Archiwa kategorii: o kobiecości

This is a man’s world, but…

 

Tak śpiewał kiedyś James Brown.

Że świat wokół nas to męski świat. Że mężczyźni nim rządzą. Ale… ten niby ich świat nie byłby ich, gdyby nie my – kobiety. Bo bez kobiet mężczyzna jest niczym…

Ktoś mógłby powiedzieć, że w słowach Browna tkwi pewien szowinizm. Niewykluczone.

Ja jednak dziś chcę zwrócić uwagę na to, że w jego piosence pojawia się pewna piękna prawda, od której dziś często się ucieka (taka moda). Mianowicie, James śpiewa, że facet bez kobitki nie znaczy nic. A więc, nie da się nic stworzyć, zbudować bez osoby, która stoi u Twojego boku i cię wspiera. O tym chrypi Brown. I ja się z nim zgadzam. I nie chodzi tylko o to, że mężczyzna bez kobiety, ale też o to, że kobieta bez mężczyzny. Człowiek jest istotą stadną. Społeczną. Nie jest stworzony do życia w pojedynkę. 

Śmieszy mnie moda na mówienie „Jestem singlem/singielką”. Nie wypada powiedzieć: „Jestem sam/sama”. Tak jakby obecnie wstyd było się przyznać, że jest się samemu. Że się poszukuje. Albo że się jest zwyczajnie samotnym. Oczywiście, są różne sytuacje i wśród tych wszystkich singli są single prawdziwi – ludzie, którzy z jakichś powodów aktualnie chcą być sami (bo że chcą być sami na zawsze, w to trudno mi uwierzyć). Zawiedli się na kimś. Przeżyli coś traumatycznego. Póki co cieszą się swobodą. Odpoczywają. 

Ale, moim zdaniem, zdecydowana większość singli to ludzie po prostu sami. Samotni. Potrzebujący drugiej osoby. Bardziej lub mniej poszukujący „drugiej połówki”. Tyle że nie chcą czy nie mogą się do tego przyznać. Bo wyjdą na nieudaczników, którzy nie potrafią znaleźć sobie kogoś. Jest tak czy nie? Stwierdzając: Jestem singlem i dobrze mi z tym – ucinają plotki, docinki, komentarze. 

Jest w tym fałsz, prawda? Ale powiedzmy sobie szczerze, ludzkie wścibstwo potrafi zatruć życie, więc nie ma się co dziwić, że osoby samotne tworzą wokół siebie pewne pozory. Rozumiem to. Ale się burzę. I wkurzam. I na jednych, i na drugich. Bo nie znoszę wścibstwa. Tworzenia fikcji i pozorów również.

W samotności na dłuższą metę nie ma nic pięknego. Ja przynajmniej nic takiego nie widzę. Nie masz, z kim pogadać, nie masz, do kogo się przytulić, przed kim wyżalić… dotknąć… Co w tym fajnego? Tak. Można mieć przyjaciół, rodzinę. Ale to moim zdaniem nie to samo. 

Z drugiej strony, stan bycia samemu nie powinien też kojarzyć się z klęską albo czymś wstydliwym. Myślę, że to pisanie o singlach, o tym, że ich życie jest ciekawe, wartościowe, atrakcyjne, wzięło się m.in stąd, że samotnych często wytykało się palcami: O, to ta, która faceta nie może sobie znaleźć… O to ten, nieudacznik, żadna baba go nie chce… Czyż tak nie bywało? Czyż nie zdarza się tak nadal?

Dzięki artykułom, filmom itd. udało się wielu ludzi przekonać do tego, że samotny-singiel to wcale nie pierdoła. To zwyczajny człowiek, którego życie po prostu akurat nie kręci się wokół miłości, co nie znaczy, że jest przez to mniej wartościowe. I dobrze, że tak się stało. Zawsze denerwowało mnie mierzenie wartości, dajmy na to, kobiety tym, czy ma faceta, ilu ich w ogóle miała, czy nie za późno zaczęła umawiać się na randki, czy w miarę szybko wyszła za mąż… Przypuszczam, że obecnie nie jest to tak nasilone jak kiedyś, kiedy byłam „dwudziestką”. Czasy się jednak na szczęście zmieniły :)

Ale ta zmiana poszła chyba trochę za daleko. Za bardzo gloryfikuje się teraz stan „życia w pojedynkę”. Tak uważam. „Jestem sama i dobrze mi z tym” „Nie mam faceta i to jest super” „Mam pracę, pieniądze, na co mi facet?” – często słyszy się, czyta się takie teksty. A ja wcale nie uważam, żeby to było takie super. Człowiek jest stworzony do życia w parze. Tak sądzę. Ale, oczywiście, nie musicie się ze mną zgadzać :) 

Czy podświadomie, w marzeniach, snach nie szukamy, nie czekamy na kogoś fajnego, kto uzupełni bądź dopełni nasze życie? Nie jest tak? Bo moim zdaniem chyba tak :)

Oczywiście, każdy z nas powinien też umieć żyć w pojedynkę. Nie wisieć na nikim jak ten bluszcz. Życie jest, o czym mawiał Forrest Gump, jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz, na co trafisz. Nie wiemy, co jest nam pisane, dlatego umiejętność bycia samemu jest potrzebna. 

Ale świat jest piękniejszy, kiedy nie jesteśmy sami :) O ileż więcej się chce, więcej tworzy, o ileż więcej, intensywniej się przeżywa… Dlatego każdemu życzę kogoś do pary :)

 

 

Erotyczne spotkanie z fryzjerem

 

Jak każda kobieta mam swoje czułe punkty. Nie mówię tu o osławionym punkcie „G”, który gdzie jest, podobno wszystkie wiemy (wszyscy?).

