Archiwa kategorii: namiętności znanych i nieznanych

Tango na dobranoc

 

W gruncie rzeczy to byłby dobry tytuł opowiadania.

Opowieści o tym, jak się poznali w mało romantycznym miejscu. Ona rozlałaby kawę i zachlapała mu spodnie w jakiejś kawiarence. Na przykład. Albo on byłby prawnikiem, a ona jego klientką w pracy. Też może być. Ale najważniejsze byłoby to, co ich połączyło. Namiętność. Być może nic więcej. Jednak namiętność byłaby powalająca, obezwładniająca. Przysłoniłaby im cały świat. Nie wiem, na jak długo. Może jedynie na chwilę, może dwie… Czuliby te emocje każdym centymetrem ciała, każdym skrawkiem… Byliby ze sobą w każdej minucie, godzinie, dniu i nocy, gdyż oderwani od siebie, zbyt mocno by cierpieli.

Ale od miłości, takiej wszechogarniającej, takiej na maxa, tylko krok do nienawiści.

Co by ich spaliło? Nie wiem. Może za dużo namiętności, zmysłowości…? Czy tego może być za dużo? Albo zazdrość. O, tak, zazdrość jest dobra. W tak gorącym związku mogliby stać się zaborczy i to by ich zniszczyło.

Jak w tangu… Mężczyzna i kobieta poznają się, kochają, a potem ze sobą walczą. Wow.

Tango argentino. Fantastyczny, zmysłowy taniec. Powstał, czy raczej pojawił się po raz pierwszy w Ameryce Południowej ok. 1900 roku. Był modny w tanich spelunach i domach publicznych. Nazywano go zresztą tańcem ulicy. Czyli ludzie na tzw. poziomie tego nie tańczyli. Przynajmniej na początku :) Za dużo dotykania, bliskości, takiej niebezpiecznej, podniecającej. Uznano więc ten taniec za nieprzyzwoity. Nawet jeden z papieży oficjalnie go skrytykował. Jednak tango zaczęło zyskiwać coraz większą popularność. I choć go zakazywano i tak ludzie go tańczyli. Finezja, wielość figur, bliskość partnera/partnerki były zbyt pociągające. To był taniec inny niż wszystkie dotychczasowe.

Rozsławił go w latach ’20 Rudolf Valentino w filmie „Czterech jeźdźców apokalipsy”. Film niemy, z kapitalną, odważną, jak na tamte czasy, sekwencją tańca. Boski Rudolf zatańczył tak, że stał się bożyszczem milionów kobiet. I pozostał nim aż do śmierci (niestety zmarł młodo).

A dziś? Argentyńskie tango jest tańcem dla każdego. Nikt go już nie zakazuje. Miliony ludzi uwielbiają je i tańczą. Nie dziwię się. Taniec ten często pojawia się w filmach. Tam, gdzie emocje, ekscytacja, tam i tango. Pasuje jak ulał :)

Dlatego dziś na dobranoc tango…

Miłego oglądania i słuchania :)

Czasem życie to zbyt wiele

 

Kiedy spadała, zdążyła pomyśleć, że może to był błąd. Może się pomyliła…

Jakub był jej pierwszą miłością. Wyśnionym księciem z bajki. Poznali się, kiedy mieli po 16 lat. Ona była z tzw. dobrego, majętnego domu. On za to ze skromnego, nauczycielskiego. Spotykali się potajemnie. Nie dlatego, że takie były czasy, ale dlatego, że rodzice Lilki mieli inne wyobrażenie adoratorów swojej jedynej córki. Jakub od nich odstawał. 

Widywali się więc dyskretnie. Razem odkrywali pierwsze pocałunki, pieszczoty i pierwszy sex. Razem się uczyli, czytali książki, chodzili na spacery. Razem zdali maturę. I wtedy Lilka przyznała się rodzicom, że Jakub to jej chłopak i będzie dzielić z nim przyszłość. Matka i ojciec nie chcieli o tym słyszeć. Dziewczyna wyjechała więc ze swym ukochanym daleko i tam układali swoje życie. Studiowali, wynajmowali skromniutkie mieszkanko, pracowali dorywczo tu i tam. Byli szczęśliwi. Po studiach wzięli ślub, na którym byli tylko rodzice Kuby. Jej rodzice nigdy tego związku nie zaakceptowali. 

