Archiwa kategorii: o życiu całkiem życiowo

Otchłań

Pierwsze wspomnienie? Upalne lato. Zapach sianokosów. Ryk wypasanych krów. Nawoływania z pola. Źdźbła trawy łaskoczące mnie w twarz… I pytanie:

- No, panie Kawiński, gdzie pana zięć?

Stalowe oczy żołnierza przysłaniające blask słońca.

- Nie wiem – wyprostowany na baczność dziadek patrzy w oczy esesmana. – Dawno go tu nie było. Wyszedł któregoś dnia i nie wrócił.

- Taak? – Niemiec pochyla się w stronę mojego brata. – No, mały, a gdzie twój tata?

Alfred patrzy na niego ze strachem. Płowa grzywka opadła mu na czoło. Odgarnia ją z oczu.

- Nie wiem, proszę pana. Nie ma go w domu.

Teraz kolba pistoletu dotyka wydętego brzucha mojej matki.

- Pani Drawska, skąd ten brzuch? Mąż zrobił? To co? Jest czy go nie ma? Z obowiązków, widzę, się wywiązuje…

Kolba pistoletu stuka brzuch. Mocniej i mocniej.

Matka zaczyna płakać.

- Nie ma go od wielu miesięcy… nie wiem, gdzie on – tłumaczy przez łzy.

Esesman wzdycha zirytowany.

- Sąsiedzi go tu widzieli, pani Drawska. Proszę nie kłamać! Gdzie jest?!

Mężczyzna łapie matkę za podbródek i silnie ją ściska.

- Naprawdę nie wiemy – wtrąca dziadek – sąsiady zazdrosne. U nas i krowa, i świnie, a u nich bieda, to donoszą. Zawistne są.

Dziwny grymas wykrzywia gładko ogoloną twarz esesmana. Moment. I kolbą pistoletu mocno uderza w ciążowy brzuch mojej matki. Ta upada, głośno krzycząc. Alfred krzyczy razem z nią. Przypada do niej gwałtownie. Słychać strzał. Mój brat przewraca się na matkę. Z jego czoła leje się krew. A może z oczu? Nie wiem. Nie widzę dokładnie. Matka przestaje krzyczeć. Obejmuje nieruchome ciało mojego brata i kołysze je w ramionach.

- No, Drawska, mało ci?! – Niemiec pochyla się nad nią – Gdzie jest Marian Drawski?

- Nie wiemy! – dziadek z obłędem w oczach patrzy na całą scenę. – Nie wiemy! Nie wiemy! Nie wiemy!

Kolba pistoletu uderza dziadka w oko. Raz i drugi. Jakaś krwawa miazga wypływa z jego oczodołu. Starszy pan osuwa się na ziemię. Esesman znowu zwraca się w stronę mojej matki.

- Marian Drawski – wypowiada wolno imię i nazwisko mego ojca. – Gdzie jest?

- Ja nie wiem – szepcze mama.

Mężczyzna wyrywa z jej ramion martwego Alfreda.

- Ty szmato! – bije ją po brzuchu. Po twarzy. Wszędzie. Matka upada.

Niemiec prostuje się. Patrzy z pogardą na trzy leżące ciała. Spluwa. Kilka razy oddycha głęboko. Poprawia mundur.

- Jedziemy! – daje znak towarzyszącym mu żołnierzom.

Nieporuszona trwam na swoim miejscu. Słoma kłuje mnie po twarzy, ale nie ruszam się. Nie potrafię. A przecież muszę. Oni odjechali. Siedziałam grzecznie, jak kazała mama. – Nie wolno ci wyjść, rozumiesz? – długo patrzyła mi w oczy – nie wychodź. Oni w końcu odjadą. Odjadą. Wtedy możesz się ruszyć. Rozumiesz? – kiwałam głową przerażona. – Pamiętaj, bo rózga pójdzie w ruch. I wykonała gest, którego nie znosiłam. Kojarzył się z razami, jakie czasami od niej otrzymywałam…

A więc siedzę…

 Mijają sekundy. Minuty. Godziny…

Czołgam się powoli. Oni odjechali, ale może wrócą? Może lepiej, żeby mnie nikt nie widział? Podczołguję się do trzech nieruchomych kształtów. Coś lepkiego dotyka moich palców. Przyglądam się. To krew. Krew dziadka. Krew mamy. Krew Alfreda. Patrzę na nich. Nie mogę oderwać wzroku.

Mamo? Dziadku? Alfi? Cisza. Matka ma zamknięte oczy. Błogi wyraz twarzy. Chyba śpi. Przywieram do niej, nie zważając na kałużę krwi. Przywieram z całych sił. Przecież przy niej zawsze byłam bezpieczna…

Lekcja miłosnej poetyki

Zakochałam się w tej piosence dawno, dawno… Dokładnie 11 lat temu. Pamiętam dokładnie. Byłam w przededniu bardzo intensywnego okresu w swoim życiu… Ale to poetycko ujęłam :) Prawda jest taka, że przydarzyło mi się wkrótce potem to, co bohaterowi tego tekstu…

Wtedy niespecjalnie zwróciłam uwagę na tekst tej piosenki.  Ujęła mnie melodia, rytm, echo, moc… Parę dni temu odnalazłam ją i wsłuchałam się w nią dokładniej. No, proszę, okazała się swoistym preludium…