Wiedzieć wiem. Pewnie. Co z tego jednak, że wiem, skoro JA go tam ewidentnie nie mam ;) Ale wcale nie żałuję, bo… mam dużo różnych punktów „G” gdzie indziej :) Dostarczają mi tyle… emocji, że tamten mam w nosie. Zaraz zrozumiecie, dlaczego…

Pewnego dnia, a dokładniej to dziś, w poszukiwaniu mocnych wrażeń związanych z moimi punktami „G” wybrałam się do fryzjera. Mężczyzny. Jak mocne wrażenia z fryzjerem, to tylko z mężczyzną ;)

Do salonu wpadłam punkt ósma. Dopiero otwierali. 

- Jak będziemy ciąć? – spytał mój całkiem męski fryzjer Tomasz (byłby bardziej męski, gdyby był starszy :) ).

- Z tyłu dużo, chcę mieć wygolony karczek, duży skos, dłuższe boki.

- Aha.. – Tomasz słuchał uważnie – czyli to wszystko wycinamy? – i złapał mnie delikatnie za włosy nad karkiem, pokazując, co chciałby ściąć.

Mmmmm… wiedziałam, co robię, przychodząc do pana Tomasza. Biedny. Nie wiedział, że właśnie trafił na jeden z moich punktów „G”.

- Taaak – odparłam – właśnie to trzeba wyciąć i tak po skosie wystrzyc.

- A tu? – i dotknął moich włosów przy szyi, w okolicy uszu – tu zrobimy dłużej, dłużej, tak aż do brody… tak?

Mmmmm… kolejny punkt „G”.

- Dokładnie tak – zgodziłam się grzecznie.

- To zapraszam do mycia.

Mycie włosów, moi drodzy, jest czynnością zwyczajną i całkiem obojętną, jeśli robimy to sami. Ale jeśli robi to ktoś inny, to zaczyna być czynnością nader przyjemną, relaksującą bądź… w jakiś sposób ekscytującą (żeby nie powiedzieć podniecającą, cha, cha, cha).

Tak więc, zapadłam się w wygodny fotel, a pan Tomasz z wielkim zaangażowaniem mył moje włosy. Masował. Delikatnie drapał. Spłukiwał. I od nowa. Bosko :)

No, a potem strzygł i strzygł. Najpierw kark. Chciałam tam niezwykle krótko, więc trochę czasu to zajęło. Ale co to był za czas. Upajający ;) Potem pan Tomasz delikatnie czyścił moją szyję z różnych włosków (ach te wszystkie punkty „G”…)

Na koniec pięknie moją nową fryzurkę wymodelował.

Zerknęłam w lustro. No, jest dobrze. Nawet bardzo. Taka wygolona szyjka z apetycznym karczkiem aż się proszą o różne takie tam ;)

I tak, niezwykle dobrze „nastrojona” (zaspokojona?) poszłam do pracy.

Nie ma to jak dobrze rozpocząć nowy dzień ;)

 

Mama jest najpiękniejsza?

 

Na głównej stronie mojego blogu, po prawej stronie zamieściłam kilka zdjęć moich filmowych ulubienic, m.in Elizabeth Taylor. Jedno z jej zdjęć, takie czarno-białe, na którym Liz wystylizowano na Meduzę, ustawiłam też jako tło na pulpicie swojego laptopa. Niedawno siedziałam sobie w saloniku i zamierzałam właśnie zabrać się do pracy na komputerze, kiedy dosiadł się do mnie mój syn. Zerknął mi przez ramię, popatrzył na tło na pulpicie i spytał:

- Mamo, kto ci zrobił takie ładne zdjęcie?

- Jakie zdjęcie? – nie zrozumiałam.

- No, to na pulpicie. Świetnie wyglądasz.

Spojrzałam na niego jak na wariata.

- Synu, weź, nie żartuj sobie, to nie moje zdjęcie.

- Jak to, nie twoje – upierał się Młody – to przecież ty.

- Dobrze by było – ja na to. – Przyjrzyj się uważnie. To aktorka – Liz Taylor.

Ol przysunął się blisko monitora.

- Faktycznie – stwierdził. – To nie ty. Ale jesteście podobne.

- Żartujesz? – uniosłam brwi ze zdziwienia- Ja podobna do niej? Ona jest przepiękna, niewiarygodna…

Myślałam potem o tym, co powiedział Ol. Nie ukrywam, że niezwykle połechtał moje kobiece ego ;) Jednak kiedy tak się zastanawiałam nad jego słowami, doszłam do wniosku, że jest coś w tym, jak postrzegana jest fizyczność czy aparycja matek w oczach ich dzieci. 

Moja mamusia jest najpiękniejsza… Tak często mówią, prawda? Przypuszczam, że miłość, jaką czują do swoich rodzicielek, sprawia, że postrzegają je często jako dużo bardziej atrakcyjne, niż, być może, są w rzeczywistości. Uczucie, jakim matka otacza swoje dziecko, jest przeogromne. Matka czuwa nad dzieckiem, opiekuje się nim, jest przy nim na dobre i na złe… w oczach pociechy staje się prawdziwą heroiną, kwintesencją dobra i piękna…

Tak to chyba działa.

Ale jakby nie było, fajnie jest usłyszeć od dorastającego młodego człowieka, że uważa „swoją starą” za „niezłą laskę” ;)

No, ale żeby za bardzo nie słodzić: Po jakichś dwóch tygodniach od naszej rozmowy przy monitorze laptopa siedzieliśmy sobie przy weekendowym śniadanku, gdy nagle Ol się odezwał:

- Mamo, co Ty tam masz pod oczami? Co tam ci się porobiło? Wcześniej tego nie miałaś… Wyglądasz, jakbyś  miała z 50 lat…

Cha, cha, cha… :)

Ciąża to nie choroba?

