Archiwa kategorii: posłuchaj obejrzyj przeczytaj

Otchłań

Pierwsze wspomnienie? Upalne lato. Zapach sianokosów. Ryk wypasanych krów. Nawoływania z pola. Źdźbła trawy łaskoczące mnie w twarz… I pytanie:

- No, panie Kawiński, gdzie pana zięć?

Stalowe oczy żołnierza przysłaniające blask słońca.

- Nie wiem – wyprostowany na baczność dziadek patrzy w oczy esesmana. – Dawno go tu nie było. Wyszedł któregoś dnia i nie wrócił.

- Taak? – Niemiec pochyla się w stronę mojego brata. – No, mały, a gdzie twój tata?

Alfred patrzy na niego ze strachem. Płowa grzywka opadła mu na czoło. Odgarnia ją z oczu.

- Nie wiem, proszę pana. Nie ma go w domu.

Teraz kolba pistoletu dotyka wydętego brzucha mojej matki.

- Pani Drawska, skąd ten brzuch? Mąż zrobił? To co? Jest czy go nie ma? Z obowiązków, widzę, się wywiązuje…

Kolba pistoletu stuka brzuch. Mocniej i mocniej.

Matka zaczyna płakać.

- Nie ma go od wielu miesięcy… nie wiem, gdzie on – tłumaczy przez łzy.

Esesman wzdycha zirytowany.

- Sąsiedzi go tu widzieli, pani Drawska. Proszę nie kłamać! Gdzie jest?!

Mężczyzna łapie matkę za podbródek i silnie ją ściska.

- Naprawdę nie wiemy – wtrąca dziadek – sąsiady zazdrosne. U nas i krowa, i świnie, a u nich bieda, to donoszą. Zawistne są.

Dziwny grymas wykrzywia gładko ogoloną twarz esesmana. Moment. I kolbą pistoletu mocno uderza w ciążowy brzuch mojej matki. Ta upada, głośno krzycząc. Alfred krzyczy razem z nią. Przypada do niej gwałtownie. Słychać strzał. Mój brat przewraca się na matkę. Z jego czoła leje się krew. A może z oczu? Nie wiem. Nie widzę dokładnie. Matka przestaje krzyczeć. Obejmuje nieruchome ciało mojego brata i kołysze je w ramionach.

- No, Drawska, mało ci?! – Niemiec pochyla się nad nią – Gdzie jest Marian Drawski?

- Nie wiemy! – dziadek z obłędem w oczach patrzy na całą scenę. – Nie wiemy! Nie wiemy! Nie wiemy!

Kolba pistoletu uderza dziadka w oko. Raz i drugi. Jakaś krwawa miazga wypływa z jego oczodołu. Starszy pan osuwa się na ziemię. Esesman znowu zwraca się w stronę mojej matki.

- Marian Drawski – wypowiada wolno imię i nazwisko mego ojca. – Gdzie jest?

- Ja nie wiem – szepcze mama.

Mężczyzna wyrywa z jej ramion martwego Alfreda.

- Ty szmato! – bije ją po brzuchu. Po twarzy. Wszędzie. Matka upada.

Niemiec prostuje się. Patrzy z pogardą na trzy leżące ciała. Spluwa. Kilka razy oddycha głęboko. Poprawia mundur.

- Jedziemy! – daje znak towarzyszącym mu żołnierzom.

Nieporuszona trwam na swoim miejscu. Słoma kłuje mnie po twarzy, ale nie ruszam się. Nie potrafię. A przecież muszę. Oni odjechali. Siedziałam grzecznie, jak kazała mama. – Nie wolno ci wyjść, rozumiesz? – długo patrzyła mi w oczy – nie wychodź. Oni w końcu odjadą. Odjadą. Wtedy możesz się ruszyć. Rozumiesz? – kiwałam głową przerażona. – Pamiętaj, bo rózga pójdzie w ruch. I wykonała gest, którego nie znosiłam. Kojarzył się z razami, jakie czasami od niej otrzymywałam…

A więc siedzę…

 Mijają sekundy. Minuty. Godziny…

Czołgam się powoli. Oni odjechali, ale może wrócą? Może lepiej, żeby mnie nikt nie widział? Podczołguję się do trzech nieruchomych kształtów. Coś lepkiego dotyka moich palców. Przyglądam się. To krew. Krew dziadka. Krew mamy. Krew Alfreda. Patrzę na nich. Nie mogę oderwać wzroku.

Mamo? Dziadku? Alfi? Cisza. Matka ma zamknięte oczy. Błogi wyraz twarzy. Chyba śpi. Przywieram do niej, nie zważając na kałużę krwi. Przywieram z całych sił. Przecież przy niej zawsze byłam bezpieczna…

Lekcja miłosnej poetyki

Zakochałam się w tej piosence dawno, dawno… Dokładnie 11 lat temu. Pamiętam dokładnie. Byłam w przededniu bardzo intensywnego okresu w swoim życiu… Ale to poetycko ujęłam :) Prawda jest taka, że przydarzyło mi się wkrótce potem to, co bohaterowi tego tekstu…

