, że pewne czynności trzeba czasem wykonać w miejscach niekoniecznie do tego stworzonych. Jednak w epatowaniu nimi przed ludźmi nie ma nic pięknego. Wręcz przeciwnie. Tak uważam. Są pewnie ludzie, którzy mają na ten temat odmienne zdanie, jednakże zanim się wystawi pierś albo brudną pieluchę, powinno się pomyśleć o osobach takich jak ja. Szacunek należy się wszystkim :)

Co o tym myślicie?

Frustracje rodzica w przededniu rozpoczęcia roku szkolnego

 

Mój młodszy syn od września będzie chodził do zerówki. Jakieś trzy tygodnie temu sprawdziłam na stronie internetowej jego szkoły, w co powinnam go wyposażyć. Okazało się, że tylko jeden pakiet podręczników i ćwiczeń (raptem 120zł ;) ) oraz… i to spowodowało moje zbulwersowanie, szok i maksymalnie wkurzenie (żeby nie użyć dosadniejszego słownictwa) … otóż, musiałam Młodszemu skompletować tzw. wyprawkę. Poniżej Wam ją przedstawiam, a potem ją skomentuję. Czytajcie uważnie i pamiętajcie, że mój syn będzie chodził do zwykłej państwowej zerówki (a nie szkoły plastycznej).

WYPRAWKA UCZNIA ODDZIAŁU PRZYGOTOWANIA
PRZEDSZKOLNEGO
Prosimy o dostarczenie wyprawki W DNIU UROCZYSTEGO ROZPOCZĘCIA ROKU
SZKOLNEGO w dużej siatce podpisanej pełnym imieniem i nazwiskiem ucznia.
1. Plecak (musi pomieścić książki dziecka)
2. Blok techniczny biały – 2 szt. Mały i duży
3. Blok techniczny kolorowy – duży i mały x3
4. Papier kolorowy – 2 szt. Mały i duży
5. Plastelina – 4 opakowania
6. Glina rzeźbiarska – 1 szt.
7. Kredki Bambino (nie świecowe) – 5 opakowań
8. Kredki Bambino w drewnianej oprawie, grube – 1 opakowanie
9. Kredki pastele olejne – 1 opakowanie, podpisane
10. Kleje w sztyfcie – 5 sztuk, podpisane
11. Ołówek, gumka do ścierania, temperówka (zwykła, bez ozdobnej obudowy, do
temperowania grubych i cienkich kredek).
12. Nożyczki (jeśli dziecko jest leworęczne to nożyczki odpowiednie dla niego),
podpisane
13. Papier xero – 1 ryza
14. Zeszyt A6 w kratke – kartki ponumerowane, podpisany, na wewnętrznej stronie
okładki wpisane numery telefonów kontaktowych do rodziców
15. Teczka na gumkę formatu A4 – podpisana
16. Bibuła, podstawowe kolory, po 1 sztuce – niebieski, zielony, brązowy.
17. Kostium gimnastyczny – biała podkoszulka, granatowe lub czarne szorty, worek na
kostium, wszystko podpisane
18. Worek na buty – podpisany
19. Kapcie – podpisane
20. Chusteczki higieniczne w pudełku, wyciągane (nie w paczuszkach)
21. Ręcznik mały (najlepszy o wymiarach 30×50), z mocnym wieszakiem i podpisany
nazwiskiem dziecka

Czy coś zwróciło Waszą uwagę? Na pewno :)

Otóż, Młodszy prawdopodobnie codziennie będzie wykorzystywał przynajmniej 3-4 kartki rysunkowe A4, mniej więcej co drugi dzień kartkę kolorową. Kredki bambino będzie zużywał w ciągu dwóch miesięcy (sic!). Podobnie klej. Jednym słowem, będzie miał praktycznie całymi dniami zajęcia plastyczne. Ciekawe… Z pakietu książek i ćwiczeń, jakie mu zamówiłam wynika, że zerówkowicz ma sporo obowiązków, a zajęcia plastyczne to tylko dodatek. Do kaligrafii, szlaczków, kolorowanek (które są szalenie istotnymi ćwiczeniami w tym wieku) nie potrzeba aż tylu pomocy plastycznych.

Kredki bambino to jednak będzie dla Tita za mało. Dodatkowo wykorzysta pastele olejne i ołówkowe, grube kredki. Najprawdopodobniej zapisałam syna do szkoły plastycznej, tylko nie zdawałam sobie z tego sprawy :)

Zwróćcie też uwagę, że punkty 2, 3, 4 nie są precyzyjne. To znaczy pkt 2 i 4 są ok, tylko w ich świetle, co zrobić z punktem 3? Bo chyba wynika z niego, że mam kupić trzy bloki małe i trzy duże… Pewna nie jestem. A skoro papier kolorowy jest w punkcie 4, to po co aż tyle kolorowych (ale twardszych) kartek w punkcie 3?

Dobra, to teraz trochę się „uniosę”: Po co dziecku 5 kompletów kredek bambino? Po co mu aż cała ryza papieru? Na co mu glina rzeźbiarska? I pastele olejne? Po cholerę to wszystko? Moje dziecko ma niecałe 6 lat – plastelina, bambino w zupełności mu wystarczą. 

Przeliczcie sobie teraz, ile musiałam wydać na to wszystko kasy. Zatrzęsło Wami? Bo mną trzęsie cały czas :)

Jak myślicie, dlaczego od nas-rodziców zażądano takiej ogromniastej wyprawki? Na co dzieciom tyle materiałów plastycznych?

Powiem szczerze: nie zamierzam być sponsorem szkolnej administracji/pracowni plastycznej. A tak się czuję, widząc tę listę. Bo wiem, że Tit nie zużyje tyle kredek bambino ani tyle papieru. Mam starszego syna i widzę, jak to wygląda – to „zużywanie” artykułów papierniczych. Wyprawka mojego zerówkowicza jest skandaliczna i już.

I teraz powiem Wam, co z tym wszystkim zrobiłam.

Nie kupiłam RYZY PAPIERU – bo moje dziecko jej nie zużyje, nawet połowy. Zamiast tego CZTERY zwyczajne bloki rysunkowe. Kupiłam DWA komplety kredek bambino. DWA duże kleje. 

Każdą rzecz podpisałam. Żeby było jasne, do kogo należy.

A na pierwszym zebraniu zapytam panią wychowawczynię o to, dlaczego wymagają od rodziców takich zakupów. Mam prawo o to spytać. Mam nawet prawo zapytać o plan pracy, co zamierzają z dziećmi robić. Jako rodzic mam prawo wiedzieć, jak wyprawka przełoży się na konkretne działania zerówki (w sensie dydaktycznym). Trudno. Pewnie się narażę. Trudno. Nie będą mnie nabijać w butelkę. A tak się właśnie czuję. Jak sponsor szkoły, której brakuje artykułów papierniczych. Nie mówię, że tak jest. Ale tak się czuję.