 

Kobietom w ciąży często się mówi: No weź, nie przesadzaj, ciąża to nie choroba.

Co to oznacza? Ano, żeby ciężarna z uśmiechem na ustach zasuwała do pracy, nie bacząc na gorsze samopoczucie, nudności, bóle kręgosłupa, obrzmiałe nogi, zawroty głowy, emocjonalne nierówności etc. etc. 

Kobieta w ciąży powinna obowiązkowo chodzić do pracy do rozwiązania. Chorobowe nie są mile widziane. Unikanie obowiązków również.

A, zapomniałabym, jeszcze musi być sexy. Szpilki, obcisłe kiecki, te sprawy.

Gdzie kobieto nie spojrzysz, taki właśnie wyłania się obraz niewiasty spodziewającej się dziecka.

Niektóre znane osóbki na przykład wręcz epatują swoim stanem. Ma się wrażenie, że chcą tym ciążowym brzuchem wedrzeć się do naszego życia. Tak jest podkreślany, wyróżniany przez seksowne stroje i, oczywiście, niebotyczne obcasy. Zwłaszcza jedna taka, pamiętam. Urodziła już dwoje dzieci i przy każdej ze swoich ciąż tak bardzo udowadniała, że jest sexy, że prawie w to uwierzyłam ;)  Oczywiście nie zwalniała tempa, pracowała zawodowo na tzw. maxa.

Nie ona jedna zresztą. I nie tylko te tzw. znane osoby pokazują nam, szarym śmiertelniczkom, że ciąża to takie tam. Nic wielkiego. Trochę tyjesz i już. Wiele kobiet traktuje stan błogosławiony podobnie lub wręcz tak samo. Skoro to nie choroba, to możemy żyć jak dawniej. Można chodzić do pracy, nie bacząc na stres. Można nosić szpilki, nie bacząc na niebezpieczeństwo upadku lub ból kręgosłupa. Można wszystko.

A ja tego nie rozumiem. Nie popieram. Nie zalecam.

Możecie mnie uznać za dziwaczkę. Albo jakąś skostniałą. Albo nienowoczesną. Trudno.

Uważam, że ciąża to, owszem, nie choroba. Jest to jednak stan szczególny i kobieta powinna wtedy dbać o siebie bardziej niż kiedykolwiek. 

To nieprawda, że praca nam wtedy nie szkodzi. Jeśli jest stresująca, to kobieta, a przede wszystkim jej dziecko odczują to. Będzie to szkodliwe. Jasne, że stres jest wpisany w nasze życie. I pewnie dobrze, bo odrobina adrenaliny działa stymulująco. Jednakże co za dużo, to niezdrowo :) Znam wiele kobiet pracujących w ciąży, jak to się mówi, do samego końca. Ich dzieci zwykle po urodzeniu były nerwowe, miały problemy z zasypianiem. Mam zresztą przykład z „własnego podwórka” – ze starszym synem chodziłam w ciąży do końca, z młodszym byłam na zwolnieniu. Jako niemowlęta zachowywali się w odmienny sposób – inaczej zasypiali, reagowali. Mój wyciszony tryb życia w drugiej ciąży i minimum stresów zdecydowanie przysłużyły się Titowi. Ciąża z Olem była zupełnie inna – ciężka praca, stresy, przykre przeżycia – toteż i Ol nie był tak spokojny jak Tit.

Przy pierwszej ciąży nie miałam wyboru. Przy drugiej na szczęście mi doradzono, żebym przystopowała (i to nie ginekolog mi tak doradził tylko endokrynolog :) ). Zresztą ja sama czułam, że drugą ciążę chciałabym przeżyć inaczej – spokojniej, z dbałością o stan fizyczny i PSYCHICZNY. Na szczęście mogłam to zrobić.

Nie chcę generalizować. Wyobrażam sobie, że nie każda praca może źle wpływać na dzidziusia i jego mamę (ale tak szczerze, to niełatwo taką mieć, bardzo niełatwo). Wiem też, że kobieta często nie ma wyboru. Jeśli jednak już go ma, powinna z całych sił wyciszyć się i zwolnić. Dla siebie, dla maleństwa.

Nie jest naszą siłą pokazanie, że jesteśmy extra mocne i możemy ciężko pracować pomimo odmiennego stanu. Naszą siłą jest odpowiedzialne podejście do ciąży (nie bez powodu nazywanej stanem błogosławionym). Naszą siłą jest zrobienie wszystko, co w naszej mocy, by oszczędzić dzidziusiowi stresu i traumy. Robiąc to, tylko ułatwiamy sobie jego późniejsze wychowanie.

Ja rozumiem, że kobieta w odmiennym stanie może czuć się świetnie, energia ją rozpiera i chce działać. I ok. Byle rozsądnie. Skoro już jest w ciąży, powinna myśleć nie tylko o sobie i własnej aktywności, ale też o życiu, któremu dała początek…

Teraz jest modne takie egoistyczne podejście do wszystkiego. Do ciąży też. To smutne.

Tak jak z tym sexy wizerunkiem. Fajnie, że zerwaliśmy z wizerunkiem ciężarnej okutanej w „worek” albo niezgrabne ogrodniczki. Fajnie, że otwarcie mówi się, że kobieta w ciąży jest cały czas atrakcyjna. Ja się z tym wszystkim zgadzam. Jednak takie ostentacyjne udowadnianie, że jest się sexy, wciskanie się w podniecające ciuchy, obuwie, śmieszy mnie. Z jednej strony. Z drugiej zaś martwi. To moim zdaniem sztuczne, na siłę, niezdrowe, szkodliwe. Błagam, nie mówcie mi, że w siedmiomiesięcznej ciąży wygodnie jest w wysokich szpilach. Byłam w ciąży dwa razy i twierdzę, że ani nie jest to wygodne ani bezpieczne. Nie mówcie mi, że muszę zakładać obcisłe lub uciskające spodnie albo coś w tym rodzaju i w ten sposób przekonywać, że jestem nadal super babką (tylko brzuch mi nieco odstaje). To śmieszne. Byłam w ciąży i chciałam wyglądać atrakcyjnie (zawsze chcę ;) ), ale ubierałam się tak, żeby było mi przede wszystkim wygodnie, żeby mi nic nie uciskało brzucha na przykład, bo to jest, jasny gwint, ważne. I wyglądałam świetnie bez ostentacji, bez sztucznego i nadmiernego epatowania moim odmiennym stanem.