Wtedy niespecjalnie zwróciłam uwagę na tekst tej piosenki.  Ujęła mnie melodia, rytm, echo, moc… Parę dni temu odnalazłam ją i wsłuchałam się w nią dokładniej. No, proszę, okazała się swoistym preludium…

Otóż, dwoje ludzi przeżywa przygodę. Spotykają się nie wiadomo gdzie (nie jest to bowiem ważne) i przeżywają gorące zauroczenie. W tle morze, piach, słońce… Słowem – klasyka. On pragnie letnich uniesień, niczego poważnego: Miałem być szybszą z lin… – mówi. – Nim piach wypłuczę z fal… Chce jej dużo dać, ale potem odejść: Nim wezmę to, co dam – mówi. Czy ona o tym wie? Czy godzi się na taki niezobowiązujący układ? Nie wiadomo. On jest namiętny. W tym krótkim, jaki planuje, czasie, pragnie zaoferować jej naprawdę wiele: Następny dzień, napływ sił – jak opowiada. Ma świadomość, że krótki, wakacyjny romans może nie być tym, czego chce ona. Zdaje sobie sprawę z tego, że zawrócił jej w głowie, zaczarował, zauroczył, ale nie wiąże z nią przyszłości. Nie jest to więc układ uczciwy: Miałem być najlżejszą z win… – mówi, jakby się usprawiedliwiając. 

I nagle, jak to bywa w życiu, on traci kontrolę nad sytuacją: Spod nóg wypada rytm… – mówi. Chciał przygody, chciał chwili. Chciał dać jedynie uniesienia, namiętność, a podarował znacznie więcej… Słodki happy end – mówi.

Serce nie sługa, jak mówi przysłowie :)

Miałem być… miałem być – opowiada on. No, miał, tak planował, ale los przygotował dla niego niespodziankę. I dobrze. Szczęśliwe zakończenia są fajowe :)

A jaki z tego morał? Z uczuciami igrać nie wolno. To materia nieprzewidywalna. Gdyby było inaczej, pewnie nasze życie byłoby łatwiejsze, bezpieczniejsze, ale, być może, nudniejsze?

Ciekawe, skąd tytuł piosenki WYRZUCENIE?

(oczywiście jako rasowy filolog polski mam swoje teorie ;) )

Miłego słuchania :) Niestety, nie jest to zbyt dobra wersja tej piosenki. Lepszej na you tube nie znalazłam. Naprawdę piękną ściągnęłam z Muzodajni. Dopiero tam słychać, jaka jest fantastyczna.

 

Marcin Rozynek i Atmosphere

Wyrzucenie

A miałem być cieńszą z lin 
Następnym dniem, napływem sił
Nim piach wypłuczę z fal
Nim wezmę to, co dam

Słodki happy-end trochę mgieł i rad
Ping-pond bez wody, chmur szmat
Zły ruch, zmieniany wciąż kurs
Wiatr i fale, nasz Volkswagen-bus
Lepszy świat, perły i muł
Każdy oddech, cień skrzywiony z kół
Niemoc, piana i wszystko, co wiesz
Czego nie ma nawet i wiara też

A miałem być szybszą z lin
Bez śladów stóp, najlżejszą z win
Spod nóg wypada rytm
Zasypia ziemię z wydm

Słodki happy-end trochę mgieł i rad
Ping-pond bez wody, chmur szmat
Zły ruch, zmieniany wciąż kurs
Wiatr i fale, nasz Volkswagen-bus
Lepszy świat perły i muł
Każdy oddech cień, skrzywione z kół
Niemoc piana i wszystko, co wiesz
Czego nie ma nawet i wiara też

Kawałki w dobrym nastroju

 

Dziś mam dobry dzień. Oddaliłam na chwile swoje demony i stany depresyjne :) Nie.. no, oczywiście trochę przesadzam. Oddaliłam smutki. Udało mi się napisać scenariusz przedstawienia. Zabierałam się do tego  i zabierałam, i nic mi z tego nie wychodziło. Brakowało weny, natchnienia, tego czegoś, co powoduje, że jestem w stanie tworzyć. Nie jestem typem rzemieślnika. Raczej artysty. Stąd potrzeba odpowiedniej chili, odpowiednich emocji… Jasne, możecie się śmiać, co to za wysiłek stworzyć scenariusz szkolnego spektaklu. Może to wydaje się błahe, ale ja podchodzę to takich wyzwań ambitnie. Dla mnie każde tworzone przeze mnie przedstawienie ma być małą perełką :)

I tak dziś wreszcie przyszedł ten dzień… może wreszcie dlatego, że zaczęłam powoli akceptować swoją obecną trudną sytuację, znalazłam jakieś rozwiązania… Tak czy owak tekst powstał.

A nawiązując do tytułu… kiedy tworzę, słucham muzyki. Za każdym razem odpowiednio nastraja mnie coś innego.

1. „Under” Alex – kłamałam, ten kawałek pobudza mnie, cokolwiek tworzę :)

2. „I love you in velevet” – Malcolm McLaren – kawałek, który od wielu lat uznaję za szalenie erotyczny. Nie pytajcie mnie, dlaczego pasował mi przy tworzeniu szkolnego przedstawienia ;) Może dlatego, że też jest o miłości? O zbrodni, o karze, o winie…

3. „Wystarczysz tylko ty” Sumptuastic – tak, wiem, że to dicho że hej :) Ale co ja poradzę, że swym tanecznym rytmem sprawia, iż rymy i nie-rymy wychodzą mi tak gładko?