Otóż, dwoje ludzi przeżywa przygodę. Spotykają się nie wiadomo gdzie (nie jest to bowiem ważne) i przeżywają gorące zauroczenie. W tle morze, piach, słońce… Słowem – klasyka. On pragnie letnich uniesień, niczego poważnego: Miałem być szybszą z lin… – mówi. – Nim piach wypłuczę z fal… Chce jej dużo dać, ale potem odejść: Nim wezmę to, co dam – mówi. Czy ona o tym wie? Czy godzi się na taki niezobowiązujący układ? Nie wiadomo. On jest namiętny. W tym krótkim, jaki planuje, czasie, pragnie zaoferować jej naprawdę wiele: Następny dzień, napływ sił – jak opowiada. Ma świadomość, że krótki, wakacyjny romans może nie być tym, czego chce ona. Zdaje sobie sprawę z tego, że zawrócił jej w głowie, zaczarował, zauroczył, ale nie wiąże z nią przyszłości. Nie jest to więc układ uczciwy: Miałem być najlżejszą z win… – mówi, jakby się usprawiedliwiając. 

I nagle, jak to bywa w życiu, on traci kontrolę nad sytuacją: Spod nóg wypada rytm… – mówi. Chciał przygody, chciał chwili. Chciał dać jedynie uniesienia, namiętność, a podarował znacznie więcej… Słodki happy end – mówi.

Serce nie sługa, jak mówi przysłowie :)

Miałem być… miałem być – opowiada on. No, miał, tak planował, ale los przygotował dla niego niespodziankę. I dobrze. Szczęśliwe zakończenia są fajowe :)

A jaki z tego morał? Z uczuciami igrać nie wolno. To materia nieprzewidywalna. Gdyby było inaczej, pewnie nasze życie byłoby łatwiejsze, bezpieczniejsze, ale, być może, nudniejsze?

Ciekawe, skąd tytuł piosenki WYRZUCENIE?

(oczywiście jako rasowy filolog polski mam swoje teorie ;) )

Miłego słuchania :) Niestety, nie jest to zbyt dobra wersja tej piosenki. Lepszej na you tube nie znalazłam. Naprawdę piękną ściągnęłam z Muzodajni. Dopiero tam słychać, jaka jest fantastyczna.

 

Marcin Rozynek i Atmosphere

Wyrzucenie

A miałem być cieńszą z lin 
Następnym dniem, napływem sił
Nim piach wypłuczę z fal
Nim wezmę to, co dam

Słodki happy-end trochę mgieł i rad
Ping-pond bez wody, chmur szmat
Zły ruch, zmieniany wciąż kurs
Wiatr i fale, nasz Volkswagen-bus
Lepszy świat, perły i muł
Każdy oddech, cień skrzywiony z kół
Niemoc, piana i wszystko, co wiesz
Czego nie ma nawet i wiara też

A miałem być szybszą z lin
Bez śladów stóp, najlżejszą z win
Spod nóg wypada rytm
Zasypia ziemię z wydm

Słodki happy-end trochę mgieł i rad
Ping-pond bez wody, chmur szmat
Zły ruch, zmieniany wciąż kurs
Wiatr i fale, nasz Volkswagen-bus
Lepszy świat perły i muł
Każdy oddech cień, skrzywione z kół
Niemoc piana i wszystko, co wiesz
Czego nie ma nawet i wiara też

Spowiedź lękowca

 

Kiedy lękowiec ma swój atak po raz pierwszy, nie ma pojęcia, co mu jest.

Śpi sobie słodko, kiedy nagle budzi go coś, czego nie potrafi nazwać. Nieprzyjemne uczucie – obawa, strach… Przed czym? Nie wiadomo. Lękowiec leży w łóżku i czuje, że jego serce zaczyna bić coraz szybciej. Tik-tak, tik-tak. Szybciej, szybciej. Mocniej, mocniej. 80 na minutę, 90 na minutę, 100 na minutę… Lękowiec wstaje, idzie do łazienki. Chce stworzyć pozory, że nic się nie dzieje. Przemyje twarz zimną wodą i będzie po wszystkim. Ale nie. W łazience kręci mu się w głowie, w brzuchu coś się przewala… ogarnia go dziwna słabość. Czyżby miał zemdleć? Wraca więc do łóżka. Może przejdzie, jak się położy? 90 na minutę, 100 na minutę, 110 na minutę, 120 na minutę… To straszne bicie serca obudzi wszystkich wokół. Lękowiec leży bez sił. Zapada się w jakąś otchłań. Nie może się ruszyć. Niby wszystko widzi, ale obraz jakiś taki dziwny, zamazany, taki obcy. Końcówki palców u rąk i nóg zaczynają mu drętwieć. Nawet czubek głowy zaczyna drętwieć, choć to akurat wydaje się niemożliwe. Lękowiec stwierdza, że pewnie umiera, ale nie jest w stanie nic zrobić, żeby się temu przeciwstawić. Nie kontroluje już swojego ciała. Oni jest jakby poza nim a jednocześnie jego cząstką. Co za cholerne uczucie. Oddycha ciężko. Wokół niego czai się czarna dziura, która go wchłania. Jak bagno. Słyszy walenie swojego serca. Nie chce umierać…

Ostatkiem sił budzi męża… Co się dzieje? Lękowiec nie może mówić. Leży odrętwiały. Chce poruszyć głową, ale jej czubek jest tak odrętwiały… Co się dzieje? Co ci się stało? Mąż sprawdza puls lękowca. 120 na minutę, 130 na minutę, 140 na minutę… Strach w oczach. Nie jest źle. Daj spokój. Zaraz wszystko przejdzie. Trzyma lękowca za rękę. Powiedz coś. Lękowiec ma takie wielkie oczy. Obok niego siedzi strach, a lęk gniecie mu klatkę piersiową. Jak ma się odezwać? Jaki kolor mają maliny? Jaki mają kolor?

