Archiwa kategorii: obejrzyj koniecznie

Naprawiać czy wyrzucać?

 

Kupiłam dziś jakieś babskie czytadło dla zabicia czasu w autobusie.

No i siedzę sobie wygodnie, przerzucam kartki, a tu nagle news dnia ( ;) ) – jakaś celebrytka rozstała się z partnerem, krótka notka, obok zdjęcie, jego i jej, i podpis: Byli ze sobą trzy lata!

Wiecie, ten wykrzyknik tak mnie rozbawił, że uśmiałam się prawie do łez. Jednak po dłuższej chwili dopadła mnie refleksja, że nie powinnam się z tego śmiać, tylko płakać, i to rzewnymi łzami. Dostawiając ten wykrzyknik, ktoś nam wyraźnie sugeruje, że para odniosła niesamowity sukces, skoro wytrwali w związku AŻ trzy lata. To tak długo – te trzy lata…

No, schodzimy na psy, daję słowo. To bycie ze sobą trzy lata jest takim wyczynem? Może tak jest w tym celebryckim światku, co? Ja nie wiem, nie obracam się w nim, ale myślę, że dla przeciętnego obywatela o przeciętnym ilorazie inteligencji ten podpis to jasny przekaz: Wow, co za bohaterstwo… aż trzy lata… o rany… :)

I tak od refleksji nad podpisem przeszłam do rozmyślań nad trwałością związków.

Coś jest w tym, że coraz częściej ludzie wolą zmienić partnera niż popracować nad związkiem. Wolą wyrzucić niż naprawić. Coraz rzadziej, coraz trudniej spotkać pary o długim stażu. Coraz więcej rozwodów i rozstań wokół nas. Dlaczego?

Myślę sobie o swoich związkach. Najdłuższy właśnie się kończy – 8 lat. To dużo czy mało? Z jednej strony kawał czasu, kawał wspólnego życia, wspomnień, radości i bólu. Na myśl o tym, że te osiem lat straciłam, bo już kolejnych nie będzie, pęka mi serce. Bo choć powtarzam sobie, że oczywiście już nie kocham mojego męża i w ogóle wszystko mi przeszło, to jest to bzdura. Nie da się odkochać tak szybko, skoro do końca się miało nadzieję, że może jednak wszystko się ułoży. Nie da się odkochać tak szybko, skoro kochało się naprawdę. Jeszcze tęsknię, jeszcze cierpię, jeszcze czuję… Walczę z tym, ale… na wszystko przyjdzie czas. Czas leczy rany. Moje też zaleczy. Nie ma, drań, wyjścia :)

Z drugiej strony, takie 8 lat to tylko osiem lat. Inni są ze sobą 10, 15, 20… Czy rozstanie po piętnastu latach to większy dramat niż po ośmiu? Chyba nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Każda sytuacja jest inna.

Zasadnicze, moim zdaniem, jest pytanie: Dlaczego się rozstajemy? A raczej: dlaczego często jest tak, że rozstajemy się mimo wszystko pochopnie? Mimo że moglibyśmy wszystko naprawić?

Nie chcę uogólniać. Wiem, że są rozstania, które musiały nastąpić. Bywają bowiem sytuacje, których się nie naprawi. Jasne.  A jednak, na co wskazuje ten komentarz pod celebryckim zdjęciem, zbyt często w dzisiejszych czasach idziemy na łatwiznę i zamykamy pewne rozdziały w naszym życiu. Zbyt łatwo się poddajemy. Łatwiej wyrzucić, trudniej naprawić, powiedzmy to sobie szczerze.

Czy zrobiliśmy się leniwi? No, przecież coś musiało się stać, skoro tak postępujemy?

Powodów pewnie jest kilka.

Moim zdaniem, dzisiejsze czasy są podłe, bo większość czasu zabiera nam praca. Żyjemy, by pracować a nie na odwrót. Niestety. Zagonieni pracą zapominamy, że to, co najważniejsze, to bliskość drugiego człowieka. Bez niej człowiek usycha. Oczywiście, praca jest szalenie ważna. Bo wydatki, bo kredyty, bo debety, bo zabawki, bo kieszonkowe, bo kino, bo ciuchy… Pewnie. To wszystko jest niezwykle istotne. Tyle że jeśli nie zachowamy zdrowych proporcji między życiem zawodowym i prywatnym, unieszczęśliwimy siebie i naszych bliskich. Sądzę, że obecnie mamy do czynienia z takim właśnie zachwianiem priorytetów. Wygrywa zarabianie pieniędzy, wiązanie końca z końcem, przegrywa czułość, bliskość, intymność.