Ciąża to naprawdę szczególny stan. Zwykle nie chorobowy, choć i z tym różnie bywa. Myślę, że kobiety często go bagatelizują. Tak się dzieje, bo zewsząd słyszy się, że można tak robić. To jest w mediach modne. Pracuj, bądź aktywna, nie odmawiaj sobie niczego, jesteś ważna itd. Tak, kobieto, jesteś ważna. Ale skoro już spodziewasz się dziecka, to ono też jest ważne. I trzeba myśleć za dwoje a nie tylko  za siebie.

A jakie są wasza przemyślenia na ten temat?

 

 

Cudowne działanie Acmelli

 

Pisałam ostatnio o tym, jak to postanowiłam zadbać o moje zmarchy ;) Odkryłam fajny kosmetyk do twarzy, który mogę śmiało polecić.

Dla wszystkich zainteresowanych jędrnością swojej twarzy:

https://www.facebook.com/pages/Eva-Cosmetics-Polska/210365205833084

Stosuję krem tej firmy i jestem zachwycona. W cuda nie wierzę. Nie twierdzę, że mnie odmłodzi o 10 lat. Zresztą nie mam takiej potrzeby. Ale urzekł mnie dlatego, że po raz pierwszy (od nie wiem kiedy) budzę się rano i z przyjemnością dotykam swojej twarzy – jest kapitalnie nawilżona, odpowiednio i bez przesady natłuszczona, no i ujędrniona jak diabli… Czegóż chcieć więcej? :)

Kosmetyk jest nie jest tani, ale niezwykle wydajny, więc w gruncie rzeczy nie tak drogi, jak się pozornie wydaje.

Oprócz kremów są też ampułki – czyli maksymalnie skondensowane wszystko co najlepsze (głównie kolagen i Acmella, czyli znieczulecznik, ale też np mocznik). Moja przyjaciółka używała ich na rozstępy, inna nacierała nimi biust, a jeszcze inna stosowała go do twarzy. Każda postępowała właściwie, bo ampułki działają na każdą partię ciała i twarzy. Koleżanka od rozstępów twierdzi, że regularne stosowanie zmniejsza to paskudztwo. Ta od biustu zachwycała się efektem extra jędrności. Z kolei kumpela od twarzy mówi, że ampułki działają jeszcze lepiej niż krem.

Poleca się te kosmetyki również dla cery wrażliwej. Moim zdaniem to istotne.

Ale najważniejsze pytanie, jakie zadają mi koleżanki w pracy, które jeszcze tych kosmetyków nie stosowały, brzmi: Czy znieczulecznik faktycznie działa jak ziołowy botoks? Tak twierdzą w kraju, z którego owa roślina pochodzi. Czy Acmella jest faktycznie taka cudowna?

Cóż, pożyjemy, zobaczymy :)

Jak mówiłam, w cuda nie wierzę, ale ufam, że można w znacznym stopniu poprawić, nazwijmy to, kondycję, naszej twarzy :) Mi to wystarczy.

 

O tym, jak postanowiłam zadbać o swoje zmarszczki

 

Nie będę ukrywać, mój wygląd jest dla mnie ważny.

Nie oznacza to, że wstaję rano dodatkową godzinę wcześniej, żeby nałożyć na siebie mega tapetę :) Jednakże tusz do rzęs to mój wierny przyjaciel. I błyszczyk. I takie, wiecie, puderko-krem, pięć w jednym. I fryz musi być ok. Nauczyłam się dbać o siebie dla siebie. To ważne. Oczywiście, fajnie jest przeglądać się regularnie w męskich oczach, żeby znaleźć w nich błysk uznania, ale trzeba, moim zdaniem, umieć robić pewne rzeczy dla siebie. No bo jak tych męskich oczu zabraknie, to co wtedy? Zapuszczę się? Zaniedbam? No way! (jak mówią w pewnym kraju).

Ale, oczywiście, tak szczerze, tak uczciwie, to przyznaję, że jak się dba i dla siebie, i dla kogoś, to dba się jeszcze bardziej… Przynajmniej ja tak mam ;)

Tak czy owak, od jakiegoś czasu jestem gorącą czterdziestką i zaczynam mieć świadomość, że czasem trzeba (albo warto) wklepać tu i tam to i owo. Bądź poklepać mocniej, żeby ujędrnić :) Wiem, że kosmetyki cudów nie zdziałają, ale niektóre z nich są skuteczniejsze od innych. 

I tak ostatnio dostałam w prezencie krem, którego głównym składnikiem jest kolagen oraz wyciąg z kwiatu Acmella pochodzącego z Ameryki Południowej. Żaden krem w Polsce go w sobie nie zawiera…

Byli u nas znajomi, którzy zajmują się importem tychże kremów z Egiptu. Siedzieliśmy, jedliśmy, gadaliśmy, no i wspomnieli w którymś momencie o swoich kosmetykach:

- A co takiego ma w sobie ten krem? – spytałam grzecznie, ale niespecjalnie zainteresowana.

- Głownie kolagen.

- Ech – machnęłam ręką – polskie kremy też go mają.