Czerwony – szepcze lękowiec.

Wszystko będzie dobrze. Mąż głaszcze lękowca po dłoni. Nie czuje tego, bo palce ma cały czas zdrętwiałe. Oddychaj głęboko. Pomyśl o malinach. Czy są na pewno czerwone?

Tak – szepcze lękowiec. 

Wargi ma spierzchnięte. Dziwną suchość w ustach. Chce powiedzieć coś więcej, ale ciało go jeszcze nie słucha. Chce powiedzieć, że umiera, choć wcale tego nie chce, ale nie może. To za dużo słów… Oddychaj głęboko… W końcu czarna dziura odpuszcza. 100 na minutę, 90 na minutę, 80 na minutę… Palce przestają mrowić, można poruszać głową. Lękowiec cały czas głęboko oddycha.

Widzisz? Już po wszystkim. Już jest dobrze.

Śpij spokojnie.

O konkursach i ujarzmianiu słów

 

Zastanawiałam się, który tekst podrzucić do konkursu TEKST ROKU. Najczęściej odwiedzany? Najzabawniejszy (moim zdaniem)? Najlepiej napisany? Najpoważniejszy? Najbardziej obrazoburczy lub skandaliczny? Albo jeszcze jakiś inny?

Pomyślałam, że skoro to konkurs, to trzeba dać to, co jest najlepiej napisane, czyli coś ciekawego, ale przede wszystkim językowo dobrej jakości. 

Przeglądałam właśnie teksty zgłoszone na konkurs i okazało się, że kompletnie nie wyczułam specyfiki tej rywalizacji. Ważny jest bowiem temat, zagadnienie, problematyka. Nie mówię, że język się nie liczy, ale decydować będą inne… walory. Tekst może być zgrabnie zredagowany, ale istotne będzie, jak sądzę, to, o czym został napisany. Tak wnioskuję po analizie popularności poszczególnych tekstów. 

Pal licho, gdyż nie liczyłam na zwycięstwo w żadnej kategorii. Wystartowałam, bo to świetna okazja do nawiązania ciekawych znajomości, a na to liczę najbardziej (już kilka nawiązałam :) )Myślę, że mój blog jest zbyt niezdecydowany, by móc pretendować do zwycięstwa. Prześlizguję się w nim po tak różnych zakamarkach świata. Nie potrafię przystanąć przy którymś fragmencie rzeczywistości i głęboko się jej przyjrzeć. Na tyle głęboko i wnikliwie, by poświęcić mu cały blog. Ale nic to, jak mawiał Mały Rycerz :) To, co mnie otacza, jest na tyle fascynujące, frapujące, że będę prześlizgiwać się dalej, nie decydując, czy wolę life style, parenting, kulturę, czy życie. Zrobię to na tyle dokładnie, na ile zdołam :)

Chciałabym mieć więcej czasu, by więcej pisać. Serio. To takie przyjemne. Jednak niemożliwe. przy intensywnej pracy zawodowe, dzieciach, domu i jeszcze chęci, by poczytać ;) nie jestem w stanie znaleźć więcej czasu. Niestety. Poza tym, tworzenie tekstu to najczęściej impuls. Coś pojawia się w głowie i wtedy trzeba to szybko opisać. Wypracować się nie da. A przynajmniej ja tak nie umiem. To, co najlepiej mi wychodzi, zostało stworzone chwilą. Wtedy po prostu słowa same wpadają do głowy i proszą o utrwalenie ich na wirtualnym papierze… Sporo siedzi już w mojej głowie, ale na spisanie ich historii potrzebuje więcej czasu aniżeli chwilowo go mam. Poza tym, jak w życiu jest dużo zawirowań, to i bałagan w słowach się pojawia i trudno je ujarzmić.

Tak więc, podsumowując, ciekawa jestem, który tekst wygra, który blog – czy moje przypuszczenia się sprawdzą :) Ale że intuicja w kwestii wyboru tekstu tak mnie zawiodła… starość czy co… ???

:)

Efekt motyla

 

Pewna kobieta, nazwijmy ją Karolina, kupiła kiedyś mieszkanie na kredyt. Zamieszkała w nim ze swoją córką. Bardzo dobrze im się tam mieszkało. Po kilku latach Karolina spotkała mężczyznę, z którym się związała na stałe. Zamieszkali razem w jej mieszkaniu… Zaczęli planować ślub. Sielanka.