Co o tym myślicie? Przesadzam?

 

Wolność i równość współczesnej kobiety

 

Magda niedawno skończyła studia medyczne i staż w szpitalu. Urodziła też dziecko. Nie było planowane. Ot, klasyczna wpadka. Rodzice zaoferowali jej wsparcie i pomoc. Partner się ucieszył. Zaczęli snuć plany na przyszłość. Niestety, Magda nieco inne niż Tomek.

Ona chciała jak najszybciej wrócić do pracy, żeby robić wymarzoną specjalizację – ginekologię. Urlop macierzyński, jaki jej przysługiwał, uznała za długi. Tomek uważał, że Magda powinna skorzystać z całego urlopu, a specjalizację zrobić później. Dziewczyna czuła się niezrozumiana, zarzucała partnerowi, że jej nie rozumie, nie dba o jej potrzeby.

Młodzi mieszkali razem w wynajmowanym mieszkaniu. Tomek po krótkim urlopie tacierzyńskim wrócił do pracy w szpitalu. Magda zajmowała się malutkim synkiem. Kiedy tylko Tomek miał przerwę w pracy lub ją skończył, wracał szybko do domu i zajmował się dzieckiem. Magda bardzo dbała, żeby oboje, w takim samym stopniu wychowywali chłopczyka. Nawet kiedy ukochany wracał do domu późnym wieczorem, czekała na niego z kąpielą i usypianiem, bo uważała, że ojciec ma taki sam obowiązek zajmowania się dzieckiem jak matka.  Tomek zaczął być potwornie zmęczony i niewyspany, bo w nocy razem z Magdą wstawali do małego, bez względu na to, czy rano musiał  wstać do pracy, czy nie. Pewnego razu, po nieprzespanej nocy zaspał i nie stawił się na czas na ważnym zabiegu. Dostał niezłą reprymendę. Jakby nie było – zasłużenie. Co kogo w pracy obchodzą jego prywatne sprawy. Kiedy wrócił do domu, był nieźle wkurzony. Powiedział Magdzie, że dłużej tak nie może być, bo on nie daje rady pracować. Ona musi wziąć na siebie większość obowiązków związanych z dzieckiem. Magda też się zdenerwowała. Mówiła, że oboje są rodzicami, nie tylko ona.

Niedługo powrócił temat jej pracy. W jej ukochanym szpitalu nie było miejsc na specjalizację, która interesowała Magdę. Tomek stwierdził, że przecież to nie szkodzi. Może w tym czasie być tylko mamą i poczekać, aż będą miejsca. Magda wzburzona stwierdziła, że nie zamierza tylko zajmować się dzieckiem, chce pracować i już. Nie będzie czekać, poszuka pracy gdzie indziej.

To, co mnie uderzyło w tej historii, to po pierwsze podejście kobiety do równouprawnienia. A dokładniej, mamy dziecko, to teraz będziemy równiutko dzielić się obowiązkami. Ja podaję obiad, ty kąpiesz. Ja przewijam, ty usypiasz. I nie ma odstępstw, musi być równo, do cholery, bo kobieta ma takie same prawa i obowiązki jak mężczyzna.

Dla mnie to fikcja i kretyństwo.

Jeśli kobieta jest na urlopie macierzyńskim, a mężczyzna pracuje całymi dniami, to, z całym szacunkiem, ale niech ta babka się ogarnie i przejmie większość obowiązków związanych z rodzicielstwem. Nic się jej nie stanie. O większej „równości” możemy pogadać, jak oboje rodzice pracują. I to w podobnym wymiarze. Wtedy ok, trudno, żeby kobitka brała na siebie wszystko, co związane z domem. Denerwuje mnie takie podejście do równouprawnienia, bo ono w gruncie rzeczy sprowadza się do tego, żeby dokopać facetom, żeby chyba im pokazać, że teraz to my rządzimy. Wcale nie musi być po równo. Musi być dobrze. Dla dziecka, dla jego rodziców. Teraz jest modne, żeby ojciec angażował się w wychowanie pociechy w jak największym stopniu. Ok, piękna idea. Ale nie można ślepo podążać za jakąkolwiek ideą :) Angażujmy się w rodzicielstwo na miarę własnych możliwości. Jeśli tata wraca z pracy po godzinie 19 czy 20, to może niekoniecznie będzie miał siłę na kąpanie i usypianie dzieciątka? Trzeba się z tym liczyć i to uszanować. Jeśli codziennie wstaje raniutko do pracy, to może dobrze byłoby go zwolnić ze wstawania do dziecka w nocy? Skoro mama jest w domu i do pracy nie wychodzi?

Po drugie, szybki powrót do pracy. Jak trzeba, to trzeba. Ale jeśli nie, to może warto z tym dzieckiem trochę w domu posiedzieć? Urlop macierzyński trwa teraz chyba ok. 12 miesięcy? Sorry, nie jestem już w temacie :) Co to jest 12 miesięcy? Nic. A z drugiej strony to najważniejszy rok w życiu dziecka. Skoro je urodziłyśmy, to może odpowiedzialnie poświęćmy mu teraz trochę czasu, co?

Oczywiście, wyobrażam sobie, zresztą nawet wiem, że są sytuacje, kiedy kobieta musi wrócić szybko do pracy (brak pieniędzy, rozmaite problemy…). Ok. Ale Magda na przykład nie musiała. Miała wsparcie, pomoc, pieniądze. A jednak postanowiła skrócić urlop. Staram się jej nie oceniać, ale to trudne, powiem Wam. Wkurzam się. Bo nie zawali się świat, jeśli zacznie specjalizację później. A dodatkowe miesiące spędzone z synkiem na pewno zaprocentują. 

Coś o tym wiem, bo po urodzeniu pierwszego dziecka prędko wróciłam do pracy. Siła wyższa. Byłam z nim sama, bez alimentów. Kiedy skończył mi się urlop macierzyński (wtedy 6 miesięcy), natychmiast pojawiłam się w szkole. Po urodzeniu drugiego dziecka miałam niesamowity komfort i skorzystałam nie tylko z urlopu macierzyńskiego, ale  i wychowawczego. Mogłam sobie na to pozwolić. Owszem, ostatni-trzeci rok urlopu wychowawczego trochę już mnie nudził. Brakowało mi aktywności zawodowej. Jednak uważam, że to była dobra decyzja. Nie żałuję. Szkoda, że nie mogłam tego dać starszemu synowi. Widzę po młodszym, jak wiele stracił jego brat. Takie są fakty.