- Ale nie tylko – tajemniczo uśmiechnął się mój znajomy. – Jest tam jeszcze na przykład wyciąg z kwiatu Acmella. Mówi się o nim, że to ziołowy botoks…

- Taaak? – odparłam z większą dozą zaciekawienia.

- Botoks to chemia. A ta roślina to coś naturalnego, a działa prawie tak samo. Moje znajome powiedziały mi, że zawsze jak są w Egipcie, to kupują te kremy hurtem, tak są dobre i skuteczne.

- Jak botoks mówisz… – zamyśliłam się, po czym wyobraziłam sobie nagle siebie bez kurzych łapek. W mordkę, niezła wizja :)

- O tym kwiecie mówi się po polsku Znieczulecznik. Moje znajome są tymi kosmetykami zachwycone.

- Brzmi zachęcająco… – stwierdziłam, nadal mając przed oczami siebie bez kurzych łapek i w ogóle jakąś taką jędrniejszą ;) Nie, no, wchodzę w to…

- Mężu – szepnęłam słodko – kup mi taki kremik…

- Cooooo? – mąż udał niedosłyszącego – że co chcesz?

- Kremik chcę. Botoksik ziołowy chcę… Jędrna być chcę…

- Najpierw damy Ci go w prezencie – znajomy uratował mego męża z opresji. – Jak ci będzie pasował, to wtedy kupisz.

- Oooo, bosko – uznałam.

Po kilku dniach krem ze Znieczulecznikiem faktycznie dostałam.

Na razie jestem z niego naprawdę zadowolona. Kiedy budzę się rano, skóra na mojej twarzy jest nawilżona, odpowiednio natłuszczona i ujędrniona, a to dla mnie najważniejsze. Żeby krem działał całą noc a nie tylko przez kilka godzin :)

A czy rzeczywiście podziała jak ziołowy botoksik? Zobaczymy :)

Już go poleciłam mojej koleżance:

- Słuchaj, dostałam fajny krem…

- Taaak? – odrzekła niespecjalnie zainteresowana.

- Niesamowity – ja na to niezrażona – kapitalnie ujędrnia cerę.

- Serio? – troszkę się zaciekawiła.

- Powiem ci więcej – mój głos przeszedł w tajemniczy, gardłowy szept – ten krem działa jak… (dramatyczna pauza zawsze się przydaje) botoks.

- Ojej – koleżanka się wystraszyła – a jak przestaniesz stosować i ci wszystko sflaczeje?

- Kobieto, tam jest taka roślinka, Znieczulecznik, zwana ziołowym botoksem. Czyli nie chemia, nie ten paskudny botoks, tylko coś naturalnego.

- Ja też taki chcę – postanowiła koleżanka. Grunt to dobra reklama. Może powinnam zmienić zawód? :)

- Przyniosę ci katalog – powiedziałam łaskawie – będziesz zachwycona.

- Napniemy sobie to i owo, co? – koleżanka się rozochociła.

- Napniemy, ujędrnimy… Pewnie. I chyba trochę kasy wydamy…

Zamyśliłyśmy się przez chwilę.

- Raz się żyje – orzekła w końcu koleżanka odważnie.

- Masz rację – zgodziłam się z nią potulnie – niech żyje Acmella!

 

Wredne oblicze poniedziałku i dyskretny urok piątku

 

Za co czuję nienawiść do poniedziałków:

(na początek za to, że nie wiedziałam, jaką formę gramatyczną wstawić w zdaniu: Za co nienawidzę… wiecie co, wiecie, ten poniedziałek, ale w innej formie. I za to go nie cierpię:) Inne zdanie musiałam wymyślić.)

A więc za co je nienawidzę? (o, tu gramatycznie wybrnęłam)

1) Dopiero co się wyspałam i znowu muszę się przestawić na budzenie ciemną, bezlitosną, okrutną nocą.

2) Przede mną jeszcze pięć dni pracy (nie cztery, nie trzy i nie dwa). Aż pięć.

3) Dopiero za pięć dni znajdę dla siebie dłuższą chwilkę na: poczytanie, pooglądanie, pogderanie, czyli słodkie lenistwo.

4) Jeszcze przez pięć dni muszę się pilnować. I wszystkich dookoła. Obowiązki, obowiązki, obowiązki. Wszystko na czas  i w pośpiechu.

5) Czeka mnie kilkadziesiąt godzin pracy! (choć niektórzy myślą, że w pracy 18 a w domu tyle co nic ;) )

6) W poniedziałki wszyscy są jacyś dziwni. Niewyspani, nieszczęśliwi, niezmotywowani, niesforni (rozkręcają się dopiero w środę, ja to rozumiem).

7) W poniedziałki tak straszliwie, potwornie się wstaje. Tak wcześnie. Pisałam już o tym? Takie to okropne, że muszę jeszcze raz.

Za co kocham piątki:

1) Przede mną dwa dni spania do ósmej a nie 5.45. Jest różnica? Jest różnica.

2) Przepracowałam kilkadziesiąt godzin. Wow. Rozpiera mnie duma. I żyję, i funkcjonuję, i dałam radę ;)

3) Nie muszę przygotowywać się do kolejnego dnia w pracy. Mogę nie sprawdzić prac i nie odpowiedzieć na maile, zgodnie z zasadą, co masz zrobić dziś, zrób pojutrze, będziesz mieć dwa dni wolnego :)

4) Mogę dać więcej luzu dzieciom. A co tam, jutro sobota, najwyżej nie umyją zębów i pójdą spać o 23. Pal licho.

5) Przez dwa dni z rzędu się wreszcie wyśpię. O cholercia, już o tym pisałam. Ale to takie cudowne, że może warto o tym wspomnieć dwa razy :)

6) Wreszcie wyskrobię chwilkę na fajną książkę, fajny film. A najlepiej jedno i drugie.