Inny powód? Egoizm. Mam wrażenie, że więcej go w nas aniżeli kiedyś. A skoro skupiamy się na sobie, to dlaczego mielibyśmy coś naprawiać, być elastycznym, coś poświęcić…? Jeśli jestem dla siebie najważniejsza, JA, JA  tylko JA, i MOJE potrzeby, to znajdę winę tylko w drugiej stronie. A skoro tak, to znaczy, że trzeba tę wadliwą stronę wyrzucić, pozbyć się jej. Egoizm, egocentryzm, egotyzm to cechy utrudniające zbudowanie i podtrzymywanie szczęśliwego związku… Para musi koncentrować się w podobnym stopniu na potrzebach, pragnieniach obojga osób a nie tylko jednej. Wtedy łatwiej coś dostrzec, naprawić, jeśli zajdzie taka konieczność.

A skąd, w takim razie, tyle egoizmu wokół nas? Skąd go więcej niż kiedyś? Tego to ja nie wiem. Może taki trend w wychowaniu?

Jeszcze jakiś powód? Przyzwolenie społeczne. Tak jak kiedyś „modne” były długie związki, długie małżeństwa, tak teraz, mam wrażenie, obserwuje się wyzwolenie z dawnych pęt. Większą wolność, brak potępienia wobec ludzi „skaczących z kwiatka na kwiatek”. Teraz to oni nie skaczą, tylko zdobywają doświadczenie ;)

I tak, jak mówi stare porzekadło, ziarnko do ziarnka, aż zebrała się miarka. Zmieniamy partnerów często, niekiedy zbyt często. Nie chce nam się naprawiać błędów, przyznawać do winy, ustąpić… Łatwiej i szybciej jest zrezygnować i szukać czegoś nowego. Albo po prostu odpuścić. Szkoda. Myślę, że takie emocjonalne lenistwo prędzej czy później się na nas zemści.

A póki co, w babskich czytadłach o związkach z 20-letnim stażem czytamy: Co za evenement… Chciałabym, żeby to się zmieniło.

Dziecko nie jest najważniejsze

 

Cóż… niewykluczone, że posypią się na mnie gromy, gdyż głosić będę to, co obecnie niemodne i nie-trendy.

Od ładnych paru, a może nawet paru-nastu lat często słyszy się, że dziecko jest najważniejsze, dziecko jest centrum wszystkiego itp. itd. Ja się z tym nie zgadzam. Dziecko chowane w poczuciu, iż jest absolutnie najważniejsze, nie zrozumie, jak powinno funkcjonować społeczeństwo. Nie pojmie tej prostej prawdy, że żyjemy przede wszystkim dla innych a nie tylko dla siebie. Takie dziecko skupiać się będzie na sobie. Ja to… ja tamto… daj MI… ja muszę… ja mam prawo…

Jako matka uważam, że jestem tak samo ważna, jak moi synowie.

Jako nauczyciel uważam, że moi uczniowie są tak samo ważni w szkole, jak ja czy obsługa administracyjna placówki.

Najważniejszy jest człowiek. Nie dziecko.

Okazuje się, że nie jestem odosobniona w swoich poglądach. Na szczęście. Tu i ówdzie zaczyna się przebąkiwać, że modne od jakiegoś czasu psychologiczno-pedagogiczne poglądy może niekoniecznie są słuszne. Czyżbyśmy wreszcie zaczynali dostrzegać, że wychowujemy pokolenie egoistów? Niejednokrotnie niesamodzielnych? Albo i krnąbrnych?

Pewien człowiek napisał książkę „Sześć podstawowych zasad. Jak wychować zdrowe i szczęśliwe dzieci”. To John Rosemond. Mądry gość. Twierdzi, że dziecko należy zdjąć z piedestału, o ile naprawdę chcemy, by było szczęśliwe i spełnione jako człowiek.

Jak więc utrudnić życie dziecku, by było mu łatwiej?

1. Dziecko to nie partner.

Wydaje się jasne, prawda? Nie może być mowy o partnerstwie, skoro odpowiedzialność leży tylko po jednej stronie – rodzica. Nie można być kumplem własnego dziecka. Ono tego nie chce. Ono pragnie, by ktoś był za nie odpowiedzialny, wyznaczał granice, otoczył opieką. Kumple są od czegoś innego.

2. Odrobina stresu jest potrzebna.

Nie tylko stresu. Złości, frustracji. To uczucia konieczne, hartujące dziecięcą psychikę. Jeśli zaznamy totalnej sielanki jako dzieci, nie poradzimy sobie z trudnymi sytuacjami jako dorośli.

3. Słowo „nie” jest niezbędne. Stosuj kilka razy dziennie.

Nie ma nic gorszego, niż zgadzanie się na wszystko. Mówienie „tak”, no bo głupio powiedzieć „nie” i sprawić przykrość. A ta przykrość jest konieczna. Czy w życiu zawsze słyszymy „tak”? Odmawiajmy dziecku, niech się uczy od małego, bo life is brutal.

4. Słuchaj opinii swojego dziecka, ale niekoniecznie bierz je pod uwagę.

Każdy ma prawo do tego, by zostać wysłuchanym, co nie znaczy, że wszyscy wokół zastosują się do tego, co mówi. Jest dla mnie oczywiste, że dziecka trzeba wysłuchać, ale też rozsądnie wyważyć, kiedy powinno się wziąć pod uwagę jego opinię a kiedy nie.