Mam nieodparte wrażenie, że kobiety teraz coraz bardziej zapędzają się w swojej wolności, w swojej równości :) Jasne – szczęśliwa mama – szczęśliwe dziecię, tatarata i takie tam… Jednak bez przesady. Bez przesady. 

Żeby była jasność: żadna ze mnie matka-Polka. Mam swoje pasje i czas tylko dla siebie, do których moje dzieci nie mają wstępu. Uwielbiam pracę zawodową. Jestem kreatywna, energiczna i w ogóle super ;) Serio. Nie wiem nawet, czy nie lepszy ze mnie pracownik niż mama. Serio. Jednakowoż, jak widzicie, mam swoje przemyślenia. Trochę martwi mnie droga, którą podąża współczesna kobieta. Jakaś mało kobieca ta droga :)

 

O tym, jak miało być oszczędnie, a wyszło jak zawsze ;)

 

Zabrałam dziś moich synków na wycieczkę do kina. 

Już w busiku, który nas wiózł do celu, myślałam, że pozbawię ich życia…

- Mamo, ja chce pierwszy grać na telefonie.

- Nie, mamo, on wczoraj był pierwszy, ja będę dziś

- Cicho, chłopaki. Dziś pierwszy gra Tit.

(godzina jazdy w gorącym busiku, niech sobie pograją, a co tam)

 -Dobra – odzywa się Ol i szeptem do Tita dodaje – ja za to będę grał dłużej.

- Słyszałam – odzywam się czujnie – każdy ma 20 minut, spryciarzu, będzie po równo.

Mija kilka chwil.

 - Zostaw mnie – słyszę Tita.

- To ty mnie zostaw – to Ol. – Ja nic nie robię.

- Robisz, robisz. Mamusiu, on mnie bije.

- Nie biję cię. Dotknąłem tylko.

- Chłopaki, spokój – wtrącam stanowczo. – Czemu go dotykasz tak,  że w sumie bijesz? – pytam starszego.

- Tylko tak go dotknąłem – pokazuje Ol.

- On teraz gra. Mógłbyś go nie zaczepiać?

- Wcale go nie zaczepiam…

- Zaczepia, mamo, zaczepia.

- Tit – patrzę groźnie na młodszego – ok, zaczepia, ale nie bije, nie wyolbrzymiaj. Ma być spokój, bo zabiorę telefon.

Podziałało.

Znów mija kilka chwil.

- Mamo, co masz do picia? – słyszę Ola.

- Wodę.

- A jaką? Strasznie chce mi się pić.

- Weź sobie – podaję mu torbę.

Ol coś tam poszperał i nagle mówi rozczarowany:

 - Masz albo gazowaną, albo smakową. Dlaczego nie masz nic innego? Co ja teraz będę pił?

No, młody, teraz mnie wkurzyłeś!

- Na pewno nie icetea ani nic w tym rodzaju. Już ja dopilnuję, żeby w kinie tego nie kupił, książę, coś trudno ci dogodzić.

- Zwykłej wody bym się napił – rzuca Ol chytrze, bo widzi, że jestem zła.

- No, co ty, od kiedy to lubisz zwykłą? Ok, kupię ci zwykłą. Najzwyklejszą. Jak dojedziemy. Nic innego.

Dojechaliśmy do kina. Wybieramy film.

 - Mamo, ja chcę „Transformers” – mówi Ol – starszy z braci. – Na kreskówki jestem za duży.

- Mamo, mam, ja też chcę Transformers, ja też – prosi Tit – młodszy.

- Titku, to jest film od 12 lat, a ty masz dopiero 5 i pół, to trochę za mało – tłumaczę.

- Widzisz – triumfuje pierworodny – a ja mogę, a ja mogę.

- Jeszcze jeden taki tekst i pójdziesz z nami. Na kreskówkę – szepczę do niego złowrogo.

- Dobra, dobra – Ol przewraca oczami, ale się „przymyka”.

- Ale Ol to obejrzy, mamo. Obejrzy „Transformersa” – mówi smutno Tit.

- Jest starszy, może już oglądać takie filmy. Za kilka lat też będziesz mógł – pocieszam go.

- Dobra – Tit kapituluje. – To chcę ten o smokach.

- O, świetny wybór – chwalę go – też go chciałam obejrzeć. Podobno to super film. Dużo dzieci chce go obejrzeć.

- Tak? – Titek uśmiecha się lekko. – to chcę na pewno.

I tak Ol poszedł do sali nr 1 na „Transformers” a my do sali nr 4 na „Jak wytresować smoka 2″. 

Zanim film się zaczął chłopcy zgłodnieli. Poszliśmy na fast fooda (niezdrowo, wiem, ale od czasu do czasu czemu nie). Jak wycieczka to wycieczka. Temu zestaw z zabawką, tamtemu inny, żeby nie poczuł się gorszy. Cholercia, no, dobra, to dla oszczędności ja zjem tylko frytki.

Czasu jest jeszcze trochę. Może poszukam spodni dla Tita? Ze starych już wyrasta. A lipiec to sezon wyprzedaży (tych prawdziwych i tych naciąganych ;) ). Ciągnę więc chłopców do sklepu. Szukam, szukam. O, są fajne spodenki. Podejrzanie niedrogo. Oglądam, pokazuję Titowi. Podobają się. Wkładam je zadowolona do koszyka, w myślach liczę, jak dużo oszczędziłam. Idziemy dalej przez sklep. O, półki z książkami. Jakaś przecena na wakacje. Zatrzymuję się. Tylko popatrzę. Tylko. Chłopcy też zaczęli przeglądać jakieś dla siebie. Przerzucam kolejne pozycje. Wow. Ale tytuły. I jakie ceny. Nie mogę uwierzyć. I historyczne (Kopera, bardzo go lubię, świetnie pisze), i obyczajowe – Lisa See, moje najnowsze odkrycie (jeszcze o niej napiszę). Wrzucam do koszyka dwa tytuły. Szczęśliwa idę dalej. Staram się nie myśleć o tym, że co zaoszczędziłam na spodniach, wydałam na Lisę See ;)

Ok, nie tylko. I na książeczki z naklejkami dla Tita. A Ol wyciągnął ode mnie dwie dychy na nachosy i picie w kinie (jasny gwint, miał pić WODĘ, a jak kupi coś innego? co ze mnie za matka?).