4. „The silence” Alexandra Burke – kawał głosu w cudnym czekoladowym ciele :) Ten kawałek ma moc, poza tym, lubię słuchać mocnych, silnych głosów. Zawsze sobie wtedy wyobrażam, jakby to było cudownie, gdybym to ja umiała tak śpiewać :)

5. „No” Dawid Podsiadło – cudowna piosnka, taka pozytywna, taka skoczna… No i ten Podsiadło ma kapitalny głos. Nic, tylko go słuchać i słuchać. W brzmieniu trochę mi przypomina Stinga. A Sting, moi drodzy, ma taaaaaaki męski głos. Wrrrrr…

6. „Shame” Eurythmics – chyba mniej znany kawałek tego zespołu. Moim zdaniem fajowy. Z pozytywną energią. A takiej trzeba przy tworzeniu :)

7. „Love runs out” One Republic – energetyczny kawałek, naprawdę dobry. Tak dobry jak kiedyś „Apologize”.

8. „Makes me wonder” Maroon 5 – no, tu sprawa jest prosta. W teledysku do tej piosenki  Adam Levine jest po prostu nieprzyzwoicie seksowny, no i jak jej słucham, to sobie o tym przypominam, a to mnie świetnie nastraja ;)

Oczywiście, piosenek, przy których mam natchnienie, jest o wiele więcej. Tym razem to były te :)

A Was? Co pobudza do działania? ;)

Cuda się zdarzają?

 

Nie wiem, czy się zdarzają… (Mam nadzieję, że tak.)

Ten tytuł to chwytliwa reklama pewnego filmu, którego… nie znam :)

Obejrzałam jego trailer. Tyle. Wygląda na historię miłosną niekoniecznie z happy endem, jakąś opowieść o namiętnej miłości przekraczającej wszelkie granice, także życia i śmierci. To też film o magii – dosłownie, jak sądzę, patrząc na jego zapowiedź :)

Czemu o tym piszę?

No, bo po pierwsze dziś WALENTYNKI, więc kochajmy się i tak dalej… A po drugie, urzekła mnie piosenka promująca tenże obraz. Załączę Wam zaraz odpowiedni link, to sobie posłuchacie :)

Piękny kawałek, naprawdę. Romantyczny na maksa. Oczywiście o miłości. Tekst może nieco banalny, zwyczajny, ale muza odjazdowa. Jak zwykle w przypadku „zachłyśnięcia się” jakąś piosenką, słucham jej po wielokroć (obecnie puszczam ją po raz 12.) Odtwarzam ją, upajam się nią, przeżywam, marzę, ekscytuję… Cudowna.

Nie było tego filmu na polskich ekranach. Nie wiem, dlaczego, bo wygląda obiecująco. Myślę sobie, że od czasu do czasu fajnie jest obejrzeć coś pięknego o czymś pięknym. A cóż może być piękniejszego od pięknej miłości? W mordę, NIC. Miłość daje kopa, daje siłę, daje takie fajowe, pozytywne spojrzenie na wszystko, daje wiarę w ludzi, daje zdrowie (te endorfiny i te sprawy). 

W moim życiu obecnie trochę mimo wszystko tej miłości jest…

Do moich synów. I, że tak powiem, wzajemnie :)  I do mojej kocicy ;) Nawet moich toksycznych staruszków nauczyłam się kochać… A jeśli, jak w tytule, cuda się zdarzają, to i jakiś fantastyczny facet jeszcze mi się trafi… Jak w tym filmie ;)

Kochajmy się, moi drodzy, życie jest tak krótkie :)

 


Światło słoneczne zakrada się
Oświetla naszą skórę
Obserwujemy jak mija dzień
Opowieści o tym, co robiliśmy
Sprawiały że myślałam o Tobie
Sprawiały że myślałam o Tobie

Pod bilionem* gwiazd
Tańczyliśmy na dachach samochodów
Fotografowaliśmy ten stan
Tak daleko od miejsca, w którym jesteśmy
Sprawiało to, że myślałam o Tobie
Sprawiało to, że myślałam o Tobie

Światła gasną
W tym momencie jesteśmy zagubieni i odnalezieni
Chcę tylko być przy Tobie
Gdyby te skrzydła potrafiły latać

Do końca naszego życia

Jestem w obcym stanie
Moje myśli się wymknęły
Moje słowa mnie opuszczają
Złapały samolot
Ponieważ pomyślałam o Tobie
Tylko przez myśl o Tobie

Światła gasną
W tym momencie jesteśmy zagubieni i odnalezieni
Chcę tylko być przy Tobie
Gdyby te skrzydła potrafiły latać

Cholera te ściany
W tej chwili mamy 10 stóp**
I ten sposób, w którym powiedziałeś mi
Zapamiętamy tę noc
Do końca naszego życia

Gdyby te skrzydła potrafiły latać

Światła gasną
W tym momencie jesteśmy zagubieni i odnalezieni
Chcę tylko być przy Tobie
Gdyby te skrzydła potrafiły latać

Cholera te ściany
W tej chwili mamy 10 stóp
I ten sposób, w którym powiedziałeś mi
Zapamiętamy tę noc
Do końca naszego życia

To właśnie miłość

 

Nie wyobrażam sobie Świąt bez filmu „To właśnie miłość”. Oglądam go co roku, jak szanowna tv go nada, a jeszcze się nie zdarzyło, żeby któraś stacja się nie skusiła i go nie wyemitowała. Tak, tak, wiem. Mogę go przecież obejrzeć w każdej chwili w necie. Ale to nie to samo, uwierzcie mi. Przyjemność obcowania z tym filmem polega między innymi na tym, że oglądam go w moim starym telewizorze.