Jednak jakiś czas później w związku ze stale awanturującym się i napalonym na Karolinę sąsiadem, budową ruchliwej ulicy pod oknem oraz nową pracą naszej bohaterki, zakochani postanowili zmienić miejsce zamieszkania. I tu kobieta popełniła pierwszy błąd. Wplątała się w zawiły układ z własnymi rodzicami: sprzedała swoje mieszkanie; rodzicom, na ich prośbę, kupiła mniejsze, a sama wraz z córką i przyszłym mężem wprowadziła się do większego po rodzicach. Za zamianę dopłaciła im tak, żeby nie byli stratni. Z nowego lokum miała bliżej do nowej pracy. Niedaleko mieszkała jej siostra. Wydawało się, że to udana transakcja. Tym bardziej, że przez tych kilka lat ceny mieszkań poszły nieźle w górę i Karola zyskała na sprzedaży swojego pierwszego mieszkanka. Na kolejne lokum, to malutkie dla rodziców, wzięła więc bardzo mały kredyt, łatwy w spłacie. 

Niestety, po kilku latach rodzicom znudziło się mniejsze mieszkanie i zapragnęli z powrotem większego. Karolina nie była w stanie się z nimi dogadać. W tym czasie miała już kolejne dziecko, na które zdecydowali się z mężem niedługo po ślubie. Nie za bardzo mieli ochotę zamieszkać we czwórkę w kawalerce. Cóż należało robić? Można było sprzedać to jednopokojowe i wziąć kredyt na większe mieszkanie. Nie okazało się to jednak takie proste. Mąż Karoliny pracował w firmie, która zawierała umowy na kwotę dla nich dogodną, a resztę dopłacała tak, żeby ponosić jak najmniejsze koszty. W związku z tym para póki co nie miała szans na kredyt, zwłaszcza że sytuacja na rynku mieszkaniowym się diametralnie zmieniła i już nie tak chętnie przyznawano kredyty, jak w czasach, kiedy bohaterka kupowała swoje pierwsze mieszkanie.

Zdecydowali więc, że będą przez jakiś czas wynajmować, aż wymyślą sposób, żeby zarobić więcej i być zdolnym kredytowo. I tu Karolina popełniła kolejny błąd. Przystała na propozycję męża, żeby wynająć dom a nie mieszkanie. Mężczyzna zawsze marzył o domu, poza tym, chyba chciał zaimponować żonie, że będzie go na niego stać. Jakoś tak nagle okazało się, że mieszkań nie lubi. Tylko po jaką cholerę dom, skoro trzeba oszczędzać na opłaty związane z kredytem?

No, ale wynajęli śliczny domek. Mieszkało się w nim super. Kawalerkę Karolina wynajęła, więc równoważyło to jakąś część opłat.

Cóż, ciężko odkładać pieniądze, wynajmując dom. Dlaczego Karola się nie zbuntowała, skoro widziała, że nie stać ich na oszczędności konieczne do zakupu stałego lokum? Nie wiem. Można to tłumaczyć jej chorobą na przykład – przez dłuższy czas brała psychotropy na silne stany lękowe (powróciły koszmary z dalekiej przeszłości…) Była więc zajęta tym, żeby nie zwariować, i niczym innym. Można to tłumaczyć tym, że mąż był w tym czasie jedyną osoba pracującą, bo ona siedziała na urlopie wychowawczym. Mężczyzna nie chciał żyć w mieszkaniu – pragnął domu. A skoro zarabiał i samodzielnie utrzymywał rodzinę, decydował o wszystkim. Co ciekawe, nie zaglądał do kont, nie zajmował się płaceniem rachunków. Przelewał to, co zarobił, na wspólne konto, a Karolina zajmowała się resztą. Jak zrobiło się ciężko, uruchomiła debet na koncie. Mąż nie orientował się, co i ile kosztuje. Żona nie narzekała na brak pieniędzy, czyli wszystko było ok. Dlaczego nie narzekała? Dlaczego na to przystała? Dlaczego się godziła? Ja nie wiem, jak słowo daję. 

Po jakimś czasie zarobki mężczyzny wzrosły na tyle, że mogli zacząć przymierzać się do wzięcia kredytu na… oczywiście dom. Choć Karola namawiała męża na mieszkanie, tłumaczyła, że dom to ogromna inwestycja i nie stać ich na nią, on był nieubłagany. Twierdził, że bez problemu utrzyma rodzinę i kredyt nawet, jeśli Karolina nie wróci do pracy. Cholerne mrzonki. Kobieta dobrze o tym wiedziała, ale nie miała żadnej siły przebicia. Poza tym, dała się uwieść słowom swojego ukochanego, który tłumaczył jej, że dom jest tym, czego zawsze pragnął. I jak tu zniszczyć marzenia osobie, którą się kocha ponad wszystko?

A przecież w jej małżeństwie już nie było tak dobrze jak przez pierwsze lata. Nie spełniała oczekiwań swojego męża. W jakimś stopniu zasłużenie, bo daleko jej było do ideału. Zdarzały się sytuacje kiedyś dla niej nie do pomyślenia: mąż wynosił się z sypialni, ona błagała go, żeby jej nie porzucał… Fuj. Poniżające. Dlaczego nie dało jej to do myślenia?

I wtedy popełniła następny błąd. Kardynalny. Postanowiła sprzedać swoją kawalerkę, żeby spłacić kredyt na samochód, debet na ich koncie oraz mieć gotówkę na dodatkowe opłaty związane z kredytem i remontem kupowanego domu. Pozbyła się w ten sposób swojego jedynego zabezpieczenia. Dlaczego to zrobiła, wiedząc i widząc, że jej małżeństwo coraz bardziej odbiega od doskonałości? Że pojawiają się na nim rysy, być może nie do naprawienia. Nie wiem. Pewnie wierzyła, że „na swoim” wszystko się ułoży. Pewnie cały czas kochała swojego męża, bla, bla, bla…

W końcu kupili dom, o którym marzył mąż Karoliny. Zaczęli mały remont, urządzanie, sprzątanie. I wtedy pojawił się w ich związku potworny kryzys. Pal licho powody. Fakty były takie, że mąż Karoliny postanowił ją zostawić. Przeżyła szok.