Wykorzystują mnie, czy tylko tak mi się zdaje? :)

W wakacje jestem mało odporna na ich prośby. W ciągu roku szkolnego wiecznie się gdzieś spieszymy, coś mamy na głowie. Rzadko gdzieś jeździmy. Jak nie brak czasu, to pieniędzy. I kiedy przychodzi lato i czas wolny, to zwyczajnie mi tych moich dzieci żal. Wolę więc ruszyć debet na koncie i zapewnić im choć kilka, tak naprawdę niewyszukanych atrakcji (bo nie na wiele mnie stać), żeby chociaż pod koniec wakacji mieli co wspominać. Jakoś go spłacę – zawsze daję sobie radę :)

Po kinie spotykamy się wszyscy zadowoleni. Niedaleko lodziarnia Grycan. Niedobre miejsce na spotkanie. Ol i Tit tęsknie patrzą na lody za szybą… Tak, miało być oszczędnie, bo to już któraś wycieczka w te wakacje, ale… 

- No, to po ile gałek chcecie?

I te ich roześmiane oczęta – bezcenny widok. Nagle są grzeczni, słodcy i do rany przyłóż. Już nie chcę pozbawiać ich życia, znów ich kocham :)

Życie… :)

O śmierci i nie tylko, czyli ciekawe rozmowy z pięciolatkiem

 

- Mamo, a kiedy ja umrę? – maluch pluska się w wannie, ale jak widać naszły go filozoficzne refleksje.

- Synku, będziesz żył bardzo długo, nie myśl o śmierci – odpowiadam.

- Mamo, a czy jak będę duży, to będziesz jeszcze żyła?

- Jasne, misiu-pysiu, będę co prawda stareńka jak nasza śliwa w ogrodzie, ale będę żyła.

- Będziesz ze mną?

- Oczywiście, jeśli tylko będziesz chciał – obiecuję, myśląc o tym, że za ileś lat mój skarb pozna jakąś lafiryndę i tyle go będę widziała ;)

- Mamo, a gdzie idzie się po śmierci? Daleko?

- No, w pewnym sensie – zamyślam się. Nie jestem specjalnie religijna, to znaczy wierzę głęboko, ale obawiam się, że nie po katolicku. – Idzie się wtedy, a właściwie leci wysoko, wysoko, do nieba, do pana Boga.

- A do pana Boga – malec kiwa głową. – znam go, pan ksiądz mówił o nim w przedszkolu.

- A, czyli Go znasz? – uśmiecham się – to fajnie. Jak cię wreszcie ochrzcimy, to poznasz go lepiej (tak, tak, żadna ze mnie katoliczka, dziecko nadal nieochrzczone; problem z rodzicami chrzestnymi, a szopka wokół imprez z okazji chrzcin budzi w nas obrzydzenie… A w ogóle, to po co dzieciom religia w przedszkolu???).

- A kiedy będę ochrzczony? A co to znaczy?

- To znaczy – sprytnie omijam pierwsze pytanie – że pan Bóg będzie bliżej ciebie i bardziej będzie cię kochał.

- Hmmmm – zamyśla się maluch, namydlając swoje ciałko – to chyba chcę być ochrzczony.

- Ok – ja na to. Czyli klamka zapadła. Trzeba się zebrać. Może w kościele zgodzą się na jednego rodzica chrzestnego?

- Mamo, a w niebie będę mógł się bawić? Jakie tam będą zabawki?

- Synku, wtedy będziesz już duży i raczej nie będzie ci się chciało w niebie bawić zabawkami. 

- Acha… Mamo, a ile ty masz lat?

- Czterdzieści – odpowiadam z godnością.

- To chyba dużo – stwierdza mój skarb.

- Co ty – ja na to szybko – wcale nie tak dużo. Czuję się, jakbym ciągle miała trzydzieści, tylko była mądrzejsza.

Synuś patrzy na mnie z pewną dozą niezrozumienia.

- A tata ile ma lat? – pyta, ignorując moje kobiece refleksje.

- Trzydzieści osiem.

- To tata jest młodszy od ciebie?

- Młodszy.

- Ale jest większy, prawda?

- Oj, tak – odpowiadam, myśląc o 196 cm mojego męża i 159 swoich :)

- Mamo, czyli ty umrzesz pierwsza, tata drugi, potem Olo i potem ja?

- No.. – waham się – w sumie to tak.

- Ojej – malec smutnieje – dlaczego ja zawsze muszę być ostatni?

- No, co ty, skarbie, nie smuć się. Po prostu jesteś najmłodszy, dlatego najwięcej życia przed tobą – próbuję go pocieszyć.

 - Nie chcę być sam…

- Kochanie… – podejmuję szybką decyzję – jeśli chcesz, to poczekam na ciebie.

- Naprawdę? Zaczekasz? – młody promienieje.

- Jasne, jeśli chcesz.

- I pójdziemy do pana Boga razem? Nie będę musiał iść sam?

- Pewnie. Pójdziemy razem.

- No, to super. Mogę już wyjść z wanny?

- Jasne, umyłeś się, to wychodź i się wycieraj.

Nie jestem specjalistką od rozmów o życiu a tym bardziej śmierci czy religii. Pogaduszki takie „uprawiam” intuicyjnie. Nie praktykuję – wierzę i czuję. I tyle. Wiem, że pokusiłam się o pewne kłamstwa w rozmowie z moim synkiem, bo przecież nikt z nas nie wie, kiedy odejdzie z tego świata. Ale czy można pięcioletnie dziecko obarczać już teraz wiedzą – prawdą? Chyba nie.

 

Dać pierś czy nie dać? Oto jest pytanie…

 

Myślę, że jest to dylemat tylko dla niektórych kobiet.

Dla, jak sądzę, większości, to sprawa naturalna – jasne, że dać pierś. Dziecku oczywiście :)

Ja należę do tej mniejszości. Do kobiet, które z różnych powodów piersi nie dały…

Za pierwszym razem (rodziłam w 2002) zarażono mnie w szpitalu jakąś bakterią. Żeby było zabawniej – zrobiono to, jak się później okazało, w czasie porodu. Kiedy już miałam przeć, zapragnęłam skorzystać z toalety. Niestety, nie był to dobry moment na załatwianie spraw fizjologicznych w łazience i podłączono mi cewnik. Cewnik ów nie był odpowiednio odkażony i stąd moje późniejsze problemy zdrowotne.

Jakieś dwie doby po porodzie (który trwał prawie dobę – trauma, jak cholera) „skoczyła” mi temperatura i bolało mnie, kiedy chciałam… no, wiecie, skorzystać z toalety. Mimo niedogodności uczyłam się karmić mego pierworodnego piersią. Nie okazałam się w tej materii bardzo bystra, ale w końcu, po wielu trudach, nauczyłam się, jak młodego przystawiać i jak karmić.