5. Potrzeby mają górować nad zachciankami.

Te pierwsze obowiązkowo zapewniamy. Na drugie uważamy. I to do nas – rodziców należy decyzja o tym, co jest potrzebą a co zachcianką.

6. Posłuszeństwo jest ważne.

Dziś, w czasach, kiedy w gazetach podkreśla się, że dziecko NIE MA BYĆ grzeczne, moje pisanie o posłuszeństwie może wydać się co najmniej dziwne. Mam to gdzieś, wybaczcie. Uważam, że aby odnaleźć się w życiu, w otaczającym nas środowisku, społeczeństwie, trzeba przestrzegać pewnych zasad, wiedzieć, co można a co nie i stosować się do tego. A to nic innego jak bycie grzecznym. Dziecko MA BYĆ GRZECZNE. Powinno mieć ogładę; wiedzieć, jak należy się zachować w rozmaitych sytuacjach; mieć zahamowania, czyli zdawać sobie sprawę, że pewne zachowania są nie na miejscu; dostrzegać potrzeby ludzi wokół. To jest bycie grzecznym. Dziecko, które jest takie, poradzi sobie i jako uczeń, i jako dorosły człowiek.

7. Czasem musi wystarczyć „Tak ma być!”

Zgadzam się. Wchodzenie z dzieckiem w dyskusję nie zawsze ma sens i uzasadnienie. Niekiedy rodzic ma prawo powiedzieć: Zakładasz czapkę, jest mróz. I już. I nie ma co dyskutować. Masz wrócić do domu o 20. I już. Oczywiście, inaczej to wygląda, kiedy dziecko ma 13 lat a inaczej, gdy ma 6. Wiem jednak z doświadczenia, że tłumaczenie się dziecku ze swoich decyzji bywa niebezpieczne. Jeśli robimy to za każdym razem, młody człowiek zacznie wymagać od nas, byśmy za każdym razem uzasadniali swoje decyzje. A to nie jest nasz obowiązek!

8. I chyba najważniejsze: dziecko jest ważne, rodzice też, tak samo a kto wie, czy nie bardziej.

To my – rodzice wychowujemy nasze pociechy. Ciężko pracujemy na ich utrzymanie. Zarywamy noce, kiedy są chore. Poświęcamy im wolny czas… Dlaczego dzieci mają być ważniejsze od nas? Tylko dlatego, że są po prostu dziećmi? Ja moich synów kocham nad życie, ale to nie znaczy, że sprzedam nerkę, żeby ich zapisać na angielski, jeśli nie będę miała na to pieniędzy z normalnego źródła. Nie będę nosiła ich tornistrów do szkoły, z całym szacunkiem, ale to ma należeć do ich obowiązków. Znajdę czas na ulubiona książkę lub film, mimo że mogłabym w tym czasie pobawić się z którymś z nich. Zrobię to, bo też jestem ważna. W byciu rodzicem nie można zapominać o byciu człowiekiem (kobietą, mężczyzną).

Oczywiście, powyższy punkt nie oznacza, że nigdy nie będę kombinować, żeby coś moim dzieciom zapewnić. Na przykład w grudniu „wskoczyłam” na debet i kupiłam synom PS3. Zamiast tego mogłam na trochę wyjechać w czasie ferii. Dokonałam jednak wyboru. I nie żałuję. Mój syn mi powiedział: Wreszcie nie śmieją się ze mnie w klasie, że nic fajnego nie mam. Uważam jednak, że nie można popadać w przesadę. Nie należy, moim zdaniem, pokazywać dzieciom, że zrobi się dla nich zawsze i wszystko, kosztem własnych potrzeb, marzeń, możliwości. One powinny wiedzieć, że rodzic może dla nich sporo, ale nie wszystko. Bo takie jest przecież życie. Nie da się w nim mieć wszystkiego.

To tak w skrócie. Zainteresowanych odsyłam do książki. Warto!

Efekt motyla

 

Pewna kobieta, nazwijmy ją Karolina, kupiła kiedyś mieszkanie na kredyt. Zamieszkała w nim ze swoją córką. Bardzo dobrze im się tam mieszkało. Po kilku latach Karolina spotkała mężczyznę, z którym się związała na stałe. Zamieszkali razem w jej mieszkaniu… Zaczęli planować ślub. Sielanka.