7) Usiądę (i  w sobotę, i w niedzielę) i przez kilkanaście minut nic nie będę robić. I się będę z tego cieszyć dwa dni z rzędu.

Wszystko to, co mam, tylko tobie dam…

 

Ten tytuł to słowa jednej z piosenek. Słucham jej właśnie, szlagier lat ’90 – Ziyo „Magiczne słowa”. Obecnie śpiewa to Rafał Brzozowski, ale to, moim zdaniem, słabiutki cover, słabiusieńki.

Jednak nie o piosence chcę pisać. Naszło mnie, wiecie, tak romantycznie. Słucham, słucham i wspominam. Kogo? Różnych facetów w moim życiu. Czy któremuś tak śpiewałam? Że wszystko jemu dam i takie tam… :) Chodzi przecież o metaforę. Chodzi o stan intensywnego czucia. O miłość i namiętność zarazem. Chęć bycia razem i to bycie właśnie. Pragnienie dawania i brania, na maxa… O piękny związek. I takie tam, i takie tam…

Różni mężczyźni byli w moim życiu – ważni i nieważni, przelotni tacy. O tych „przelatujących” nie będę pisać. Nie zaważyli na moim życiu, no i „przelatującym” nie chce się śpiewać: Wszystko to, co mam, tobie dam… :)

Moja pierwsza poważna miłość. Wow. Zakochałam się na maxa. Zdecydowanie śpiewałam mojemu ukochanemu: Wszystko ci dam… Choć nie dałam, bo związek okazał się krótki, a w tamtych czasach tak szybko nie chodziło się do łóżka ;)

Mój pierwszy narzeczony (hmm… lubiłam się zaręczać i zdarzyło mi to się kilka razy) zdecydowanie mówił mi takie właśnie słowa. On wszystko, co miał, to mi dał. Byłam jego wielką miłością. Na tyle dużą, że po wielu latach odnalazł mnie na pewnym portalu społecznościowym i trochę powspominaliśmy. Był cudownym mężczyzną. Rzuciłam go (głupia), bo za bardzo słuchałam mojej mamy. Żaden facet i żadna moja przyjaciółka nigdy nie znaleźli jej uznania. Potrzebowałam jednak duuuuuużo czasu, żeby to zrozumieć i nauczyć się z tym walczyć. Czy kochałam go tak bardzo jak on mnie? To jest dobre pytanie. Obawiam się, że nie. Gdzieś kiedyś słyszałam, że w każdym związku zawsze jedna osoba goni, a druga ucieka. Nie może być inaczej. Zawsze ktoś kocha bardziej. Nie chcę uogólniać i twierdzić, że tak na pewno jest. Tego nie wiem. Jednak w tym przypadku, mojego cudownego narzeczonego, teza okazałaby się słuszna. To ja uciekałam. A potem złamałam mu potwornie serce. Wiem to. Nie działałam z premedytacją. Nie było tak, że chciałam go skrzywdzić. Nigdy bowiem nie chciałam. Ale skrzywdziłam. Bardzo.

Cóż, mój kolejny poważny związek to chyba była pokuta za to złamane serducho…

Mój kolejny narzeczony to był ten, który trafił na okres, w którym zawalczyłam o siebie i własne zdanie. Mamunia już mnie tak nie tłamsiła. Niestety, cholera, kiedy ja zrobiłam się nagle odważna i miałam w nosie to, co ona mówiła, trafił mi się mężczyzna kompletnie nieodpowiedzialny i niedojrzały. Tyle że, wiecie, ja wcale nie chciałam tego widzieć. Tak bardzo chciałam oderwać się od mojej matki, że w tej mojej obrzydliwej desperacji byłam głucha i ślepa. Mój mężczyzna kochał mnie niewątpliwie. Jakoś tam. Jak to się mówi: na swój sposób. A już na pewno było mu ze mną wygodnie. Ja też go kochałam. Czy aż tak, żeby mu śpiewać: Wszystko tobie dam… ? Nie wiem, staram się nie pamiętać. On na pewno mi tak nie śpiewał. Wydaje mi się, że aż tak do utraty tchu go nie kochałam. Przede wszystkim dawał mi wolność od mojej matki i to mi wiele przysłoniło. Byłam ślepa, ale nie w swojej miłości czy namiętności, tylko pragnieniu bycia samodzielną i samodecydującą. I on mi to dawał.

Dał mi więcej – mojego pierwszego syna. Jednak dorosłe, rodzinne życie go przerosło, a ja-matka nagle przejrzałam na oczy i zrozumiałam, że bycie z nim to w gruncie rzeczy niańczenie kolejnego dziecka. A nawet utrzymywanie go…

I zostałam sama z dzieckiem.

Kolejny mężczyzna w moim życiu nie pojawił się szybko. Ale kiedy w końcu już zaczął być, chciałam mu śpiewać: Wszystko tobie dam… A przynajmniej takie miałam wrażenie :) On też mi tak śpiewał. I żyliśmy długo i szczęśliwie? Nie. Tak to bywa w komediach romantycznych. Życie zasadniczo zaskakuje bardziej niż romansidełka :) Mężczyzna, który wzbudził we mnie bardzo intensywne uczucia, był… żonaty. Tak, tak, byłam tą „trzecią”. Tą złą kobietą. Ja samotna, on w dołku – banał. Nie wiem, czy to była „aż” miłość. To są zbyt ważne i zbyt trudne słowa, wolę na nie uważać. A może jestem po prostu zbyt zachowawcza? Tak czy owak, było to do utraty tchu. Aż ciężko to wspominać, tak było… fajnie ;) To jest taka intensywność uczuć, o której chce się śnić, której się pragnie…

Niestety, ja nie mam tupetu. Nigdy nie miałam. On też go nie miał. Nie umiałam, nie chciałam wydzierać faceta innej kobiecie. To było jakieś takie… poniżej mojego poziomu. Inna na moim miejscu zagrałaby bardziej brawurowo i pewnie by go zdobyła forever. A ja nie umiałam. Ale chciałam. Wierzcie mi, był cudownym partnerem i uwielbiał moje dziecko. Byłby fantastycznym ojcem.