Mały był jednak często i tak głodny, mimo że dawałam mu swe piersi na zawołanie :) Być może pokarmu miałam za mało, bo byłam już wtedy chora. Ta bakteria, o której jeszcze wtedy nie wiedziałam, szybko dała się we znaki. Lekarze bagatelizowali moją gorączkę – 39 stopni. „A niech się pani wygorączkuje, póki pani jest w szpitalu…” Cha, cha, ale śmieszne, co?

Młodego karmiłam nadal, choć czułam się kiepsko. Biegałam na dokarmianie (co pielęgniarki robiły z wielką łaską), żeby synuś nie płakał z głodu.

Kiedy wróciłam do domu, mój stan się pogorszył. Nie byłam w stanie wstać z łóżka, leżałam bez sił. Pamiętam, jak moja własna matka krzyczała na mnie, że zachowuję się jak księżniczka, bo nie wstaję do swojego dziecka. Dopiero jak przyjechał lekarz i powiedział, że jestem bardzo chora, zrobiło jej się głupio.

Co Wam tu będę opowiadać, chorowałam około miesiąca, bo ten pierwszy lekarz nie do końca dobrze mnie zdiagnozował. Na szczęście drugi pomógł mi skutecznie. Zmierzam jednak do tego, że przez tę chorobę miałam  mało pokarmu i przestawiłam się na butelkę. Przez jakiś czas odciągałam pokarm i tyle, ile go tam było, podawałam maluchowi, ale generalnie wprowadziłam mleko modyfikowane. 

Nie było mi smutno z tego powodu, nie zalewałam się łzami. Powiem więcej – odczułam ulgę. Poczułam się wolna. Było mi  z tym wygodniej. Nie przyznawałam się jednak do tego publicznie, bo było mi głupio, że tyle kobiet wokół walczy z całych sił o to, by karmić piersią, a ja czuję się podejrzanie dobrze z tym, że piersią nie karmię.

Po kilku latach (w 2008) urodziłam drugiego syna. Miałam cesarkę, bo młody dwa tygodnie przed terminem przekręcił się w moim brzuchu. Ułożył się w pozycji na tyle egzotycznej, że otrzymałam wskazania do cesarskiego cięcia. I znowu, nie będę oszukiwać, ucieszyłam się, że nie będę musiała rodzić naturalnie (jak za pierwszym razem). Nie widziałam nic pięknego ani wzniosłego w naturalnych porodach. Wybaczcie, ale takie właśnie mam zdanie. Być może gdyby mój pierwszy poród wyglądał inaczej, miałabym inną opinię na ten temat. Ale był jednym wielkim koszmarem, przeżyciem totalnie traumatycznym, po którym długo nie mogłam dojść do siebie. Dlatego myślę, jak myślę. A kto wie, może taka po prostu jestem i myślałabym tak bez względu na własne przeżycia? Możliwe, choć na pewno tego nie wiem.

Kiedy obudziłam się po narkozie, taka nieco ogłupiała, nie od razu przyniesiono mi moje maleństwo. Byłam za to wdzięczna, bo nie byłabym wtedy zdolna się nim zająć. Przez tych kilka godzin doszłam jakoś tam do siebie, choć z łóżka jeszcze wstawać nie mogłam. Potem przywieziono mojego królewicza. Zakochałam się w nim od razu, na maxa :) Ale… tak, tak, nawet przez chwilę nie poczułam tego pierwotnego instynktu, który nakazuje wyjęcie piersi i nakarmienie dzieciątka własnym mlekiem. W ogóle tego nie poczułam. Pielęgniarka nic mi nie nakazywała, tylko po moim przyzwoleniu przyniosła butelkę i nakarmiłam swego księcia.

Słuchajcie, ja po prostu nie chciałam karmić go piersią. No, nic na to nie poradzę, nie czułam tego i już. Pewnie powiecie: O, jaka egoistka. Ok, mówcie sobie, co mi tam. Wyznaję szczerze, odczuwałam nieprzepartą niechęć do karmienia swym cycusiem. I tyle. Co ciekawe, nikt w szpitalu się nie zorientował, że karmię butelką. Do książeczki wpisali – karmienie naturalne.

Był moment, że w piersiach pojawiło mi się sporo pokarmu. Popłakałam się, bo nawet to nie było w stanie zmobilizować mnie do karmienia piersią. Wysłałam mężusia po porządny laktator i odciągałam mleko, które potem podawałam małemu (oprócz mleka modyfikowanego oczywiście).

Po jakichś dwóch tygodniach mój pokarm zanikł i karmiłam synka dalej jedynie mlekiem modyfikowanym.

Dlaczego o tym piszę?

Sądzę bowiem, że matki, które nie chcą karmić piersią są traktowane jak gorsze, jak dziwaczki, jak egoistki. Często mówi się o nich, że są złymi matkami, skoro nie chcą robić tego, do czego stworzyła je natura.

Czy faktycznie takie jesteśmy? Ja za dziwaczkę się nie uważam. Za gorszą również. Czy moja decyzja, by karmić wyłącznie butelką była egoistyczna? W jakimś stopniu na pewno. Uznałam jednak, że karmienie ma być dla mnie czynnością przyjemną, chwilami szczęścia. Wydawało mi się, że dzieciątko odczuje ten stan, tak samo, jakby odczuło moją niechęć przy karmieniu cycusiem. 

Jako matka uważam, że jestem tak samo ważna, jak moje dzieci. Nie umiem, nie chcę poświęcać się dla moich pociech tak totalnie, absolutnie. Dlatego karmiłam butelką, bo nie chciałam inaczej. I gdybym miała kolejne dziecko, zrobiłabym to samo.

Nie zmienia to faktu, że kocham moich synków. Kocham ich bardzo. I wcale nie kochałabym ich mocniej, gdyby byli karmieni piersią.

Są wokół nas kobiety takie jak ja. Kochają równie mocno jak każda inna matka. I, moim zdaniem, są tak samo wartościowe, jak wszystkie inne matki.

O kulinarnej niedoskonałości

 

Jadę samochodem z koleżanką z pracy. Fajna kobitka, taka życiowa, energiczna. Ma trójkę dzieci; ogarnia je wszystkie sprawnie. I w ogóle robi podejrzanie dobre wrażenie jako matka i gospodyni domowa.

Kurczę. Czy to, co czuję, to zazdrość? 