Co takiego urzeka mnie w owym obrazie? 

Uniwersalne przesłanie, że miłość ma ogromną moc. Przekonanie, że kiedy kochasz, możesz wiele. Może nawet wszystko? No i kiedy kochasz, powiedz to. Nie kryj się z uczuciami.

Oprócz tego cudowne jest zgrabne przemieszanie dramatu z komedią. Mamy tu kilka wątków. Z jednych się śmiejemy, inne nas wzruszają bądź nawet smucą. A wszystko „wtopione” w przedświąteczną londyńską atmosferę.

Daniel własnie stracił żonę. Szykuje się do pogrzebu. Wkrótce będzie musiał pomóc swemu szaleńczo zakochanemu pasierbowi. W tym samym czasie Juliet i Peter biorą ślub. Ceremonię filmuje zakochany w Juliet przyjaciel Petera. Jamie nakrywa żonę na zdradzie. Harry’ego podrywa atrakcyjna sekretarka. Nieszczęśliwy i samotny Colin postanawia szukać kobiety swego życia w Stanach Zjednoczonych. Sarah od dwóch lat kocha się w Carlu i nie wie, jak wyznać mu swe uczucia i powalczyć o wzajemność. Dublerzy nagich ciał znanych aktorów Judy i John poznają się na planie jednego z filmów i zakochują w sobie. Nowo wybranemu premierowi Wielkiej Brytanii wpada w oko apetyczna asystentka…

A w tym wszystkim podstarzały rockandrollowiec Bill próbuje wskrzesić swoją dawną świetność nagrywa cover znanego przeboju. Scena, w której ciągle myli jedno słowo i nie jest w stanie nagrać poprawnej wersji, to, moim zdaniem, majstersztyk.



Każdy z bohaterów filmu kocha, kochał, zamierza kochać. Miłość jest wszędzie. 

Śmiejemy się, kiedy Colin mówi o sobie, że jest bogiem seksu, a dostaje kosza od każdej napotkanej dziewczyny. Wzruszamy, kiedy widzimy, jak zona Harry’ego odkrywa jego niewierność. Denerwujemy się, kiedy Sarah zamiast uprawiać ognisty seks z przystojnym Carlem, rozmawia przez telefon ze swoim upośledzonym bratem. Denerwuje nas to, bo Sarah ma prawo ułożyć sobie życie, ale tego nie robi… Współczujemy Markowi, bo wiemy, że Juliet kocha swego męża i Mark jest dla niej jedynie miłym znajomym. Żal nam Daniela, ale radość wzbudza w nas historia Sama, która i pogrążonego w żałobie Daniela przywraca do życia.

Fantastycznie dobrani aktorzy. Nie wiem, kto inny mógłby zagrać podstarzałego piosenkarza. Bill Nighy jest świetny. Colin Firth jako zdradzany pisarz – strzał w dziesiątkę. Emma Thompson odkrywająca naszyjnik dla swoje rywalki – cudo. Po angielsku uroczy, ale i „sztywny” Hugh Grant jako premier – bomba. Alan Rickman – dojrzały, przystojny, ulegający czarowi sekretarki – extra.

Kreacje aktorskie to zdecydowanie mocna strona tego obrazu.

Mnie w tym roku te historie jakoś wyjątkowo wzruszyły. Chyba pozazdrościłam niektórym bohaterom ich szczęścia :) Oczywiście, niektóre z tych opowiastek trącają o naiwność i nieprawdopodobieństwo, ale to nie szkodzi, bo dzięki temu chyba równoważą akcenty dramatyczne i smutne, obecne w filmie. Wiadomo, że angielski premier nie pozwoli sobie na pewne teksty czy zachowania tak jak Hugh Grant odgrywający jego rolę, a jednak kibicujemy czarującemu szefowi rządu i bardzo nam, jako premier, pasuje. No i ta scena z tańcem…



Kto jeszcze filmu nie obejrzał, polecam gorąco :)

Dobry film kontra zły film

 

Uwielbiam oglądać filmy. Prawie tak bardzo jak… czytać książki ;) 

Wczoraj obejrzałam obraz, po którym spodziewałam się wiele, a otrzymałam mało. Za mało. Rozczarował mnie. 

Pomysł był świetny.