Po jakimś czasie Jakub znalazł naprawdę dobrą pracę, wzięli kredyt na mieszkanie i przyszłość zdawała się należeć do nich.

Lilka zaszła w ciążę. Ta wiadomość ją uradowała – oboje pragnęli dzieciątka, które mogliby bezwarunkowo kochać. Podczas romantycznej kolacji szepnęła do ucha mężowi, że będą mieli dziecko. Jego radość była ogromna. „Biegnę do sklepu, kupię szampana. Musimy to uczcić” – powiedział. I poszedł.

Już nie wrócił. Jakiś pijany imprezowicz, pędzący swoją furą, uderzył w niego na pasach. Jakub nie miał szans.

Lilka nie dała rady się z tego otrząsnąć. Po kilku tygodniach od śmierci męża poroniła. Straciła maleństwo.

Czas podobno leczy rany.

Minęło kilka lat. Lilka pracowała, odnowiła kontakty z rodzicami, jakoś żyła. Tylko czasem w nocy budziła się z tak okrutną tęsknotą w ciele. Nie do opisania. Ta tęsknota bolała. Wydawało jej się, że Jakub był z nią. Czuła jego dotyk, oddech. A potem przebudzenie i… nie ma go. I nie będzie. 

Niekiedy dzwoniła ze swojego telefonu do niego i odsłuchiwała pocztę – mogła przez chwilę wsłuchać się w jego głos.

Czasem (który zdarzał się tak jakoś często) otwierała jego szafę i… wciągała w nozdrza jego zapach.

Czas jednak leczy rany. Lilka poznała w końcu kogoś, na kim zaczęło jej zależeć. Paweł był sporo starszy i w niczym nie przypominał Jakuba. Jednak przy nim Lilka czuła się bezpiecznie. Pokochała go. Znów miała z kim czytać książki, do kogo się przytulić, rozmawiać, śmiać się i płakać. Odzyskała wiarę i ufność w przyszłość.

Na kilka dni przed ślubem Paweł doznał udaru, którego nie przeżył.

Lilka długo nosiła żałobę. W sercu czuła kujący ból. Pustkę. Straciła poczucie bezpieczeństwa. Ponownie. I znowu te sny, ta tęsknota, ból. Uczucie, że był, przecież jeszcze przed chwilą tu był… 

Ale czas podobno leczy rany, prawda?

Mijały lata. Lilka uciekała w pracę. Uciekała przed życiem. Przed mężczyznami. Nie chciała kolejnych związków, miłości, sexu. Można tak żyć. Można się oszukać. Można oszukać ciało. Wmówić mu, że nie ma żadnych potrzeb. Niech stygnie. Można okłamać jaźń. Wymazać z niej obraz miłości, związku, zaangażowania. Można tak żyć. W kłamstwie. Czemu nie?

Jednak Lilce się nie udało. Uciekając przed życiem, trafiła przypadkiem, w banalnym miejscu na banalnego mężczyznę. Wielka korporacja, przerwa w pracy, lunch… Wydawał się niepozorny, nie budził podejrzeń. Ale kiedyś ujrzała go znów czytającego jakieś czasopismo. Wykonał przy tym jakiś taki ruch ręką. Było w nim coś znajomego. Coś, co obudziło ciało i zmysły Lilki.

Ten mężczyzna okazał się objawieniem. Nie powinno go być. A ona nie powinna się już tak czuć. Miała już tzw. swoje lata. Przecież już na nic nie czekała, niczego nie szukała. Uśpiła ciało, umysł, emocje… 

A teraz on ją przywrócił do życia. Znów mogła upajać się dotykiem, pieszczotą, zapachem ukochanego. Znów miała przy kim budzić się rano, miała komu zrobić kawę. Okazał się jej dopełnieniem. Przypomniała sobie, jak to jest czuć bezpieczeństwo przy drugiej osobie…

I to bezpieczeństwo, to spełnienie przerosło Lilkę. 

Kiedy pewnego dnia siedziała przy nim i słuchała go, kiedy dotykał jej policzka, kiedy dmuchnął jej we włosy tak, jak to lubiła, poczuła, że więcej nie zniesie. 

Nie zniesie więcej straty. Straty, która musi nastąpić. Na pewno nastąpi. Dopadnie ją prędzej czy później.