I wtedy pojawił się inny mężczyzna. Zagrał brawurowo i wybrałam jego. Choć moje serce jeszcze należało do tamtego. Nowy zawalczył tak, że trudno było się oprzeć. Nie musiał się rozwodzić, rozstawać, nie rozbijałam niczego, łatwo było budować… Nie było w tym, z mojej strony, żadnej utraty tchu, za to spokój i bezpieczeństwo. Uznałam, że widać tak musi być. Z czasem zapomniałam o tamtym (kłamię – nauczyłam się po prostu żyć bez niego), a przywiązałam się do nowego partnera i go pokochałam. Tak na spokojnie, chyba z niewielkim dystansem, bez uniesień. Mój nowy partner przez długi czas śpiewał mi: Wszystko tobie dam… Śpiewał na tyle skutecznie, że… został moim mężem i urodziłam mu dziecko.

Jest moim mężem nadal, a czy nadal mi śpiewa? O, to już inna historia ;)

Jestem wredną babą. Niełatwo mi śpiewać ;)

 

https://www.youtube.com/watch?v=wD2E7bjn1sw

O ty, jak klauzula sumienia cofnęła nas do średniowiecza

 

Od jakiegoś czasu mam nieodparte wrażenie, że cofamy się. My – polskie społeczeństwo. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że kraj, państwo, społeczeństwo, choć powinno być dla wszystkich, jest dla katolików…

Klauzula sumienia nie przestaje mnie szokować. Profesor Chazan (szczęśliwie odwołany) nie przestaje mnie szokować. Ci, którzy go popierają, tłumaczą, również. I nie wiem już, litować się nad nimi? nienawidzić? współczuć głupoty? Nie. Tu nie ma co współczuć, bo zachwyt nad klauzulą sumienia czy jej podpisywanie rokuje fatalnie. Cofa nas do „średniowiecza”. Zwłaszcza nas -kobiety. Jestem przerażona tym, że lekarz może nam odmówić tego, do czego mamy prawo, bo… sumienie mu nie pozwala.

Ludzie, mamy XXI wiek. Powinniśmy iść naprzód. Także jeśli chodzi o prawa człowieka i poziom rozumienia sytuacji, w jakich może się znaleźć. Tymczasem pojawiają się prawa, które autentycznie nas uwsteczniają. Nas – całe społeczeństwo. Wstyd.

No i co do sumienia, w takim razie ja – nauczyciel przestanę omawiać pewne lektury czy teksty, bo np ich autorzy palili opium albo byli nałogowymi alkoholikami, albo diabli wie, co robili, a ja potępiam używki. Skoro ich postępowanie kłóci z moim sumieniem, to odrzucam ich dzieła! Nieważne jak wielkie. Nieważne jak wartościowe. Sumienie mi nie będzie pozwalało ich czytać ani omawiać z uczniami!

Ludzie, czy my gdzieś po drodze nie zgubiliśmy PROFESJONALIZMU??? Wiara wiarą, światopogląd światopoglądem, ale w pracy mamy być FACHOWCAMI i stawiać na solidność a nie przekonania. 

To co, mam przestać uczyć wyznawców Jehowy, bo to, moim zdaniem, sekta i jej nie znoszę? Bo jej nie uznaję? Bo jej wyznawcy są wg mnie jacyś „szemrani” i moja wiara oraz wewnętrzne przekonania kłócą się z ich dziwnymi założeniami? Mam odmówić pomocy uczniowi „Jehowcowi”? NIE ZROBIĘ TEGO. I dla mnie to oczywiste. W pracy jestem fachowcem. Absolutnie.

Fałsz i obłuda klauzuli sumienia mnie zdumiewa (kiedy mam lepszy dzień; kiedy mam gorszy, krew mnie zalewa na myśl o niej). Lekarz może powiedzieć: nie przerwę pani ciąży – ale ma obowiązek wskazać takiego, który tę ciążę przerwie. Tymczasem jedna z obrończyń profesora Chazana tłumaczyła go (w TV), twierdząc, że profesorek NIE MÓGŁ  wskazać nikogo, kto by dokonał aborcji, bo stały się wtedy odpowiedzialny za zabicie nienarodzonego dziecka. Hej, to o co tu chodzi?

Poza tym, w jakiejś małej wsi, jak jeden lekarz odmówi aborcji, to dla jakiejś bidnej kobitki może być problem z dotarciem do właściwego lekarza, bo we wsi może nie być innego. Tylko, jasny gwint, ten jeden z klauzulą. I co wtedy? Dlaczego skazuje się kobiety na coś takiego? 

Nie miałam nigdy aborcji. Ale jestem za tym, że kobieta powinna mieć prawo do jej przeprowadzenia. Do pewnego momentu, żeby była jasność, i w określonych przypadkach. Miałam kiedyś znajomą. Miała trójkę uroczych acz absorbujących synów. Kiedy zaszła w czwartą ciążę (nieplanowaną), postanowiła ją przerwać. I zrobiła to. Nie u nas w kraju. Pojechała gdzieś, gdzie mogła to zrobić legalnie. Powiedziała mi uczciwie:

- Mój mąż ciągle pracuje, rodzice daleko, teściowie daleko. Nie mam siły wychowywać kolejnego dziecka. Ze wszystkim muszę sobie radzić sama. Nie chcę przez to przechodzić po raz czwarty. A mąż będzie pracował jeszcze więcej, bo kolejne dziecko to kolejne wydatki. Kocham moje dzieci nad życie, ale kolejnego zwyczajnie już nie chcę!