Ziemia po jakiejś globalnej katastrofie. Ci, którzy ocaleli, tworzą społeczeństwo, w którym nie ma miejsca na zbyt wielkie emocje i jakiekolwiek namiętności – każdy rano zażywa tabletkę, dzięki której nie szaleje :) Nie wolno się dotykać. O pocałunkach nawet nie wspominam – w tym społeczeństwie są nieznane. Nikt się nie wyróżnia – w tym świecie wszystko jest szare, kolory niewidoczne. Nie ma lepszych i gorszych, nie ma ładniejszych i brzydszych, nie ma bogatszych i biedniejszych. Najważniejsi w społeczeństwie podejmują decyzje co do przyszłości każdego obywatela, który praktycznie wszędzie jest obserwowany, a jego zachowanie poddawane analizie. Ludzie nie mają wspomnień, snów.

Dzięki tym wszystkim „wynalazkom” ludzie się nie kłócą, nie zabijają. Brakuje ekscytacji, podniecenia, ale w związku z tym nie ma wojen, konfliktów, zawiści, zdrad itp. Wszystko to, co kiedyś doprowadzało ludzkość do nienawiści i kłopotów, zostało wyeliminowane.

Wszędzie panuje spokój i względne zadowolenie. W moim odczuciu względne, ale w odczuciu bohaterów całkowite, bo niczego innego nie znają.

W ich świecie nie ma słowa „kocham”. Jest za to, jestem z ciebie zadowolony, jestem z ciebie dumny… Pary są kojarzone przez Radę z absolutnie racjonalnych pobudek. Dostają potem dzieci, które wychowują (do rodzenia dzieci wybierane są kobiety, dla których bycie biologiczną matką jest jakby zawodem, tak jak dla innych np bycie opiekunką do dzieci czy pilotem). Tak wygląda jednostka rodzinna :) 

I nagle w tym wszystkim pojawia się młody mężczyzna, dla którego Rada wybrała zawód – Biorcę Pamięci. Ma zostać przeszkolony przez Dawcę Pamięci, którego kiedyś zastąpi, gdy Dawca zestarzeje się i odejdzie do tzw. Innego Miejsca (niby emerytura, ale to tylko pozory, bo gdyby na emeryturę zsyłano wszystkich w zaawansowanym wieku, nie starczyłoby dla nich miejsca – domyślacie się już, czym  jest Inne Miejsce?)

Młody człowiek, Jonas, jest inny. Obdarowywany przez Dawcę Pamięci wspomnieniami ludzkości, zaczyna dochodzić do wniosku, że zbyt wiele zabrano ludziom. Uznaje, że tracąc uczucia, emocje, koloryt, traci się sens życia. Nawet gdy Dawca pokazuje mu okrutne wspomnienia, związane ze śmiercią, zabijaniem, okrucieństwem, Jonas wierzy w to, że uczucia są człowiekowi niezbędne.

Przestaje brać codzienną tabletkę, zaczyna widzieć kolory, zaczyna czuć…

I zaczynają się jego kłopoty.

I nasze jako widzów :) Po obiecującym początku, kiedy obserwujemy narastający bunt Jonasa, przemianę jego szarego świata (bo chłopak zaczyna widzieć wszystko takie, jakie jest naprawdę), rozpoczyna się powolny upadek filmu. 

Jonas chce uratować ludzkość, więc ucieka i szuka tajemniczej granicy, po przekroczeniu której wszyscy obywatele odzyskają pamięć, wspomnienia, uczucia… Naciągane, co? Wystarczy odnaleźć pewne miejsce i już. Żadnych komplikacji. Wszyscy gonią Jonasa, ale w momentach, w których powinni go złapać, oczywiście go nie łapią. 

Koleżanka chłopaka, której nielegalnie zwierzył się ze swoich nabytych wspomnień, ma przez niego kłopoty. Za karę przeniosą ją do Innego Miejsca, ale będą to robić tak opieszale, że… oczywiście Jonas zdąży dotrzeć tam, gdzie trzeba. Koleżanka ocaleje.

Jest w filmie Meryl Streep – cudowna, jak zwykle, ale nie ratuje filmu. Nie może. Fabuła od połowy trąci myszką. Zabrakło pomysłu na drugą część.

Gdzieś słyszałam, że film zrealizowano na podstawie książki. Jeśli tak, to prawdopodobnie by mnie rozczarowała. Chyba że obraz znacznie odbiega od literackiego pierwowzoru.

A tak dobrze się zapowiadało.

Dla porównania, jakiś czas temu miałam okazję obejrzeć film REWELACYJNY – „Atlas chmur”. Niesamowite widowisko. Fantastyczne kreacje aktorskie. Całość dopracowana w najdrobniejszym szczególe.

Widzimy kilka rozgrywających się historii. Każda w innym momencie dziejowym. Mamy przeszłość, tę odległą i tę bliższą, mamy przyszłość, tę daleką i tę bardzo odległą. Wszystkie, jak się szybko okazuje, są ze sobą powiązane. Każda w inny sposób pokazuje jakąś jednostkę, jakiegoś człowieka, który ma lub nie ma odwagę, by zmieniać świat. Każda z tych opowieści dotyczy też tego, jak wielkie znaczenie może mieć w naszym życiu CHWILA. Czasem moment zmienia całe nasze życie. Czasem mamy odwagę coś zmienić. A czasem nam jej brakuje.