„Wiesz, co” – powiedziała – „Przypomniałam sobie o czymś ważnym, muszę szybko pojechać do pracy”.

Kiedy wjeżdżała na ostatnie piętro biurowca, myślała tylko o tym, że za chwilę już nikt nigdy niczego jej nie odbierze. 

Tylko przez ułamek sekundy, kiedy już leciała, poczuła wątpliwość, tylko przez ułamek sekundy. Potem była już tylko pewność.

*  

Przykro mi, że tym razem bez happy endu. 

Takie historie też się niestety zdarzają.

Brakuje mi ciotki Lilki.

 

Wampiryczna odmiana miłości…

 

Jeśli spodziewacie się po tytule jakichś filozoficzno-psychologicznych rozważań, to się srogo zawiedziecie:)

Będę pisać o pewnej postaci, której historia urzekła ludzkość.

To Vlad Dracula – średniowieczny książę, władczy mężczyzna, namiętny kochanek… Tak, tak, nie zamierzam kopać w autentycznej historii. Chcę skupić się na filmowej wersji jego życia (i po życiu…). Powstało ich kilka. I cała reszta inspirowana właśnie tą niesamowitą postacią. Jednak mnie najbardziej fascynuje dzieło Francisa Forda Coppoli „Dracula”.

Być może zadziałał na mnie urok Gary Oldmana. Kto wie. Pewnie w jakimś stopniu tak. Jednakże Vlad urzeka od samego początku siłą swoich uczuć. Przeróżnych. Jest XV-wiecznym księciem, brutalnym wojownikiem. Ale też namiętnym kochankiem. Nie potrzeba scen seksu, w kilku ujęciach można dostrzec ogrom jego miłosnych emocji. Sposób, w jaki przytula narzeczoną Elisabetę, całują ją, żegna się z nią, wspomina na polu bitwy… Potem zatraca się w rozpaczy po jej stracie. Cierpimy razem z nim. Płaczemy razem z nim. I mimo że Vlad wyrzeka się Boga, wiary, celuje mieczem w Chrystusa, nie jesteśmy w stanie go potępić. Wiemy, że wybiera potępienie w imię miłości i wiecznych poszukiwań ukochanej, wiecznych prób jej odzyskania.

Obserwujemy go jako starca. Czas w końcu upływa (setki lat…) i Dracula z długim, siwym warkoczem, poorany zmarszczkami nie przypomina już nieprzyzwoicie seksownego Vlada z czasów młodości… Ale to nic. On i tak fascynuje. Choć wiemy, że jest wampirem, choć obserwujemy jego niecny proceder żywienia się ludzką krwią. Te jego złowieszcze, długie paznokcie. Tak, tak, to one nas niepokoją. A nie wilcze kły. Bo ich nie widać.

I nagle na zdjęciu pewnego mężczyzny Dracula dostrzega dziewczynę (Minę) łudząco podobną do jego zmarłej Elisabety. Sen to czy jawa? Tak do końca nie wiemy, czy to narzeczona hrabiego, jej kolejne wcielenie, czy też po prostu niezwykłe podobieństwo i tylko tyle. Nie wiemy, ale chcemy wierzyć, że to Elisabeta. Nieważne, że Mina ma ukochanego (Jonathana). Gdzieś tam podświadomie (albo i świadomie) pragniemy, by Vlad odzyskał ukochaną. W końcu szuka jej od setek lat.

Sposób, w jaki Dracula patrzy na jej zdjęcie. Dotyka go. Zaczyna planować, knuć, spiskować… musi odzyskać Elisabetę. Trzeba zatrzymać jej narzeczonego, a potem zbliżyć się do niej, oczarować ją, przypomnieć, zakochać…

Diabelskimi sztuczkami udaje się Draculi przybrać dawną postać. Znów uwodzi. Tym razem jako dystyngowany hrabia z końca XIX wieku. Zbliża się do Miny. Próbuje jej zaimponować, zaczarować. Obłaskawia dzikie zwierzę, zamienia łzy dziewczyny w perły, zabiera ją na bal. Nie narzuca się. Patrzy głęboko. Czasem delikatnie muśnie. Mina/Elisabeta poddaje się. Zapomina o swoim narzeczonym (więzionym w zamku Vlada). Zapomina się. Chce należeć do Draculi. Absolutnie. I nie tylko platonicznie. Emocje, które nią targają, w niczym nie przypominają spokojnych uczuć, jakie żywiła do Jonathana. Przy Vladzie jest pełna pasji, namiętności, czuje, że żyje…