  • I co tam na święta upichcisz? – pyta koleżanka, sprytnie manewrując kierownicą.
  • A kaczkę upichcę. Na przykład – odpowiadam.
  • Acha – ona na to – a jak ją robisz? Bo wiesz, ja to robię tak… – i tu nastąpił opis, precyzyjny i smakowity, pracochłonny i czasochłonny. Nie na moje nerwy. Moja kaczka wydaje mi się nagle banalna, prymitywna i do bani – No, więc jak ta twoja kaczka? – pyta koleżanka.
  • Zamarynowana w przyprawach, jabłka ma w środku… – wyliczam, ale czuję się gorsza – no, kaczka jak kaczka – ucinam.
  • Acha – ona na to – a co jeszcze robisz?
  • A jajka różne… barszczyk z kiełbasą… pastę jajeczno-cebulową…
  • Acha – ona na to – a pasztety pieczesz? a szynkę? a ciasta?
  • Nie mam maszynki do mielenia mięsa – udaje mi się wybrnąć – więc pasztetów nie robię.
  • Nie masz maszynki? – wielkie zdziwienie. Czyli, cholera, nie udało mi się wybrnąć. – Serio? Ja to bez maszynki bym nie dała rady.
  • Taaa? – ja na to – a ja idę do sklepu i mi mielą. Robię pyszne mielone – zamarzyło mi się nagle nie do końca świątecznie.
  • Acha – ona na to – ja robię pasztety, różne. Ostatnio zrobiłam taki… – i tu nastąpił opis równie oszałamiający jak poprzedni. O rany, wbija mnie w fotel. A ja po prostu zrobię pastę jajeczną. Czymże ona jest w porównaniu z tym przepysznym pasztetem? Niczem, niczem… – I wiesz… – ciągnie koleżanka – szynki też piekę, polędwiczki, karkówkę…
  • O – ucieszyłam się – ja też piekę karkówkę. Ale nieczęsto – dodałam w myślach, przypominając sobie, jak to kupuję gotowe mięsiwo w zaprzyjaźnionym sklepie, chcąc zaoszczędzić czas na… ok, nie sprzątanie, nie będę Wam wciskać kitu, na lekturę jakowąś tudzież dobry film.
  • Moje dzieci lubią dobrze zjeść – podsumowuje koleżanka – a twoje?
  • Hmmm. Moje różnie – przyznaję szczerze – zdarza im się powybrzydzać.
  • Moje to lubią mięsko, mówię ci – rozmarzyła się koleżanka.
  • Taak? – pytam grzecznie. A moje słodycze, w mordę – myślę. A to wszystko przez to, że ja też jestem łasuchem, więc coś tam w domu zawsze na słodko jest.
  • To coś jeszcze robisz na święta? – pyta koleżanka.
  • A nie wiem, może coś tam jeszcze zrobię – odpowiadam, myśląc jednocześnie, że już mam upatrzony sklep, w którym mają pyszne serniki, drugi z fenomenalnymi babkami (koniecznie z lukrem, mniam), a w moim wiejskim sklepiku zamówiłam wyrafinowane jajeczka w skorupkach i mięso w galarecie (właścicielka robi je sama, domowa robota).Koleżanka podzieliła się ze mną jeszcze przepisami na naleśniki z łososiem i makaron z sosem śmietanowym również z łososiem; potem zdradziła, jak piecze szynkę. Słuchałam z zainteresowaniem, dochodząc do smutnego wniosku, że kijowa ze mnie gospodyni domowa. Talenty kulinarne nieduże, chęci kulinarne jeszcze mniejsze. A one są chyba najważniejsze. A ja? Gotowa jestem zrobić wiele (no, prawie wszystko :), żeby tylko ktoś mógł wyręczyć mnie w codziennym pichceniu..Po rozmowie z koleżanką jakiś czas dochodziłam do siebie. Jej naprawdę godne podziwu zorganizowanie w kuchni (i obawiam się, że nie tylko) zrobiło na mnie wrażenie. Spore. Zajadałam więc w domu jakieś czekoladki w poczuciu kulinarnego doła.  Jak tak podjadłam, porozmyślałam, dół zniknął. Kakao i magnez zrobiły swoje (i chyba te, endorfiny czy coś). Doszłam w końcu do wniosku, że cóż, widocznie mam inne talenty, niekoniecznie wiążące się z kuchnią. Na pewno jakieś mam. Nawet kilka. Spoko-loko, jest dobrze. Kocham siebie taką, jaka jestem, choćbym przypalała zupę za zupą ;) No, nie można przecież we wszystkim być doskonałym… ;)         

 

W pułapce cybeprzemocy

 

W dzienniczku u mojego syna pojawiła się uwaga: „Obraża kolegów na portalach społecznościowych”.

Poważna sprawa.

Zanim mój syn zaczął korzystać z FB, Aska, rozmawiałam z nim o tym, jak należy się zachowywać w tej dziwnej, wirtualnej rzeczywistości. Długo wahaliśmy się, i ja, i mój mąż, zanim w ogóle pozwoliliśmy synowi na dołączenie do internetowej społeczności. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, jakie to niesie ze sobą zagrożenia. Jak w gruncie rzeczy uwstecznia młodego człowieka, bo izoluje od prawdziwego życia, normalnych-namacalnych relacji z drugim człowiekiem. Ugięliśmy się w końcu. No, bo ten kolega może, tamten też, i tamten, i tamten… Z tych, którzy nie mają dostępu do FB dzieciaki się śmieją, wytykają palcami. Straszne. Co tu robić? A więc ugięliśmy się. Młody ma kontrolowany dostęp do takich portali. Kontrolowany to znaczy, jeśli potrzebuje skorzystać z internetu, daję mu swojego laptopa. W swoim komputerze połączenia z internetem nie ma. Dla bezpieczeństwa. Wyznajemy z mężem zasadę, im mniej komputera i netu, tym lepiej. Komputerowo-wirtualny świat nie może zastąpić prawdziwego. NIE WOLNO MU. Dlatego mój syn gra czy w inny sposób korzysta z tego sprzętu w określony sposób, ma narzucone ograniczenia. Nie może przesiadywać przed monitorem, kiedy chce i ile chce.

Ale wracając do tematu, uwaga w dzienniczku uświadomiła mi, że oto moje dziecko popełniło swego rodzaju „przestępstwo” – przemoc, czy to słowna, czy jakakolwiek inna, to przestępstwo. Ale… ale ja też „minęłam” się z prawem, pozwalając mu dołączyć do portali społecznościowych. I ja, i miliony innych rodziców. Bo na FB trzeba mieć ileś tam lat, żeby móc założyć konto. A więc mój syn musiał podać nieprawdziwe dane, w przeciwnym razie konta by nie założył. Ja o tym wiem. Mój mąż też o tym wie. Wszyscy rodzice o tym wiedzą. Wszyscy rodzice wszystkich dzieci korzystających ze społecznościowych portali.