Jednak jakiś czas później w związku ze stale awanturującym się i napalonym na Karolinę sąsiadem, budową ruchliwej ulicy pod oknem oraz nową pracą naszej bohaterki, zakochani postanowili zmienić miejsce zamieszkania. I tu kobieta popełniła pierwszy błąd. Wplątała się w zawiły układ z własnymi rodzicami: sprzedała swoje mieszkanie; rodzicom, na ich prośbę, kupiła mniejsze, a sama wraz z córką i przyszłym mężem wprowadziła się do większego po rodzicach. Za zamianę dopłaciła im tak, żeby nie byli stratni. Z nowego lokum miała bliżej do nowej pracy. Niedaleko mieszkała jej siostra. Wydawało się, że to udana transakcja. Tym bardziej, że przez tych kilka lat ceny mieszkań poszły nieźle w górę i Karola zyskała na sprzedaży swojego pierwszego mieszkanka. Na kolejne lokum, to malutkie dla rodziców, wzięła więc bardzo mały kredyt, łatwy w spłacie. 

Niestety, po kilku latach rodzicom znudziło się mniejsze mieszkanie i zapragnęli z powrotem większego. Karolina nie była w stanie się z nimi dogadać. W tym czasie miała już kolejne dziecko, na które zdecydowali się z mężem niedługo po ślubie. Nie za bardzo mieli ochotę zamieszkać we czwórkę w kawalerce. Cóż należało robić? Można było sprzedać to jednopokojowe i wziąć kredyt na większe mieszkanie. Nie okazało się to jednak takie proste. Mąż Karoliny pracował w firmie, która zawierała umowy na kwotę dla nich dogodną, a resztę dopłacała tak, żeby ponosić jak najmniejsze koszty. W związku z tym para póki co nie miała szans na kredyt, zwłaszcza że sytuacja na rynku mieszkaniowym się diametralnie zmieniła i już nie tak chętnie przyznawano kredyty, jak w czasach, kiedy bohaterka kupowała swoje pierwsze mieszkanie.

Zdecydowali więc, że będą przez jakiś czas wynajmować, aż wymyślą sposób, żeby zarobić więcej i być zdolnym kredytowo. I tu Karolina popełniła kolejny błąd. Przystała na propozycję męża, żeby wynająć dom a nie mieszkanie. Mężczyzna zawsze marzył o domu, poza tym, chyba chciał zaimponować żonie, że będzie go na niego stać. Jakoś tak nagle okazało się, że mieszkań nie lubi. Tylko po jaką cholerę dom, skoro trzeba oszczędzać na opłaty związane z kredytem?

No, ale wynajęli śliczny domek. Mieszkało się w nim super. Kawalerkę Karolina wynajęła, więc równoważyło to jakąś część opłat.

Cóż, ciężko odkładać pieniądze, wynajmując dom. Dlaczego Karola się nie zbuntowała, skoro widziała, że nie stać ich na oszczędności konieczne do zakupu stałego lokum? Nie wiem. Można to tłumaczyć jej chorobą na przykład – przez dłuższy czas brała psychotropy na silne stany lękowe (powróciły koszmary z dalekiej przeszłości…) Była więc zajęta tym, żeby nie zwariować, i niczym innym. Można to tłumaczyć tym, że mąż był w tym czasie jedyną osoba pracującą, bo ona siedziała na urlopie wychowawczym. Mężczyzna nie chciał żyć w mieszkaniu – pragnął domu. A skoro zarabiał i samodzielnie utrzymywał rodzinę, decydował o wszystkim. Co ciekawe, nie zaglądał do kont, nie zajmował się płaceniem rachunków. Przelewał to, co zarobił, na wspólne konto, a Karolina zajmowała się resztą. Jak zrobiło się ciężko, uruchomiła debet na koncie. Mąż nie orientował się, co i ile kosztuje. Żona nie narzekała na brak pieniędzy, czyli wszystko było ok. Dlaczego nie narzekała? Dlaczego na to przystała? Dlaczego się godziła? Ja nie wiem, jak słowo daję. 

Po jakimś czasie zarobki mężczyzny wzrosły na tyle, że mogli zacząć przymierzać się do wzięcia kredytu na… oczywiście dom. Choć Karola namawiała męża na mieszkanie, tłumaczyła, że dom to ogromna inwestycja i nie stać ich na nią, on był nieubłagany. Twierdził, że bez problemu utrzyma rodzinę i kredyt nawet, jeśli Karolina nie wróci do pracy. Cholerne mrzonki. Kobieta dobrze o tym wiedziała, ale nie miała żadnej siły przebicia. Poza tym, dała się uwieść słowom swojego ukochanego, który tłumaczył jej, że dom jest tym, czego zawsze pragnął. I jak tu zniszczyć marzenia osobie, którą się kocha ponad wszystko?

A przecież w jej małżeństwie już nie było tak dobrze jak przez pierwsze lata. Nie spełniała oczekiwań swojego męża. W jakimś stopniu zasłużenie, bo daleko jej było do ideału. Zdarzały się sytuacje kiedyś dla niej nie do pomyślenia: mąż wynosił się z sypialni, ona błagała go, żeby jej nie porzucał… Fuj. Poniżające. Dlaczego nie dało jej to do myślenia?