Ale Dracula to wampir. Skazany na potępienie. I choć Mina pragnie stać się taka jak on, Jonathan i jego przyjaciele nie dopuszczą do tego…

Jedyne co dziewczyna może zrobić, to przynieść ukojenie swemu księciu. Pozwolić mu połączyć się na wieki z jego ukochaną Elisabetą. I choć łamie jej to serce, zadaje mu śmierć, bo tylko tyle może dla niego zrobić… Tak, ogarnia nas wściekłość, bo chcemy innego zakończenia. Chcemy prawdziwego happy endu. Co nas obchodzi mdły Jonathan? Co nas obchodzą jego przyjaciele? Dlaczego Mina nie może być z Vladem?

Przecież błagała go, by… ją ugryzł. Wiecie, w świecie wampirów to takie: Kocham Cię… Dracula nie chce tego. Nie chce. Waha się. Ugryzienie ukochanej oznacza skazanie jej na wieczną podróż, wieczny niepokój… Książę kocha Minę/Elisabetę jak nikogo na świecie. A ona jego. I chce pić jego krew… to niesamowicie erotyczna scena w tym filmie, mówię Wam.

Gdyby ugryzł skutecznie i dał jej wieczne życie… I zdążył przed zachodem słońca… Odwieczne gdybanie, pewnie, film zakończyłby się wtedy inaczej. Ale chyba nie miałby tej siły. Nie urzekałby aż tak. Dlatego w końcu godzimy się z odejściem Vlada i akceptujemy związek Miny z Jonathanem.

Miłość Draculi to miłość tragiczna. Skazując się na potępienie i wieczny, niespokojny, wampiryczny żywot, skazał się jednocześnie na samotność i niemożność odzyskania ukochanej. A przecież wyrzekł się wszystkiego, zawarł pakt z diabłem właśnie po to, by zdobyć ją ponownie, by ją odnaleźć… Niestety, sposób, który obrał, nie przyniósł mu nic dobrego…

Kto nie oglądał tego filmu, niech szybko to zrobi.

Wbrew opisom – to nie horror. Ani horror erotyczny (jak gdzieś wyczytałam). To film o miłości. Z nutką wampiryzmu w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Posłuchajcie i popatrzcie:

 

Mój aniele, moje wszystko, moje ja…

 


Cóż mogę powiedzieć?

Tytuł wpisu to słowa pewnego mężczyzny do pewnej kobiety (ja bym chciała, żeby tak ktoś do mnie mówił…).

Przypadek sprawił, że się nie spotkali. Przypadek sprawił, że nie spędzili razem życia, mimo że tego pragnęli. Przypadek, głupi przypadek ich rozdzielił… Szlag by to…

Ludwig van Beethoven i jego Nieśmiertelna Ukochana – nie znamy jej imienia. Wiemy jednak, że istniała i trwale zapisała się w życiu genialnego kompozytora. Takiej namiętności prawdopodobnie nie czuł do żadnej innej kobiety – tylko do niej, do Nieśmiertelnej Ukochanej…

Niesamowita historia. Film „Immortal beloved” („Wieczna miłośc”) również polecam – świetny, Gary Oldman rewelacyjny, obraz całkiem wiernie oddaje historię poszukiwań Nieśmiertnelnej Ukochanej, choć reżyser dodał coś od siebie, a mianowicie pokusił się o stwierdzenie, kim ta kobieta była. W rzeczywistości nikt tego nie wie, bo nie udało się tego ustalić.

Obejrzyjcie koniecznie, a przynajmniej posłuchajcie Piano Concerto No. 5 in E flat Op. 73 ‚Emperor

Słowa, słowa, słowa… można się poparzyć…

 

To dziwne.
Nie wiem, co się stanie ze mną dzisiejszej nocy.
Patrzę na Ciebie, tak jak patrzyłem po raz pierwszy 

Tylko słowa , zawsze słowa
Te same słowa

Nie wiem, co mam Ci jeszcze powiedzieć.