Rozmawialiśmy z synem o tym, dlaczego obrażał kolegów. Pytaliśmy, dlaczego. A bo ten go też wyzwał, pokłócili się i takie tam. W sumie normalne rzeczy. Każdy z nas kłócił się kiedyś z kimś. Zdarzyło nam się powiedzieć to i owo. Przekląć. Ale… ale takie sprawy załatwialiśmy oko w oko. Jak trzeba było, to się dawało po pysku. Potem się godziło. Załatwianie oko w oko wymagało pewnej odwagi. Po pysku dawał Józek czy Antek a nie diabol888 czy ktoś w tym rodzaju. Teraz świadomość, że nie ma przy nas osoby, która nas wkurza, powoduje dodatkowe pokłady sztucznej, dziwacznej odmiany „odwagi” – skoro mnie nikt nie widzi, mogę wszystko. Jednak to nie jest prawdziwa odwaga. Byłoby nią załatwianie spraw bezpośrednio, patrząc w oczy drugiej osobie. Obrażanie w necie to tchórzostwo w gruncie rzeczy, ale tchórzostwo wielce niebezpieczne.

I o tym powiedzieliśmy naszemu synowi.

Wytłumaczyliśmy, że każde jego słowo „puszczone” w wirtualną rzeczywistość już tam zostaje. Na zawsze. Poza tym, tak na upartego, jeśli ktoś komuś będzie ubliżać regularnie w ten sposób, można go przecież podać do sądu. Ma się namacalny dowód – historię ubliżania na portalu, której nie da się wymazać.

Do tego dochodzi też fakt, że jeśli X wyzwie Y, to kiedyś usłyszałby/usłyszałaby o tym tylko Y albo ewentualnie jeszcze kilka osób. Obecnie „widzów” są miliony. Słowa wysłane w eter będą czytane i czytane, nawet przez przypadkowe osoby. Wyobraźcie sobie, ile krzywd można w ten sposób zrobić. Jaką traumę można przeżyć, stając się ofiarą stalkera.

O tym też powiedzieliśmy naszemu synowi.

Podziałało na jakiś czas. Ale incydent, niestety, znowu się powtórzył. Wirtualny świat, w którym każdy może wszystko, wciąga jak diabli. Ponowiliśmy nasze rozmowy, jednak tym razem nasza wściekłość była zdecydowanie większa. Powiedziałam młodemu, że jeśli nakryję go na czymś takim jeszcze raz, konta na FB i Asku zostaną usunięte. Koleżanka psycholog mi podpowiedziała, że lepiej tego nie robić, lepiej wymyślić coś innego i nie izolować syna od rówieśników. Jasny gwint – izolować? Wydawało mi się zawsze, że izolowanie polega na czymś innym. Na tym, że się z kimś nie spotykamy. A tu, proszę, zabranie FB to izolowanie.

Dobra, wymyślić coś innego? Ok, ale co?

Słuchajcie, nie wiem, czy groźba, jaka zastosowałam wobec mojego dziecka, jest słuszna i na miejscu. Nie wiem tego ani ja, ani mój mąż. Próbujemy walczyć, ot po prostu. Może nieudolnie, ale póki co nie mamy innych pomysłów. Skoro rozmowy zawiodły, może trzeba ostrzejszych cięć?

Powiem Wam, że ostatnio mąż mi opowiadał o pewnym spotkaniu z rodzicami gimnazjalistów, na którym psycholog opowiadał im właśnie o cyberprzemocy – obrażaniu, wyzywaniu, znęcaniu się m.in. na portalach społecznościowych. Próbował tłumaczyć rodzicom, że powinni jakoś kontrolować swoje dzieci, uczyć ich umiaru w korzystaniu z Internetu itp. Rodzice go w sumie wyśmiali. Stwierdzili, że to tylko dzieci, nic złego nie robią, a jak nawet kogoś tam wyzwą, to co? To nic takiego. Też się kiedyś wyzywaliśmy.

TO TYLKO DZIECI ??? Mnie ten brak świadomości przeraża.

Wiecie, co myślę? Myślę, że to nas przerasta. Jeszcze nie mamy pojęcia, z jakim cholerstwem przyszło nam się zmierzyć. Tak sobie tłumaczę reakcję tamtych rodziców. Zresztą, co tu dużo szukać. Przecież ja też na co dzień stykam się z uczniami, z ich rodzicami. Dzieciaki mi regularnie opowiadają, co oglądają, w co grają, na jakich portalach przesiadują. Wiele z nich nie ma żadnych ograniczeń. ŻADNYCH.

A wolność w necie jest złudna. Trzeba mieć mocny kręgosłup, żeby się w niej nie pogubić.

Mój syn jeszcze takiego kręgosłupa nie ma. Widzę to.

Kiedyś baliśmy się silniejszego na podwórku. Wszystko było jasne. No i wiadomo było, kim ten silniejszy jest. A teraz? Teraz zagrożeniem może być każdy. Wystarczy Internet. Każdy może zrobić krzywdę.

„Cyberprzemoc (agresja elektroniczna) – stosowanie przemocy poprzez: prześladowanie, zastraszanie, nękanie, wyśmiewanie innych osób z wykorzystaniem Internetu i narzędzi typu elektronicznego takich jak: sms, e-mail, portale społecznościowe i inne. Osobę dopuszczającą się takich czynów określa się stalkerem. Napastnicy prześladują swoje ofiary złośliwymi i obraźliwymi SMS-ami lub e-mailami. Bardziej drastyczną formą ataku jest sporządzanie witryn internetowych, wpisów na forach dyskusyjnych czy dręczenia przez komunikatory sieciowe takie, jak np Facebook. Zamiarem stalkerów jest zdyskredytowanie konkretnej osoby lub grupy ludzi czy nawet całych społeczności. Takie działania wynikają z poczucia anonimowości lub bezkarności sprawców.

Taka forma znęcania się nad swoimi ofiarami, zdaniem psychologów wynika z tego, że łatwiej poniżać, dyskredytować i szykanować, gdy istnieje szansa ukrycia się i nie ma potrzeby konfrontacji z ofiarą oko w oko. Prześladowanie przez internet jest szczególnie groźne dlatego, że kompromitujące czy poniżające materiały są dostępne w krótkim czasie dla wielu osób i pozostają w sieci na zawsze, jako kopie na wielu komputerach, nawet po ustaleniu i ukaraniu sprawcy.

Badania przeprowadzone na grupie dzieci w wieku 12-18 lat na temat dręczenia w sieci i realu przez dr Robin Kowalski i dr Susan Limber: 22% dziewczynek miało styczność z cyberbullyingiem (w świecie realnym 12,3%) 11% chłopców miało styczność z cyberbullyingiem (w świecie realnym 14,1%).