I wtedy popełniła następny błąd. Kardynalny. Postanowiła sprzedać swoją kawalerkę, żeby spłacić kredyt na samochód, debet na ich koncie oraz mieć gotówkę na dodatkowe opłaty związane z kredytem i remontem kupowanego domu. Pozbyła się w ten sposób swojego jedynego zabezpieczenia. Dlaczego to zrobiła, wiedząc i widząc, że jej małżeństwo coraz bardziej odbiega od doskonałości? Że pojawiają się na nim rysy, być może nie do naprawienia. Nie wiem. Pewnie wierzyła, że „na swoim” wszystko się ułoży. Pewnie cały czas kochała swojego męża, bla, bla, bla…

W końcu kupili dom, o którym marzył mąż Karoliny. Zaczęli mały remont, urządzanie, sprzątanie. I wtedy pojawił się w ich związku potworny kryzys. Pal licho powody. Fakty były takie, że mąż Karoliny postanowił ją zostawić. Przeżyła szok.

I wtedy podjęła wreszcie jakąś dobrą decyzję. Znalazła pracę. Planowała ją znaleźć, kiedy ich dziecko skończy trzy lata i pójdzie do przedszkola, no ale sytuacja, kiedy miała nagle zostać sama z dwojgiem dzieci, przyspieszyła jej działania. I dobrze.

Mąż w końcu jej nie zostawił. Pogodzili się i początek życia w ich nowym domu był nawet w porządku, całkiem szczęśliwy.

Niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy…

Mąż Karoliny zmienił pracę. Praktycznie przestał bywać w domu. Inwestował, co miał i mógł, żeby rozkręcić jakieś tam interesy, więc na kontach pojawiły się debety. Karolina z czasem zaczęła zarabiać więcej i więcej, ale to i tak było za mało, żeby wszystko pospłacać.Może była za mało oszczędna?

Ich małżeństwo w końcu runęło, co było chyba do przewidzenia. Jak się tworzy trudny związek i przy tym nie spędza ze sobą czasu, jest kwestią czasu, że ludzie się rozminą i w końcu rozstaną.

Przed Karoliną pojawiła się trudna decyzja: co zrobić? Zostać w domu, na którego spłatę i utrzymanie jej nie stać? Czy wyprowadzić się z dziećmi i coś wynająć? Domu nie znosiła. Kojarzył się jej tylko ze sprzątaniem 150 metrów, samotnością i ciągle niedokończonym remontem. Mogła zamieszkać w nim ze swoimi rodzicami. Oddałaby im górę. Podzieliby się opłatami. Jednak perspektywa życia z despotyczną, nieprzewidywalną matką i wiecznie marudzącym pod pantoflem małżonki ojcem byłaby powtórzeniem traumy z przeszłości… Może jednak należało się poświęcić? Utrzymałaby dom w swoich rękach, miałaby dla siebie i dzieci coś swojego, coś własnego. Wynajmując mieszkanie, tułałaby się ciągle. Już nigdy nie miałaby własnego kąta, bo na kredyt nie było jej stać. 

Widzicie, jak kilka decyzji może zmienić czyjeś życie? Jak może je zniszczyć? Jedna decyzja pociąga za sobą kolejne. I następne. Gdyby Karolina nie zamieniła się na mieszkania… Gdyby nie sprzedała swojej kawalerki… Gdyby rozwiodła się wcześniej… Gdyby, gdyby, gdyby…

 

To powinna przeczytać pani (niestety) Minister Edukacji

 

Słynny list pani Kluzik – Rostkowskiej doprowadził do szału tysiące nauczycieli. Skłócił pedagogów z rodzicami. A ich relacje i tak są trudne. Ten list, niegrzeczny w formie, sprawił, że my – nauczyciele poczuliśmy się jak… przedmioty, rzeczy. Jak nic.

Pani Kluzik – Rostkowska (nie lubię pisać o niej Minister Edukacji, bo wstydzę się, że taki minister mnie reprezentuje) zwraca się tam do mnie na ty. Jestem nie tylko nauczycielem, ale i rodzicem. Nie piłam z tą panią bruderszafta, nie życzę więc sobie, żeby tak się do mnie zwracała.

Forma jej listu poniża mnie – nauczyciela. Forma jej listu sprawia, że jako rodzic mam nieodparte wrażenie, że nauczyciel to obibok, który miga się od roboty. Na szczęście jestem również tym właśnie nauczycielem, więc wiem, że to nieprawda. Ale większość rodziców w tym kraju to nie nauczyciele, więc po przeczytaniu tego listu stwierdzą, że ktoś ich latami robił w przysłowiowe jajo. Ktoś się lenił, obijał kosztem ich dzieci. To właśnie sugeruje w swoim tekście pani niestety Minister Edukacji.

Tymczasem to ta pani właśnie wydała w wakacje jedno rozporządzenie, w którym precyzyjnie i jasno określiła, które dni w roku szkolnym będą całkowicie wolne od nauki i opieki (m.in. ferie świąteczne, czyli 22.12 – 1.01), po czym kilka miesięcy później sama sobie zaprzeczyła, wydając (niezgodnie z prawem?) kolejne rozporządzenie, w którym nagle stwierdziła, że w ferie świąteczne należą się dzieciom zajęcia/opieka w szkole. Stwierdziła to w grudniu. Brawo za refleks.