I wtedy podjęła wreszcie jakąś dobrą decyzję. Znalazła pracę. Planowała ją znaleźć, kiedy ich dziecko skończy trzy lata i pójdzie do przedszkola, no ale sytuacja, kiedy miała nagle zostać sama z dwojgiem dzieci, przyspieszyła jej działania. I dobrze.

Mąż w końcu jej nie zostawił. Pogodzili się i początek życia w ich nowym domu był nawet w porządku, całkiem szczęśliwy.

Niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy…

Mąż Karoliny zmienił pracę. Praktycznie przestał bywać w domu. Inwestował, co miał i mógł, żeby rozkręcić jakieś tam interesy, więc na kontach pojawiły się debety. Karolina z czasem zaczęła zarabiać więcej i więcej, ale to i tak było za mało, żeby wszystko pospłacać.Może była za mało oszczędna?

Ich małżeństwo w końcu runęło, co było chyba do przewidzenia. Jak się tworzy trudny związek i przy tym nie spędza ze sobą czasu, jest kwestią czasu, że ludzie się rozminą i w końcu rozstaną.

Przed Karoliną pojawiła się trudna decyzja: co zrobić? Zostać w domu, na którego spłatę i utrzymanie jej nie stać? Czy wyprowadzić się z dziećmi i coś wynająć? Domu nie znosiła. Kojarzył się jej tylko ze sprzątaniem 150 metrów, samotnością i ciągle niedokończonym remontem. Mogła zamieszkać w nim ze swoimi rodzicami. Oddałaby im górę. Podzieliby się opłatami. Jednak perspektywa życia z despotyczną, nieprzewidywalną matką i wiecznie marudzącym pod pantoflem małżonki ojcem byłaby powtórzeniem traumy z przeszłości… Może jednak należało się poświęcić? Utrzymałaby dom w swoich rękach, miałaby dla siebie i dzieci coś swojego, coś własnego. Wynajmując mieszkanie, tułałaby się ciągle. Już nigdy nie miałaby własnego kąta, bo na kredyt nie było jej stać. 

Widzicie, jak kilka decyzji może zmienić czyjeś życie? Jak może je zniszczyć? Jedna decyzja pociąga za sobą kolejne. I następne. Gdyby Karolina nie zamieniła się na mieszkania… Gdyby nie sprzedała swojej kawalerki… Gdyby rozwiodła się wcześniej… Gdyby, gdyby, gdyby…

 

Raz na wozie, raz pod wozem

 

Ostatnio jestem ciągle pod wozem :(

Jasny gwint. Nienawidzę tego stanu. Mam wtedy nieodparte wrażenie, że straciłam kontrolę nad własnym życiem. W pracy zaczęłam zawieruszać różne rzeczy, np testy moich uczniów. Oj, niedobrze. To znak, że za dużo mam na głowie. Niekoniecznie spraw związanych z pracą. Także innych. Życie osobiste się zawaliło. Trzeba się przestawić na nowe a to niełatwe. Wchodząc do szkoły, trzeba zamknąć za sobą kłopoty prywatne, szeroko się uśmiechnąć i wykonać 130% normy. Być miłym. Być radosnym. Empatycznym i współczującym. Wyrozumiałym i cierpliwym. O niczym nie zapomnieć. Niczego nie zgubić. A w środku wszystko krzyczy. Bo czy tak naprawdę można zamknąć za sobą drzwi i jednocześnie porzucić wszystkie problemy? Zapomnieć o nich? Kiedyś myślałam, że tak. Że to możliwe. Miałam w życiu pewien traumatyczny okres, kiedy wyjście do pracy (czyli ucieczka z domu) okazywało się wyzwoleniem. Wolnością. Dzięki pracy nie zwariowałam. Jakoś to wszystko porozdzielałam. Dramaty w domu i udane życie zawodowe. Co prawda od tamtego czasu miewam stany lękowe, ale można z tym żyć. Mogło być znacznie gorzej.

A teraz? Trudniej mi zamykać jedne drzwi, zapominać o kłopotach, i otwierać drugie. Czy to dlatego, że jestem starsza? Czy dlatego, że siły wystarcza na raz? Nie wiem.

Tak czy owak, wczoraj miałam kryzys. Nie mogłam zasnąć. Myślałam o tym, ile jeszcze mam rzeczy do zrobienia w pracy (po godzinach). Wyszło, że za dużo. Potem pomyślałam, po co wzięłam sobie na głowę tyle obowiązków? Głupi babsztyl ze mnie. Wiecznie chce być liderem… Następnie dopadła mnie refleksja, że nie mam z kim o tym porozmawiać. Już od dawna. W domu nikogo takiego nie mam, a powinnam mieć. Koleżanki to czasem za mało. To z kolei utwierdziło mnie w przekonaniu, że moja decyzja o rozstaniu była właściwa. A ta myśl wywołała smutek. Że, cholercia, będę sama. W sumie  i tak jestem od kilku lat, ale wiecie, teraz to będzie tak oficjalnie. Potem znów pomyślałam o pracy. Jakby tu zarobić więcej, żeby sobie poradzić w pojedynkę? Coś trzeba wymyślić. Na koniec stwierdziłam, że życie bywa do bani, ale nie ma wyjścia, trzeba żyć dalej. Do przodu. Do przodu. Bo jak stanę i zacznę płakać, to co mi to da?