Mamy tu historię podróżnika z czasów niewolnictwa. Jest opowieść o kompozytorze homoseksualiście i jego nieśmiertelnym dziele. Jest kasjerka z futurystycznego Mc Donalda, która spróbuje odmienić los najbiedniejszych. Znajdzie się też myśliwy, z bardzo odległej przyszłości, w której ludzie z powrotem koczują w lasach. Mamy też historię dziennikarki, która wpada na trop mega afery. 

Niby różne, nawet niekoniecznie fascynujące opowieści, tak na pierwszy rzut oka. Ale to pozory. Wszystko układa się w całość. W niesamowitą całość. Jedno wynika z drugiego. Jedno jest zależne od drugiego. Jak w życiu – to, co robili nasi przodkowie, wpłynęło na to, co robimy my.

Do tego jeszcze w każdej historii pojawiają się ci sami aktorzy, tyle że często ucharakteryzowani tak, że trudno ich rozpoznać (np mężczyźni grają kobiety).

Powiem Wam, że kiedy obejrzałam „Atlas chmur” po raz pierwszy, zachłysnęłam się nim tak, że natychmiast zaczęłam go oglądać po raz drugi. Powalił mnie na kolana. Nie tylko pomysłowością, ale również realizmem. Nie ma tam „naciąganych” scen. Nie ma „zabili go i uciekł”. A pokazywanie kilku opowieści praktycznie równocześnie, okazało się świetnym rozwiązaniem. Dzięki temu szuka się analogicznych zachowań w postawach czy decyzjach bohaterów, głębiej wchodzi się w ich historię. Komplikuje to odbiór, ale w sensie pozytywnym. Jest trudniej – jest ciekawiej. 

Jednym słowem BOMBA :)

I tak, Moi Drodzy „Atlas chmur” obejrzyjcie koniecznie, ale „Dawcę pamięci” niekoniecznie.

:)

Love story, historia, która się nie zestarzała

 

Odkryłam tę książkę, kiedy byłam w liceum. W sumie łzawa historyjka o miłości. A jednak wcale nie taka zwyczajna. Napisana językiem, który w magnetyczny sposób trafiał do odbiorcy takiego jak ja. No i ta tragedia w tle…

A później odkryłam film… Mam nieodparte wrażenie, że nie zestarzał się ani trochę. A przecież filmów  o miłości, zwłaszcza o miłości nieszczęśliwej powstało bardzo wiele. Co więc przyciąga mnie-widza w tym właśnie obrazie? Co przyciąga innych? Bo ten film cały czas ma ogromną rzeszę wielbicieli.

Myślę, że fantastycznie pokazano miłość. Aktorzy grają tak przekonująco, że ma się nieodparte wrażenie, iż coś ich naprawdę łączyło. Nie tylko gra na ekranie (kto wie? kto wie?) Ich uczucie jest piękne, romantyczne. Jest też szalenie namiętne – scena, w której Jen i Olivier tarzają się po śniegu i w którymś momencie dziewczyna zlizuje śnieg z twarzy kochanka, jest, moim zdaniem, niezwykle erotyczna. To erotyzm bez nachalności. Nie ma wszechobecnej golizny. Nie ma jęków i wzdychania. To wszystko jest tu niepotrzebne. Uczucie pokazano w tak sugestywny sposób, że w nie wierzymy, że je czujemy. Namiętność i oddanie kochanków jest wręcz namacalne. I to niewątpliwie jest bardzo mocną stroną tego filmu. Oglądamy miłość, która zdaje się być prawdziwą do szpiku kości :) Zatracamy się w niej tak, jak jej bohaterowie. I to jest piękne.

Aktor odtwarzający rolę Oliwiera – Ryan O’Neal nie był aktorem wybitnym i specjalnie się jakoś nie zapisał w historii kina :) Ale w „Love story” jest znakomity. Przekonujący w każdym calu. Kocha, dyskutuje, cierpi, przeżywa… naprawdę to robi.

Podobnie Ali MacGraw – jako aktorka bardziej znana niż jej partner, choć też żaden z niej aktorski geniusz. Ale w „Love story” świetna. Równie przekonująca jak O’Neal.

Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby razem zagrali, ale to był strzał w dziesiątkę. Są rewelacyjnie dobrani. I, jak wspominałam wcześniej, tak bardzo prawdziwi w tej filmowej-fikcyjnej historii.

W tle mamy jeszcze jakieś konflikty na polu biedny-bogaty, stary-młody, czyli takie uniwersalne ludzkie problemy, które harmonijnie wpisują się w całą historię. I słowa, które padają w tym filmie kilkakrotnie: „Kto kocha, nie potrzebuje mówić przepraszam”… Co Wy na to? Jest tak? Czy nie?

Jeśli dołożymy do tego jeszcze niesamowitą muzykę Francisa Lai, to mamy już perfekcyjna całość :) Muzyka jest przepiękna. I nie mam tu na myśli tego słynnego, sentymentalnego i potwornie łzawego motywu „Where do I begin”. O, nie. Dla mnie liczy się cała reszta, którą zresztą poniżej Wam zaprezentuję. Uwielbiam słuchać tej muzyki. Wyczuwa się w niej pewną zaszłość, niedzisiejszość, nienowoczesność, ale to dobrze, bo to sprawia, że staje się ona klasyką. Jest również szalenie uczuciowa, gorąca, chwilami namiętna, ale przede wszystkim romantyczna.