Gdzie tu sens?

Gdzie tu szacunek wobec partnera w tej sprawie (czyli nauczyciela)?

Otóż, nie ma tu ani sensu, ani szacunku. Nauczyciel niczym piesek na zawołanie, ma robić cokolwiek pani Kluzik nagle sobie zażyczy.

Tryb postępowania w takich sprawach jest taki, że tego typu decyzje podejmuje się w sierpniu NIE W GRUDNIU.

Oj, wstyd,  Pani (niestety) Minister, wstyd…

Kolejna sprawa, to powoływanie się na to, że nauczyciel i tak ma więcej wolnego niż inni, więc niech się weźmie za robotę w ferie i już.

Chyba pęknę ze śmiechu.

Dlaczego Ministrem Edukacji nie jest ktoś, kto ma doświadczenie w szkole, w oświacie? Pani Kluzik – Rostkowska nie ma w tej dziedzinie żadnego doświadczenia. W przeciwnym razie nie mówiłaby takich bzdur o tych nauczycielskich dłuuuuugich urlopach. Pani minister nie pracowała w szkole. Zawodowo robiła różne rzeczy, ale nigdy nie mające styczności ze szkołą. Dlaczego została Ministrem Edukacji? Takie się nasuwa pytanie. Jakie może mieć pojęcie ktoś taki jak ona o szkolnej rzeczywistości? O tym, jak wygląda praca nauczyciela?

Nauczyciel ma w swoim etacie wpisane godziny lekcyjne, za które mu płacą. Ma też w swoim etacie wiele godzin na tzw. papierkową robotę, za którą nikt mu już nie płaci. Ma też  w swoim etacie np sprawy wychowawcze, jeśli jest wychowawcą. Organizuje wycieczki, imprezy okolicznościowe, konkursy… Ja bez problemu „wyrabiam” tygodniowo ponad 40 godzin. Teraz, kiedy to do  Was piszę, powinnam siedzieć i robić analizy testów próbnych dla szóstoklasistów. Taka analiza trwa ok. 3 godzin. Takich próbnych testów-egzaminów jest sześć. Każdy trzeba nie tylko zanalizować. Wcześniej trzeba go było przygotować, opracować, wydrukować, skserować, ocenić… Ile to godzin dodatkowej pracy?

Często wypomina się nam, że mamy w wakacje osiem tygodni wolnego. Niektórzy dodają „z hakiem”.

Dobrze by  było, gdyby tak było. Ale nie jest. Na początku lipca jeszcze się „dopina” papierologię” (a jest jej w szkołach mnóstwo), a w połowie sierpnia stawiamy się z powrotem w pracy. Są rady pedagogiczne, szkolenia, przygotowywanie planów pracy, planów zespołów przedmiotowych, planów wynikowych, programów wychowawczych… Szykuje się sale lekcyjne (tak, tak, nauczyciele też w tym uczestniczą). I gdzie tu dwa miesiące wolnego, heloł?

Tak, wiem. Są szkoły, gdzie zdarza się nauczycielom „pierdzić w stołek” i niewiele robić. Owszem. Znam takie szkoły. Znam takich nauczycieli. Ale, ludzie, czarne owce zdarzają się w każdym zawodzie. Dlaczego akurat z taką nienawiścią traktuje się te nauczycielskie owce? Denerwuje mnie takie generalizowanie: trafi się w życiu na jednego beznadziejnego belfra, to znaczy, że wszyscy są do bani.

W komentarzach pod listem pani Kluzik można też przeczytać, że nauczyciele powinni mieć tak jak inni. No, bo póki co mamy lepiej. Dobre :) Skoro tak mamy dobrze, to dlaczego nikt się specjalnie nie pcha, żeby być nauczycielem? Jakoś nie wiedzę, żeby specjalizacje nauczycielskie pękały w szwach.

Ja bym chciała mieć jak inni unormowany czas pracy. Wychodzić z niej o 16, dajmy na to, i mieć wszystko z głowy. Chciałabym wszystkie sprawy związane z pracą załatwiać w godzinach 8 – 16, jak inni urzędnicy. Wtedy dostawałabym wynagrodzenie za 40 godzin, które  i tak przepracowuję, tylko częściowo za darmo. Wieczorami odpowiadam na maile rodziców, opracowuję klasówki, kartkówki, sprawdzam prace. W swoim wolnym czasie spotykam się z rodzicami na zebraniach, dniach otwartych. W swoim wolnym czasie jeżdżę na wycieczki. Po godzinach mam spotkania Rad Pedagogicznych. BARDZO BYM CHCIAŁA mieć tak jak inni i załatwiać to wszystko w ciągu tych osławionych ośmiu godzin pracy. Zebrania z rodzicami robiłabym o godzinie 14 i miałabym w nosie, jak ktoś nie przyjdzie. Mogłabym powiedzieć: Przepraszam, pracuję do 16. Nie wpadałabym do pracy przed ósmą na dodatkowe indywidualne spotkania z rodzicami: Przepraszam, pracuję od ósmej, nie mam na to czasu…