Tyle że wiecie, co? Chciałabym sobie popłakać. A raczej wypłakać się na czyimś ramieniu. Tak przez chwilę. Może nieco dłużej. Chciałabym czasem pobyć kruchą, małą kobietką… Usłyszeć, że jestem fajna. Że wszystko będzie dobrze. Że świetnie sobie radzę. I w ogóle kapitalna ze mnie babka :)

I tak po tym płaczu i tych słowach wzięłabym się w garść. I dalej… do przodu.

Cóż. Nie mam wyjścia. I tak muszę wziąć się w garść :)

W pracy wszystko musi się ułożyć, a ja sobie muszę poradzić i tyle. A prywatnie… jak przeczekam to, co trzeba, jak znajdę się w nowym miejscu, nowym domu, to i nowe siły się znajdą. Wierzę w to. Ale póki co daję sobie prawo do małej „deprechy”, do małego kryzysu. Kurczę, nie jestem w końcu robotem :)

Pierwsza rocznica, pierwsze podsumowania

 

Jutro minie dokładnie rok, odkąd zaczęłam prowadzić swój blog. Cieszę się, że mogę tu pisać, gdyż pisanie to dla mnie frajda :)

Swoja przygodę z blogiem zaczęłam od zrobienia, po raz pierwszy w życiu, noworocznych postanowień. Czas na podsumowanie – co udało się zrealizować?

Zanim zacznę, posłuchajcie kawałka, który mnie powala na kolana zawsze, kiedy oglądam pewien film. Pisałam już o nim kiedyś. Ta muzyka wprawi Was w odpowiedni nastrój. Ja odpływam, kiedy tego słucham (a film, z którego melodia pochodzi i który dobrze znam, obejrzałam w te Święta dwa razy – raz za razem, takie jest cudowny).

W zeszłym roku bardzo źle czułam się w swojej pracy. Przestała mi sprawiać satysfakcję. Postanowiłam więc, że albo ją zmienię na inną, albo wpłynę na nią „od wewnątrz” tak, by znów poczuć się dobrze.

To się udało. Jestem w pierwszej lidze i znów fajnie jest… uczyć. Odbyło się to sporym kosztem, ale liczę, że było warto :) Ze mną jest tak, że więdnę, jeśli się nie dostrzega tego, co robię. Potrzebuję marchewki. Kij źle na mnie działa. Nie umiem działać w szarości, nicości, przeciętniactwie. Muszę być lepsza. Ale nie na siłę. Ja po prostu mam talent w tym, co robię ;) Cha, cha, to brzmi nieskromnie, wiem, ale własną wartość trzeba znać :) Jednak przekonanie, że swoją pracę wykonuję naprawdę dobrze, mi nie wystarcza. Mam zwyczaj przeglądać się w oczach innych. Potrzebuję więc, by moją wartość dostrzegł ktoś jeszcze. Docenił, uszanował, wyróżnił. Ciekawe, co by na to powiedział jakiś psycholog? To  nie jest tak, że jak nikt niczego nie widzi czy nie docenia, to pracuję źle. Oczywiście, że nie. Jednak, by poczuć spełnienie, totalna satysfakcję, ta pozytywna reakcja drugiej strony jest mi niezwykle potrzebna :)

Moje drugie postanowienie dotyczyło życia osobistego. Żeby zaczęło wreszcie wyglądać tak, jak tego pragnę i za czym tęsknię… I to, niestety, nie udało się :( Wkrótce zacznę nowy rozdział w swoim życiu – sama. Bez człowieka, który miał być moją drugą połówką. Cóż, tak bywa. Rozstania są wpisane w nasze życie. Już się z tym oswoiłam. Liczę, że nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre :)

Przy okazji rozmyślań nad własnym życie, kalkulowaniem, co warto, co powinnam, co należy, doszłam do wniosku, że mimo wszystko lepiej działać, ryzykować, podejmować odważne decyzje, nawet jeśli okażą się nietrafione. Lepiej zrobić, niż żałować, że się nie zrobiło :)

Podejmowanie różnorakich decyzji wiąże się też z tym, że niekiedy się ich później żałuje. Ja obecnie też właśnie jestem na etapie, kiedy sobie myślę: ach, mogłam zadziałać szybciej… tego czy tamtego mogłam nie zrobić… może byłoby lepiej? To chyba jednak, jak podpowiada mi życie, chwilowe. Nie ma co wylewać łez, nie ma co się zamartwiać… Każda decyzja może w efekcie doprowadzić do czegoś dobrego. Trzeba próbować. Błądzić jest rzeczą ludzką.

Gdzieś tam w środku kryje się we mnie drobinka ekscytacji. Tak jakbym nie mogła się doczekać tego nowego rozdziału… bo może, w efekcie tej bolesnej decyzji, odnajdę wreszcie szczęście?

I tego życzę Wam w Nowym Roku – SZCZĘŚCIA :)

P.S. Jakby nie spojrzeć, 50% noworocznych postanowień udało mi się spełnić :) To dużo czy mało? Na następny rok zrobię kolejne.