Nic więcej oprócz słów

Układasz tak piękną historię miłosną,
Że nigdy nie mogę przestać jej czytać.

Tych prostych słów, kilka słów
To jest zbyt piękne…

Dla mnie jesteś najważniejsza dziś i jutro.

Zbyt piękne

Jesteś na zawsze mą jedyną prawdą.

Pora by zakończyć ten sen
Pamięć również zgaśnie, 
Kiedy o tym zapomnimy.

Lubisz wiatr, który porusza struny skrzypiec?
Weź z powrotem różane perfumy.

Toffi, słodycze, czekoladki.

Czasem naprawdę nie mogę Cię zrozumieć.
Dziękuję, te prezenty naprawdę nie są dla mnie.

Ty również nie potrafisz zaoferować nic lepszego. 
Kto lubi wiatr i różane perfumy ??
On, jego czułe słowa, pełne słodyczy.
Pozostał na mych ustach, lecz nigdy nie był w mym sercu.

Jeszcze jedno słowo.

Słowa, słowa, słowa…

Posłuchaj mnie.

Słowa, słowa, słowa…

Proszę…

Słowa, słowa, słowa…

Przysięgam Ci.

Słowa, słowa, słowa, słowa, słowa…
Tylko słowa rzucane na wiatr.

Moim przeznaczeniem jest rozmowa z Tobą…
Chcę rozmawiać z Tobą jak po raz pierwszy…

Tylko słowa, zawsze słowa…
Te same słowa…

Jak mam Cię przekonać, byś mnie zrozumiała?

Nic więcej prócz słów…

Posłuchaj mnie po raz ostatni…

Magiczne słowa, taktyczne słowa.

Zatrać swój rozsądek.

Jesteś mym zakazanym snem.

Tak – łgarz

Mym bólem i niepowtarzalną nadzieją.

Nie kończ, kiedy już zacząłeś mówić.
Trochę ciszy…

Jesteś dla mnie jedynym dźwiękiem.
Sprawiasz, że zaczynam tańczyć na piasku.

Toffi, słodycze, czekoladki…

Jeśli nie istniejesz, mogę Cię stworzyć…

Dziękuję – to nie dla mnie.
Ty również nie potrafisz zaoferować nic lepszego.
Kto lubi tańczyć na piasku ??
On, jego czułe słowa, pełne słodyczy.
Pozostał na mych ustach, lecz nigdy nie był w mym sercu.

Jeszcze jedno słowo tylko słowo.

Słowa, słowa, słowa…

Posłuchaj mnie.

Słowa, słowa, słowa…

Proszę…

Słowa, słowa, słowa…

Przysięgam Ci…

Słowa, słowa, słowa, słowa, słowa…
Tylko słowa rzucane na wiatr…
Słowa, słowa, słowa…

Jesteś piękna…

Słowa, słowa, słowa…

Jesteś piękna…

Słowa, słowa, słowa…

Jesteś piękna…

Słowa, słowa, słowa, słowa, słowa…
Tylko słowa rzucane na wiatr…

 

Gorąco, prawda?

Alain Delon i Dalida, Parole, Parole, Parole

 

O cudzych mężach i cudzych żonach

No, tak na dobranoc powrócę do historii jednej z moich par – Elizabeth i Richarda.

 

Poznali się na planie bardzo znanego filmu „Kleopatra”.

Ona miała męża (już któregoś tam:), on żonę. Namiętność, która między nimi  wybuchła, okazała się nie do opanowania. Romans szybko się wydał. A były to lata 60-te XX wieku. Rewolucja seksualna dopiero miała nadejść.

Elizabeth i Richarda oficjalnie potępił Watykan (!). Co ciekawe, ludzie znienawidzili głównie Elizabeth, nie jej kochanka. Ona była tą złą, co rozbijała małżeństwo. Tymczasem to Richard właśnie był niezłym kochasiem. Przed Liz miał wiele kochanek, na które jego żona przymykała oko. Elizabeth zaś nie lubiła być kochanką. Odpowiadał jej status żony (stąd przed Richardem miała już 4 mężów).