Rozumiałam ją wtedy, rozumiem i dziś. I nie mówcie mi, że mogła się lepiej zabezpieczać i takie tam, bo w życiu bywa różnie. Nie każda forma antykoncepcji jest dla każdego. I nie należy zbyt szybko osądzać czy oceniać drugiego człowieka.

Tak czy owak, moja znajoma DOKONAŁA ABORCJI. Straszne?

Nie. Nie straszne. Ja na jej miejscu zrobiłabym to samo. Tak, tak, mam odwagę to powiedzieć w naszym polskim ciemnogrodzie. ZROBIŁABYM TO SAMO.

Są bowiem sytuacje, kiedy kobieta POWINNA MIEĆ PRAWO podjąć taką decyzję. Nie tylko, kiedy ktoś ją zgwałcił albo płód jest nieodwracalnie uszkodzony. Jeśli ciąża zagraża JEJ ŻYCIU – MA MIEĆ PRAWO USUNĄĆ CIĄŻĘ. A jej życie to także ŻYCIE PSYCHICZNE, moi drodzy. Ten aspekt życia kobiety jest równie ważny, jak ŻYCIE, nazwijmy to, fizyczne (w odróżnieniu od psychicznego).

Ale teraz szanowna klauzula sumienia jeszcze bardziej ograniczy prawo kobiety do dokonania aborcji. I nie tylko. Bo przecież ten „wierzący głęboko” lekarz może jej nie przepisać hormonalnych środków antykoncepcji, bo to się będzie kłóciło z jego „wierzącym” światopoglądem. I co  wtedy? Nic, najwyżej trzeba będzie urodzić kolejne dziecko, co tam, luzik. Może będzie biednie, może fatalnie, może skończy się głęboką depresją albo diabli wiedzą czym. Nieważne. Ważne, że MATKA POLKA urodzi. Spełni swój obowiązek. Do tego jest przecież stworzona. Do rodzenia – bez względu na to, czy tego chce, czy nie…

Wybaczcie mój podwyższony stan emocji… To kontrowersyjny temat i niezwykle mnie porusza. JESTEM KOBIETĄ – chcę mieć prawo do stanowienia o sobie. Mam do tego prawo. Nie jestem tylko dodatkiem do brzucha. Moje życie i ja SĄ WAŻNE.

Powrót Jabby

 

O, tak. Jabba powrócił. I jest groźniejszy niż kiedykolwiek :)

Wytrzymałam trzy tygodnie, pałaszując zdrowe sałatki, maksymalnie ograniczając słodkości i spacerując więcej niż zwykle… I co? Zrobiło się ciepło. Trafiły się jakieś imieninki, urodzinki, posiadóweczki… I co? Chłodziłam się lodami (trzeba się w końcu jakoś ratować w tym upale ;) i dojadałam torciki (no, żal, żeby się zmarnowały ;) Moją silną wolę trafił szlag.

Jabba powrócił. Usadowił się tam, gdzie zwykle, czyli w talii, i ani myśli stamtąd odejść. I śmieje mi się w twarz, kiedy wcinam pyszny camembert z żurawiną (a potem biorę dokładkę ;)

Nie mierzę tamtych spodni, w które tak chciałam się zmieścić. A co się będę denerwować. Żal zdrowia.

Jasne, powinnam włączyć Chodakowską i ćwiczyć mięśnie brzucha. Powinnam. Ale, szczerze, to nie chce mi się. Nie będę oszukiwać. Kiedyś zasuwałam i robiłam kilkaset brzuszków dziennie. Obecnie czuję wstręt na myśl o tego typu wysiłku :) No, co Wam będę ściemniać. Takie są fakty. Ruszam się dużo, serio, koszę trawę w ogródku, pielę, podlewam i, przede wszystkim, niezwykle dużo chodzę (jak już kiedyś pisałam, nie mam prawa jazdy – bezruch mi, w związku z tym, nie grozi). I co z tego, skoro Jabba powrócił, fałdki cholerne, w mordę, no…

Za to, o kurczaczki, jaki mam fajny biust… W baaardzo przyzwoitym rozmiarze. Kupiłam sobie ostatnio dwie nowe bardotki (większe niż zwykle, czujecie?) i, to może głupio zabrzmi, ale częściej niż kiedyś patrzę na nie w lustrze. To znaczy, nie na nie, tylko na ich zawartość ;) Jest fajowa :)

Trzymałam kiedyś rozmiar 36, ważyłam 49 kg. Nie dlatego, że koniecznie tak chciałam, po prostu tak miałam, naprawdę. Taką przemianę materii, tak reagowałam na stres. I wiecznie jęczałam, że mam za szczupłe nogi i w ogóle nie mogę na nie patrzeć. Biust niezły, nie powiem.

Wszyscy wokół chcieli schudnąć – ja przytyć :) Nie udawało się to, niestety. Latami byłam niezwykle szczupła i tyle.

I proszę, przekroczyłam magiczną 40-tkę i jestem apetyczna, sexi-flexi i w ogóle ;)

Wystarczyło „wskoczyć” w rozmiar ok. 38 (ok, ok, spodnie 38/40, nie, no, tak naprawdę to 40) i już. Nogi fajowe, biust rewelacja ;)

Tylko ten cholerny Jabba…

No, ale w życiu często (a może zawsze?) jest coś za coś :)

Może wymyślę przyjemniejszy sposób na pozbycie się go (jakieś lekcje tańca na przykład…). Może tak a może nie. Któż to wie? Martwić się nie zamierzam :)

P.S. Ale parę zdrowych nawyków wprowadziłam w swoje życie. Takich jedzeniowych, warzywnych, owocowych. Zawsze to coś :)