Wesołych Świąt!

 

Wkrótce nastanie ten rodzaj ciszy,
Że każdy wszystko usłyszy:
I sanie w obłokach mknące,
I gwiazdy na dach spadające,
A wszędzie to ufne czekanie.
Czekajmy – a cud się stanie!

Takich cudów – maleńkich, zwyczajnych, codziennych – które sprawiają, że odzyskujemy wiarę w człowieka, dobro i szczęście życzę Wam wszystkim z całego serca. Wesołych Świąt :)

I piosenki, bez których nie wyobrażam sobie ani zimy, ani Świąt :)




Czar dziecięcych wspomnień

 

Uwielbiam czas oczekiwań na Boże Narodzenie. Kolorowe lampki w oknach, na straganach, witrynach sklepowych. Poszukiwanie prezentów. Układanie świątecznego jadłospisu… Nawet porządki w domu :)

Co roku przypominam sobie, jak to bywało dawniej. Jak szykowałam się do świąt w rodzinnym domu…

Pamiętam, jak z ubogiego kieszonkowego próbowałam wyczarować prezenty dla rodziców i siostry :) Zapadł mi w pamięć zwłaszcza zestaw igieł dla mamy, który kupiłam jej dwa razy z rzędu :)

Jak byłyśmy małe, co roku urządzałyśmy z siostrą dla rodziców spektakl wigilijny. Śpiewałyśmy kolędy, odgrywałyśmy role Maryi i Józefa. Był też Jezusek (czyli wybrana z naszych lalek). Nie wiem, jak rodzice znosili nasze występy (co roku to samo), zwłaszcza nasze śpiewy ;) Nie wyrosłyśmy na wybitne wokalistki, delikatnie mówiąc ;)

Razem z siostrą na kilka tygodni przed Wigilią przetrząsałyśmy całe mieszkanie w poszukiwaniu prezentów. Takie byłyśmy ciekawskie… Parę razy nam się udało „wymacać” to i owo :) Co ciekawe, dziś moi synowie tego nie robią, choć starszy dobrze wie, gdzie Mikołaj je ukrywa…

Moje dzieciństwo to czasy, kiedy nie było wokół tylu łakoci co teraz, więc każda słodkość, która dostawałam na Święta, była na wagę złota. Jeśli trafiała się prawdziwa czekolada (a nie wyrób czekoladopodobny), jej smak pamiętało się miesiącami. No i pomarańcze, mandarynki… ich zapach już zawsze będzie kojarzył się z Bożym Narodzeniem. Za „moich czasów” te owoce pojawiały się rzadko i przede wszystkim w tym właśnie okresie. Później, kiedy już byłam w liceum, pomarańcze i mandarynki stały się ogólnie dostępne.

Mama piekła pyszne makowce i sernik. Pamiętam jak dzień przed Wigilią w całym domu roznosił się niesamowity zapach tych ciast. Mama szykowała je do późnej nocy i zwykle przychodziła do nas wieczorem i mówiła: Dziewczyny, już są gotowe. Chcecie spróbować? No i wszystkie zaczynałyśmy się zajadać :)

Dzień przed Wigilią kupowaliśmy i ubierałyśmy z rodzicami choinkę, tzn. z tatą, bo mama buszowała wtedy w kuchni i gotowała kompot z suszonych owoców. Pycha! Nawet pamiętam w jakich szklankach go piliśmy, bo to były takie specjalne nieduże szklaneczki ze złotym „obramowaniem” na górze… A choinka zazwyczaj była prawdziwa. Fantastycznie pachniała. Tata zwieszał lampki, a my z siostrą całą resztę :)

Mama smażyła też pierogi z kapustą i grzybami, robiła rybę po grecku, a tata tradycyjnego śledzika z cebulką. Był też barszcz czerwony…

Do stołu siadaliśmy w porze nie do końca „kolacyjnej” :) – zwykle ok godz. 17. Czekanie na prezenty i post widocznie nas wyczerpywały :) Robiliśmy tzw. pierwszą rundkę w jedzeniu, po czym następowało wręczenie prezentów, a potem, jak się już nimi nacieszyliśmy, ponownie siadaliśmy do stołu :)

Obecnie w swoim domu też tak robię z moimi chłopakami. Oni się bawią tym, co dostali od Mikołaja, a my z mężem siedzimy i jemy, jemy, jemy…

Pamiętam, jak w pierwszy i drugi dzień Świąt zasiadaliśmy wspólnie przed telewizorem i oglądaliśmy super filmy. To były czasy, kiedy w okresie świątecznym wreszcie można się było naoglądać czegoś dobrego. Na co dzień nie było aż takiego wyboru. No i takiej atmosfery :) Utkwił mi w pamięci obraz, kiedy wszyscy oglądamy „Potop” Hofmana, a ja zajadam się maminym sernikiem. Mniam… Dziś ten film można obejrzeć w każdej chwili. To już nie ten urok, wierzcie mi :)

Ach… jeszcze jedno wspomnienie… świąteczny handel przed Domami Centrum na ulicy Marszałkowskiej (dziś jest tam wiele sklepów: Empik, H&M, Reserved, C&A itd.). Kiedy komunizm runął i nastał wolny rynek, pasaż przed tymi wielkimi sklepami zapełnił się handlarzami różnego rodzaju i różnej maści :) Ciężko było się poruszać, taki był tłum. Prawie wszystko można było u nich kupić. A przed Świętami puszczali kolędy – z magnetofonów! z kaset! Pamiętacie??? Miało to swój klimat. Oczywiście, kupował się te kasety i kolekcjonowało. To było coś… :)

I tak bym jeszcze mogła trochę powspominać…. ale może i Wy powspominacie? Napiszcie o tym, jak szykowaliście się do Świąt w dziecięctwie :)

 

Kot jest dobry na wszystko

 

Pewna kobieta rozeszła się z mężem (który ją zdradzał), potem straciła pracę, a w końcu podupadła na zdrowiu.