Ich gorący romans przekształcił się w wielką miłość. Dostali rozwody. Pobrali się. Byli ze sobą kilkanaście lat. Co ciekawe, niesamowita namiętność, jaka ich łączyła, seksualny pociąg, jaki do siebie czuli, ogromna miłość, oddanie, WIERNOŚĆ – nie wystarczyły; szalony tryb życia, hedonistyczny wręcz – w końcu zniszczył ich małżeństwo. Później jeszcze do siebie wracali, potem się rozchodzili, brali sobie innych małżonków, ale uczucie nie wygasło. Kochali się nadal. Po prostu nie umieli już ze sobą być.

Elizabeth do śmierci trzymała na biurku list, jakie napisał do niej Richard kilka dni przed swoją śmiercią. Nie wiedział wtedy, że umrze. Pisał, że chce do niej wrócić i już na zawsze być przy niej. Bo ona jest jego domem.

List dotarł do Liz kilka dni po jego śmierci.

 

O tych, co chcą cudzych mężów ciąg dalszy…

Elizabeth Taylor Popatrzcie na nią. Moim zdaniem to kwintesencja kobiecego piękna. Niepotrzebny make up – miała niewyobrażalnie piękne rysy twarzy. Mogła mieć każdego mężczyznę. Zapragnęła cudzego męża… Co z tego wynikło? Jedna z najsłynniejszych love story XX wieku. Uwierzcie mi, jej romans z żonatym mężczyzną śledził prawie cały świat.  Romans przekształcił się w niesamowicie silną i piękną miłość, która trwała aż do ich śmierci. A więc bywa i tak: mężatka spotyka żonatego, namiętność jest tak silna, że porzucają swoje dotychczasowe życie dla nowego, niebezpiecznego, nieznanego.

Ona to legendarna aktorka, Elizabeth Taylor. On to wybitny aktor Richard Burton. Jedna z moich ulubionych par…

Samotność

Który z momentów w życiu Izabelli można by uznać za przełomowy?

Było ich kilka. Jak w życiu każdego człowieka. Kiedy zmieniła pracę, poczuła, że teraz wszystko będzie inaczej. Musiała zostawić swoje stany lękowe w domu, bo inaczej nie dojechałaby na nowe miejsce. Wcześniej nie umiała się ich pozbyć. Teraz nie miała wyjścia. To się czasem okazuje tak proste – człowiek przyparty do muru, potrafi bardzo wiele.

W domu nadal było beznadziejnie, ale nowa praca, wyższa pensja dawały Izabelli nadzieję, że w końcu coś się zmieni. 

Dlaczego nie chodzisz w spódnicach? – usłyszała od niego. Głupiutkie pytanko, głupiutkie żarty, początek gry, która ich oboje przerosła, bo przestała być w którymś momencie grą. Izabella była samotną matką, tłamszoną i poniżaną przez własną matkę. Oprócz sąsiadów, którzy chcąc nie chcąc, byli świadkami jej codziennego życia, nikt się tego nie domyślał, nikt nie wiedział. Wchodząc do pracy, okrutną siłą woli zmuszała się, by tamto straszne życie zostawiać za drzwiami. I zostawiała. Tam było jedno życie, tu było drugie, lepsze… On był jej kolegą z pracy. Miał żonę już od ładnych paru lat. Wydawało się, że był szczęśliwy. Pokazywał w pracy zdjęcie małżonki, atrakcyjnej, eleganckiej blondynki. Ona przeżyła coś przelotnego, dla zabicia samotności, niezbyt głębokiego,w sumie nieważnego. Przyzwyczaiła się do tego, że jest sama. Tylko ona i jej dziecko. Żadnego mężczyzny. Można się przyzwyczaić.

Na jakimś wyjeździe zaczęli flirtować. I tak już zostało. Ustalili, że to zabawa, nic więcej. Izabella była zbyt mądra, by angażować się w związek z żonatym mężczyzną. To znaczy była z nim w jakimś związku chyba jednak, bo coś ich łączyło, ale ona nie walczyła o niego, nie rozbijała jego małżeństwa, niczego od niego nie wymagała. Zmuszanie faceta do tego, żeby porzucił żonę, uznała za bezsensowne. Kochanie takiego faceta też było bezsensowne. Nie kochała go więc nigdy? Na pewno?

A on? To taka zabawa – mówił – nie jest dobrze w moim małżeństwie, mamy zły okres, ale kocham moją żonę; tylko jak ją przytulam, to zauważam, że nie jest taka jak Ty, to nie Ty…

Cdn.