Chciałabym, jak inni, móc wziąć urlop w dogodnym terminie, żeby np pojechać taniej na wakacje. A tak, rodzice często zabierają naszych uczniów w środku roku szkolnego na różne wyjazdy, no bo wtedy jest taniej. Jakoś wtedy nikt nie myśli o tym,

Są na świecie ludzie mądrzy, którzy podejmowali się kilka razy obliczania faktycznego czasu pracy nauczycieli w naszym kraju. Cóż, muszę Was zmartwić, ten czas najczęściej przekracza 40 godzin tygodniowo.

A tu moja (niestety) Minister Edukacji stwierdza, że mamy dużo więcej wolnego niż inni…

A ja chętnie zaproszę panią Kluzik do mojej szkoły, żeby zobaczyła, jak wygląda praca w szkole. Nawet jej nie poproszę o poprowadzenie lekcji. Niechby kobieta tylko popatrzyła, jak to się robi, posiedziała w hałasie, zobaczyła, jak to jest zapanować nad (przynajmniej) kilkanaściorgiem dzieci o przeróżnym temperamencie.

Macie dzieci? Kto ma dwoje, troje, pewnie często czuje się zmęczony opieką nad nimi, rozwiązywaniem ich problemów, prawda? A ja na co dzień mam siedemnaścioro wychowanków, a więc siedemnaścioro różnych problemów. Ten nie ma zahamowań, tamten jest wyobcowany, ta spiskuje, tamta obgaduje, inne się kłócą albo biją… Z tym wszystkim trzeba sobie poradzić, a potem jeszcze wrócić do domu, do własnych dzieci i ich kłopotów, i jeszcze znaleźć na to  wszystko ogrom cierpliwości…

Po liście pani minister jeszcze więcej rodziców szkaluje dobre imię nauczyciela. A przecież to właśnie nauczyciele, Drodzy Rodzice, spędzają z Waszymi dziećmi niejednokrotnie więcej czasu tygodniowo niż Wy sami. To my – nauczyciele, te obiboki i lenie, stajemy się dla Waszych dzieci bardzo często punktem odniesienia, autorytetem, wzorem. To nam zwierzają się ze swoich problemów, opowiadają  o rozterkach i kłopotach. Poniżając nas, obrażając, krzywdzicie też swoje dzieci, bo utrudniacie im tym samym proces dydaktyczno- wychowawczy, jakiemu poddawani są w szkołach. Komplikujecie im to szkolne życie, które i tak jest niełatwe. Robicie z nas wrogów, zamiast pokazywać dzieciom, że należy się nam szacunek, jak każdemu innemu człowiekowi.

To my, Drodzy Rodzice, uczyliśmy także Was. Wielu  z Was zawdzięcza nauczycielom niesamowicie wiele. Szkoda, że tak szybko o tym zapominacie.

No, pani (niestety) Minister Edukacji zrobiła teraz bardzo dużo, żebyście o naszych dobrych stronach zapomnieli jeszcze szybciej. Wstydzę się za nią… wstydzę się, że jest moim Ministrem Edukacji. Tak sobie myślę, pewnie złośliwie, że nie udał się jej elementarz, więc, żeby zyskać w oczach rodziców, wymyśliła, że załatwi im w ferie darmową opiekę dla dzieci… No, no, gratuluję.

 

O tym, jak można stracić miłość swojego życia

 

Oglądam właśnie, po raz dwudziesty przynajmniej, film „Okruchy dnia”.

Pojawia się tam wątek, rozegrany zresztą po mistrzowsku, bliski nam wszystkim. Dotyczy odwagi w okazywaniu uczuć. Nie tylko odwagi, ale w ogóle umiejętności okazywania uczuć. Dotyczy też kwestii walki o miłość. Jej roli w naszym życiu. Tego, czy powinna być ważniejsza od obowiązków związanych z pracą…

Otóż, główny bohater to główny kamerdyner w zamku angielskiego lorda (rzecz dzieje się w Anglii w latach 30-tych XX wieku). Jest doskonałym pracownikiem, świetnie zorganizowanym, odpowiedzialnym i absolutnie godnym zaufania. W którymś momencie zatrudnia nową ochmistrzynię (poprzednia zwiała z młodszym kamerdynerem). Młodą kobietę z fantastycznymi referencjami, równie dobrą pracowniczkę jak on sam.