Kiedy do rachunku strat dołączyły jeszcze problemy ze snem, apatia i brak apetytu, postanowiła wybrać się do psychiatry. Specjalista dopatrzył się u niej zaburzeń afektywnych dwubiegunowych i zaczął się „rajd po lekach”: jeden lek na nastrój, drugi przeciw niepokojowi, trzeci na sen… Efekt? Pięć kilo do przodu, migreny, mdłości i chroniczne zmęczenie.

Lekarze (bo skonsultowała się też z innymi specjalistami), kładąc wszystko na barki stresu, jeszcze bardziej wzmocnili kurację. Nie przynosiła ona jednak efektów…

Pewnego dnia, pod wpływem programu w telewizji, kobieta zapragnęła sprawić sobie kota.

Po raz pierwszy od wielu miesięcy wzięła się więc za sprzątanie mieszkania, aby przyprowadzić do niego nowego gościa. Pojechała do schroniska, gdzie wpadł jej w oko gruby trzyletni rudzielec, porzucony przez właścicieli, którzy wyjechali za granicę i nigdy już nie wrócili.

Ledwo Rudzielec znalazł się w nowym miejscu, a już wskoczył na łóżko, zaczął mruczeć i lizać się. Taki był początek nowego etapu w życiu naszej bohaterki – znów miała kogoś do pogłaskania, przytulania i rozmawiania… W nocy wreszcie zaczęła się wysypiać – kołysana mruczeniem.

Od tamtej pory zaczęła zmniejszać dawki leków, w dzień wychodziła z domu, udzielała się towarzysko. Aż w końcu znalazła nową pracę, nowych znajomych. I odżyła!

To prawdziwa historia :)

Jestem zdania, że kot to cudowny towarzysz człowieka. Sama regularnie odczuwam pozytywny wpływ mojej kociczki Coco. Kiedy jestem chora, często kładzie się koło mnie, jakby chciała mi pomóc w wyzdrowieniu. Mruczy, grucha, odprawia nade mną jakieś kocie rytuały… :)

Zauważcie, że kocie miauczenie zarezerwowane jest tylko dla nas. Koty nigdy nie miauczą do siebie nawzajem. Komunikują się, ale wydając inne dźwięki. Obserwowałam już kilka razy, jak Coco porozumiewała się ze swoimi dzieciaczkami. To bardzo specyficzny rodzaj kociego języka. Jakby gruchanie, delikatny warkot. Różny, bo używany w różnych sytuacjach. Kiedy Coco karciła któregoś malucha, wyraźnie to było słychać. Kiedy go wołała, również, i był to już inny rodzaj gruchania.

Chociaż skala ekspresji kota jest nieco ograniczona, człowiek dość szybko uczy się odróżniać zwyczajne „mmr” na powitanie lub w podziękowaniu od „miau” domagającego się pieszczot lub jedzenia czy znacznie bardziej niecierpliwego „mrrrau” albo żałosnego „miiieeeu”.

Kot to chyba jedyne zwierzę bezkrytycznie akceptowane w łóżku. Jest czysty i niczym nie pachnie (choć słyszałam opowieści o kocich brudasach, czyli wyjątki się zdarzają). Pozwala się głaskać (choć jest typem niezależnym i najczęściej on ustala, kiedy pozwoli nam na pieszczoty). Ma ciepłe futerko. Jego mruczenie jest kojące i pomaga zasnąć. Kiedy kot wgramoli się do łóżka, właściciel nie śmie się poruszyć… Przynajmniej ja tak robię :) (no i tylko wtedy, gdy śpię sama – mój mąż za Coco nie przepada).

Wibracje mruczącego kota odczuwamy za pomocą receptorów w skórze. Mruczenie powoduje u ludzi wydzielanie endorfin o zaledwie kilkuminutowym, ale bardzo silnym działaniu. Można więc powiedzieć, że daje to coś w rodzaju obłoczka uspokajających związków chemicznych, które relaksują organizm. Słuchanie mruczenia to prawdziwa terapia, a jej efekty dorównują działaniu wielu antydepresantów i leków nasennych!

A na zakończenie powiem Wam, że jak twierdzi weterynarz behawiorysta Joël Dehasse, nawet dorosły kot może być dla człowieka substytutem dziecka. Ma podobną wagę, wydaje podobne dźwięki, jest tak samo delikatny, ciepły i łasy na pieszczoty. A człowiek musi opiekować się nim trochę tak jak dzieckiem. To by wyjaśniało, dlaczego ja tak się ekscytowałam każdą ciążą mojej Coco. I ciążą, i porodami, i wszystkimi jej maleństwami. Jak nic mam niezaspokojony instynkt macierzyński ;)

A Wasze koty? Lub znajome Wam koty? Jak wpływają na ludzi?