Co ja Wam tu będę mówić… Macie ochotę popłakać na dobrym filmie? To obejrzyjcie „Love story”. Dobrze jest czasem uronić łzę, oglądając coś naprawdę dobrego ;)

 

Ach, ten Lenny i jego boskie ciało

 

Mam kolejną piosenkę, w której się zakochałam. „The chamber” Lenny’ego Kravitza.

Kapitalny utwór, daje kopa. Uwielbiam takie klimaty :)

Przy okazji Lenny’ego zaczęłam wspominać, jak wiele lat temu ekscytowałyśmy się z moją siostrą inną piosenką tego artysty „I belong to you”. Nie chodziło jedynie o utwór. Istotny był też teledysk, a w nim Lenny – półnagi, wyrzeźbiony niczym młody bóg, rytmicznie wywijający tym i owym ;)

Aleśmy z siostrą wzdychały, patrząc na jego boską klatę. Na to ciało doskonałe. Ciało nagie. Ciało półnagie. Ciało w kusej koszulce. Ciało w mokrej koszulce (bo Lenny wdzięcznie poruszał biodrami, stojąc w morzu). Po prostu bardzo seksowne ciało. Mniam…

Oglądałyśmy teledysk wielokrotnie, wpadając za każdym razem w podobną ekscytację :)

Oglądałyśmy też, oczywiście, inne teledyski, na którym boski Kravitz zawsze był nieprzyzwoicie, do bólu wręcz seksowny. Chciało się go dotknąć, nie powiem ;)

Co ciekawe, na co dzień wcale nie poszukiwałam mężczyzny, który by prezentował takie walory fizyczne. Zupełnie tego nie potrzebowałam. Nawet się specjalnie nie oglądałam za tzw. ciachami. Do dziś tego nie robię. W prawdziwym życiu najseksowniejszy jest dla mnie… mózg mężczyzny i zapach czystości, jaki roztacza. To jest połączenie doskonałe. Seksownemu mózgowi nie umiem się oprzeć. Zadbanemu zapachowi również…

Dlaczego więc tak zawojował mnie Lenny? Dlaczego w życiu tacy jak on nie robili (i nie robią) na mnie większego wrażenia? Czyżbym podświadomie czuła, że wyrzeźbione ciało jest bardzo kruchym walorem? W gruncie rzeczy mało istotnym?

Uwielbiałam na niego patrzeć. Ale nie śniłam o nim. Miałam  dwadzieścia parę lat – może byłam za stara na takie marzenia? takie sny? :)

Myślę, że wtedy kreowano go w jakiś sposób na sex symbol. To pewnie potęgowało odczucia. W większości video Kravitz jest na maxa wystylizowany, świetnie ubrany, zadbany. Ciuchy podkreślają jego umięśnione ciało. Fajnie się porusza, zmysłowo – nawet, kiedy gra na gitarze. Daje to spójną całość – ciacha jak cholera :) Wystarczy popatrzeć na „Again” – jest tam więcej nagiego Lenny’ego niż gdziekolwiek indziej. Jak można było przejść nad tym do porządku dziennego? Jest tam taka scena, w której Kravitz się rozbiera i idzie pod prysznic. Oj, dużo pokazali. I do tego ze smakiem. No, to co, miałam się nie ekscytować? To było taaaakie przyjemne ;)

Poza tym podobała mi się też jego muzyka, nie tylko on. To też swoje robiło. 

Kravitz to nie jedyny mężczyzna z teledysku, który mnie w swoim czasie uwiódł. Byli też inni ;) Jednak przy okazji tej nowej piosenki wspominam właśnie jego.

Poniżej najnowszy teledysk Lenny’ego. Co ciekawe, wcale go tam nie widać. A fajnie by było go ujrzeć. Jak teraz wygląda? Czy się postarzał? Czy nadal roztacza tę erotyczną aurę wokół siebie? 

Ale i bez niego video jest świetne. A piosenka rewelacyjna.

 

 

A to Lenny z dawnych lat…

 

Tango na dobranoc

 

W gruncie rzeczy to byłby dobry tytuł opowiadania.

Opowieści o tym, jak się poznali w mało romantycznym miejscu. Ona rozlałaby kawę i zachlapała mu spodnie w jakiejś kawiarence. Na przykład. Albo on byłby prawnikiem, a ona jego klientką w pracy. Też może być. Ale najważniejsze byłoby to, co ich połączyło. Namiętność. Być może nic więcej. Jednak namiętność byłaby powalająca, obezwładniająca. Przysłoniłaby im cały świat. Nie wiem, na jak długo. Może jedynie na chwilę, może dwie… Czuliby te emocje każdym centymetrem ciała, każdym skrawkiem… Byliby ze sobą w każdej minucie, godzinie, dniu i nocy, gdyż oderwani od siebie, zbyt mocno by cierpieli.

Ale od miłości, takiej wszechogarniającej, takiej na maxa, tylko krok do nienawiści.

Co by ich spaliło? Nie wiem. Może za dużo namiętności, zmysłowości…? Czy tego może być za dużo? Albo zazdrość. O, tak, zazdrość jest dobra. W tak gorącym związku mogliby stać się zaborczy i to by ich zniszczyło.