Obserwujemy ich relacje. Jego początkową niechęć do niej. Niezrozumienie wobec wprowadzania maleńkich zmian w jego do bólu uporządkowane życie („Nie wiem, czy ten wazon z kwiatami – mówi on do niej – nie będzie mnie rozpraszał.”). Po pewnym czasie miss Kenton staje się niezastąpiona i w zamku lorda, i w życiu kamerdynera Stevensa. „Zginąłbym bez niej” – stwierdza Stevens w rozmowie z innym kamerdynerem. Patrzymy na niego i wiemy, że nie chodzi mu jedynie o pracę.

Nie ma w filmie seksu, pocałunków. Są drobne gesty, spojrzenia, które dają nam pewność, że Stevens zakochał się w ochmistrzyni. Moja ulubiona scena to ta, w której panna Kenton odwiedza kamerdynera w jego pokoju (bez skojarzeń, w sprawach zawodowych). On akurat czyta jakąś książkę. Ona pyta, co to za książka. On nie chce jej powiedzieć. Ona próbuje zajrzeć mu przez ramię i sprawdzić tytuł lektury. On jakby ucieka i patrzy na nią, bacznie ją obserwuje. Ale jak. Jego oczy mówią wszystko. Ta miłość jest widoczna w jego spojrzeniu. Ona próbuje wyrwać mu książkę, dotyka jego rąk. To niezwykle erotyczna chwila. Przez ułamek sekundy Stevens jest mężczyzną – nie pracownikiem, nie kamerdynerem, nie sztywnym Angolem. Ale chwila mija szybko. On psuje wszystko nieopatrznymi słowami, bo boi się, lęka się, gdyż ona złapała go na chwili słabości, na chwili, kiedy nie zapanował nad sobą i pozwolił na bliskość. Bliskość oznacza niebezpieczeństwo, oznacza utratę kontroli, a na to Stevens nie chce, nie umie sobie pozwolić.

Niestety, panna Kenton nie widzi tego spojrzenia pełnego miłości. Stevens też przestaje być jej obojętny, ale kobieta nie potrafi przebić się przez twardą skorupę jego powściągliwości i oddania pracy, którą on przedkłada ponad wszystko.

Stevens nie umie okazać uczucia pannie Kenton, która nie jest tak powściągliwa. Chce kochać. Chce być kochaną. Chce okazywać swoją miłość.

Dlaczego kamerdyner jest właśnie taki? Mamy okazję przyjrzeć się relacji jego i ojca. I to chyba nam wszystko wyjaśnia. Jego rodzic jest zimnym, nieczułym człowiekiem. Najprawdopodobniej nauczył tego swojego syna. Niekoniecznie świadomie, być może niechcący… „Człowiek nie może czuć zadowolenia dopóki nie robi wszystkiego, co w jego mocy, by służyć swojemu pracodawcy…” – to motto życiowe i Stevensa, i jego ojca.

Kamerdyner traci ukochaną, która poddaje się w walce z jego powściągliwością i brakiem emocjonalnej odwagi. Wybiera mężczyznę, którego darzy po prostu sympatią, ale który jest zdecydowany i proponuje jej to, czego Stevens, choć podświadomie bardzo chce, nie umie jej dać…

Dlaczego zdecydowałam się o tym napisać? Bo wiele osób ma problemy z okazywaniem uczuć, inne z kolei żyją z takimi właśnie osobami i jest im ciężko, bo są inni. W życiu, w związku ważne są drobne, czułe gesty, słowa. Takich Stevensów, którzy stracili miłość swojego życia, jest wielu – kobiet  i mężczyzn, żeby była jasność. Zdarza się, że spotykamy kogoś, na kogo czekaliśmy całe życie, ale boimy się. Czyli mamy tu dwa problemy, jeden to taki, że uczucie należy okazywać, a drugi to taki, że w pewnych sytuacjach należy być odważnym i walczyć o ukochaną osobę. Stevens nie zrobił i jednego, i drugiego.

Są różne powody, dla których postępujemy tak a nie inaczej, ale myślę, że okazywanie czułości i pokazywanie, że zależy nam na ukochanej osobie, jest niezwykle ważne. Człowiek spełniony w życiu osobistym, kochający, kochany zupełnie inaczej funkcjonuje np. w życiu zawodowym. Człowiek, któremu nie okazuje się czułości, emocjonalnie zaniedbany, usycha. Najzwyczajniej w świecie. Musimy przeglądać się w oczach bliskiej nam osoby, aby czuć się dobrze, aby żyć dobrze, aby czuć się bezpiecznie.

Możecie mnie skrytykować, ale powiem szczerze i „od serca”: uważam, że na dłuższą metę człowiek nie nadaje się do życia w pojedynkę. Człowiek potrzebuje drugiego człowieka. Choć oczywiście nie za wszelką cenę. Bycie z kimś z lęku przed samotnością i tylko dlatego chyba nie ma sensu. Człowiek chce być z kimś, by się z nim w tym życiu spełnić. Oby takich ludzi, jak kamerdyner Stevens było jak najmniej.

A film „Okruchy dnia” Jamesa Ivory obejrzyjcie koniecznie.