Zgodnie z badaniami prowadzonymi przez Fight Crime: Invest in Kids na grupie 1000 osób, jedna trzecia nastolatków była obrażana lub wyśmiewania w Internecie, 10% spotkało się z groźbami fizycznymi publikowanymi online.

Według raportu Safer Internet w okresie od 6 lutego do 31 grudnia 2007 – 524 na 1408 zgłoszeń do helpline.org.pl dotyczyło właśnie cyberprzemocy, co lokowało ten problem na drugim miejscu pod względem częstości zgłaszania. Najnowsze polskie badania na próbie 2143 uczniów gimnazjum klas trzecich wykazały, że w ciągu 12 miesięcy poprzedzających badania 19,6% gimnazjalistów było sprawcami cyberbullyingu, 6,6% jego ofiarami, a 5,9% pełniło obydwie role (tzw. sprawco-ofiary). Jednocześnie według badań tego samego autora ok. 21% polskich nauczycieli wskazuje, iż musiało osobiście interweniować w cyberprzemoc pomiędzy swoimi uczniami.

W dniu 6 czerwca 2011 r. weszła w życie poprawka do ustawy, uznająca cyberprzemoc za czyn zabroniony. Obecnie czyn ten podlega karze:

  • paragraf 1: Kto przez uporczywe nękanie innej osoby lub osoby jej najbliższej wzbudza u niej uzasadnione okolicznościami poczucie zagrożenia lub istotnie narusza jej prywatność, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
  • paragraf 2: Tej samej karze podlega, kto, podszywając się pod inną osobę, wykorzystuje jej wizerunek lub inne jej dane osobowe w celu wyrządzenia jej szkody majątkowej lub osobistej.
  • paragraf 3: Jeżeli następstwem czynu określonego w § 1 lub 2 jest targnięcie się pokrzywdzonego na własne życie, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.
  • paragraf 4: Ściganie przestępstwa określonego w § 1 lub 2 następuje na wniosek pokrzywdzonego.

Wprowadzenie art. 190a do Kodeksu karnego zakończyło w Polsce okres bezkarności osób posługujących się internetem w celach nękania innych osób.”

(cytowałam z internetowej encyklopedii – net oprócz tego, że niebezpieczny, bywa często użyteczny)

Dlaczego siusiaki stoją?

 

Wy wszyscy dobrze wiecie, dlaczego siusiaki czasem stoją, prawda…?

Raz stoją, raz nie… :)

Ale takich powodów czy przyczyn, jakie Wam zaraz przedstawię, na pewno się nie domyślacie. Jestem  o tym przekonana.

Otóż, pewnego razu kąpałam mojego młodszego synka.

On uwielbia leżenie w wodzie, bawienie się w niej różnymi zabawkami. Ale przede wszystkim uwielbia przy tym mówić. Wyrzuca z siebie tysiące słów niczym pociski z karabinów. Wszystkie oczywiście mają sens. I staram się, jak mogę, za nim nadążyć a nawet wtrącić czasem słówko. Tylko że czasem po cały dniu pracy, kiedy słyszę 569 słowo, to się, jakby to powiedzieć, wyłączam. I na przykład wychodzę pod pretekstem przyniesienia piżamki (jakiś pretekst zawsze się znajdzie:).

I tym razem tak perfidnie uczyniłam. Młody radośnie plumkał w wodzie, padało właśnie 678 słowo… Czmychnęłam więc. Po chwili wracam, a maluch zadaje pytanie:

- Mamusiu, mój siusiak stoi.

- Co ty powiesz – ja na to – to niech sobie stoi.

- Ale dlaczego stoi?

- Pewnie ma już dość twojego leżenia w wodzie i daje ci znak, żebyś już zaczął się myć (ale ja, kurczę, błyskotliwa jestem… a jaki mam refleks… wow :)

Mały spojrzał na swojego stojącego przyjaciela podejrzliwie:

 - Jak to, on chce się myć?

- No, pewnie, nie widzisz, że chce? Ja widzę. Wyraźnie daje ci do zrozumienia, że już czas wziąć gąbkę i wymyć wszystko po kolei, jego też.

Minęło kilka dni. Zastałam któregoś razu mojego młodego siedzącego na fotelu z niewyraźną miną.

- Co się stało? – pytam go.

- Mój siusiak zrobił się duży – stwierdził poważnie – nie mieści się w majtkach.

Aż tak? Pomyślałam. Nieźle.

- A co mu zrobiłeś, że się biedak duży zrobił? – pytam.

- Niewygodnie mu było w majteczkach, to go musiałem poukładać.

- Acha – kiwam głową ze zrozumieniem – rozumiem. No, tak, skoro mu było niewygodnie, to trzeba było coś z tym zrobić.

- Ale dlaczego on się taki duży zrobił, mamusiu?

- Myślę, że za wygodnie mu się zrobiło, synku. Zostaw go, on sobie sam poradzi. Wyciągnij rękę z majtolek i daj mu spokój, ok?

- Ok.

Nie myślcie, że temat siusiaka w gotowości bojowej się wtedy zakończył. Nie. Zdarzały się dni, kiedy młody przybiegał do mnie goły i krzyczał:

- Mamo a ja mam wielkiego siusiaka! A Ol ma małego! (Ol to jego brat)

- Super, synku, cieszę się razem z tobą, ale teraz się już ubierz, bo siusiak się wkurzy i się zmniejszy, i Ol będzie miał większego…

- Mamo, mamo, to gdzie są moje ubrania! Daj mi je szybko, szybko, proszę ciebie, proszę…

Tak. To był czasy…

Mamusiu, a dlaczego siusiaki stoją? Może czasem się czegoś boją? Co o tym myślisz? Różne wymyślaliśmy na ten temat teorie…

Za to mój starszy syn, jak był sporo młodszy oczywiście, potrafił rozebrać się do naga i z fascynacją oglądać swoje ciało, kawałek po kawałku. Sam siusialos go specjalnie (przynajmniej wtedy:) nie interesował. Za to całe gołe ciało i owszem.

Pamiętam, że przez krótki czas nawet mnie to niepokoiło, ale postanowiłam nie siać paniki i przeczekać tę fascynację. I chyba dobrze zrobiłam. Naoglądał się i w końcu mu przeszło. Dlatego historie ze stojącym siusiakiem mego młodszego nie robiły już na mnie wrażenia. 

Ja nie wiem, czy reagowałam właściwie, czy nie, czy powinnam zacząć wtajemniczać młodego w coś tam (wiadomo w co). Intuicja mi jednak podpowiada, że na to przyjdzie jeszcze czas. Na razie można się tym tematem pobawić :)