Jak w tangu… Mężczyzna i kobieta poznają się, kochają, a potem ze sobą walczą. Wow.

Tango argentino. Fantastyczny, zmysłowy taniec. Powstał, czy raczej pojawił się po raz pierwszy w Ameryce Południowej ok. 1900 roku. Był modny w tanich spelunach i domach publicznych. Nazywano go zresztą tańcem ulicy. Czyli ludzie na tzw. poziomie tego nie tańczyli. Przynajmniej na początku :) Za dużo dotykania, bliskości, takiej niebezpiecznej, podniecającej. Uznano więc ten taniec za nieprzyzwoity. Nawet jeden z papieży oficjalnie go skrytykował. Jednak tango zaczęło zyskiwać coraz większą popularność. I choć go zakazywano i tak ludzie go tańczyli. Finezja, wielość figur, bliskość partnera/partnerki były zbyt pociągające. To był taniec inny niż wszystkie dotychczasowe.

Rozsławił go w latach ’20 Rudolf Valentino w filmie „Czterech jeźdźców apokalipsy”. Film niemy, z kapitalną, odważną, jak na tamte czasy, sekwencją tańca. Boski Rudolf zatańczył tak, że stał się bożyszczem milionów kobiet. I pozostał nim aż do śmierci (niestety zmarł młodo).

A dziś? Argentyńskie tango jest tańcem dla każdego. Nikt go już nie zakazuje. Miliony ludzi uwielbiają je i tańczą. Nie dziwię się. Taniec ten często pojawia się w filmach. Tam, gdzie emocje, ekscytacja, tam i tango. Pasuje jak ulał :)

Dlatego dziś na dobranoc tango…

Miłego oglądania i słuchania :)

Głos, od którego mam ciarki…

 

Siedziałam dziś sobie i szykowałam materiały do szkoły, jednocześnie rozważając o czym dziś „pobloguję”.

Niedziela to taki fajny dla nauczyciela dzień – sprawdza klasówki, wypracowania, przygotowuje kartkówki, karty pracy… :) Umilałam sobie pracę, słuchając muzyki. Przeróżnej. Żeby się dobrze nastroić i stworzyć solidne i twórcze materiały dla uczniów, słuchałam i Pavarottiego (Nessum Dormy – uwielbiam), i Toma Jonesa, i Barry White’a, i Eurythmics, i nawet NKOTB…

Przy Barrym trochę odpłynęłam. To znaczy przeszły mnie ciarki. White ma tak głęboki, erotyczny głos, że… różne myśli miałam w głowie, słowo daję.

I o tym dziś napiszę. O tym, jak głos wpływa na nasze postrzeganie danej osoby.

Sądzę, że głos jest niezwykle ważny. Sama mam głos całkowicie przeciętny. Dopiero, kiedy choruję na gardło, robi się takie chrypiąco-głeboko-seksowny. Nawet myślałam, jak to nabawić się chronicznego zapalenia gardła, żeby łatwiej zniewalać wszystkich wokół, ale jak podliczyłam koszty takiego przedsięwzięcia i jego, nazwijmy to, skutki uboczne, pomysł odłożyłam na półkę :)

Nie wiem, czy dla mężczyzn głos kobiety bywa wabikiem, czy jest istotny w relacjach prywatnych… Dla mnie-kobiety głos bywa fascynujący. Bywa silnym afrodyzjakiem. Co ciekawe, wybierając partnera, wybrałam takiego, który ma zwyczajny głos. Dlaczego? Może bałam się, że za bardzo zniewoliłby mnie, gdyby miał seksowny? Chrypiący, głęboki, zmysłowy… o rany, mówiłby cokolwiek, a ja bym szalała, robiła wszystko, traciła nad sobą kontrolę regularnie… Nie wiem, czy to bezpieczne :) Dlatego ekscytuję się męskimi głosami „na odległość”. Ostatnio nawet  mój mąż obraził się na mnie śmiertelnie, gdyż trochę za bardzo zaczęłam rozpływać się nad grą i… oczywiście głosem Roberta Więckiewicza. Gadałam jak najęta o tym, jakim jest świetnym aktorem,  w których filmach to widać, a potem zaczęłam analizować brzmienie jego głosu. Że ten tembr… ta nuta… ten szmer… to pochrypywanie… Mój małżonek zniósł dzielnie mą przemowę, ale tego wieczoru już się do mnie nie odezwał. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że trochę przesadziłam. Powinnam była choć nawiązać do głosu mego ślubnego, upewniając go, że nie ma to jak jego głos czy coś w tym stylu :)

Dobrze, że nie zaczęłam zachwycać się innymi głosami. Bo Więckiewicz nie jest jedyny. O, nie. Jest jeszcze taki aktor Adam Woronowicz. Przyznaję, że „Czas honoru” oglądałam nie tylko przez „zacięcie historyczne”. Zdarzało mi się zamykać oczy i słuchać, co mówi Woronowicz (a grał paskudną postać). W sumie nieważne było, co mówił; istotne, jak to robił :) Skubany, głos ma taki, że ciary człowieka przechodzą…

Parę dni później rozmawiałam z moim małżonkiem i tłumaczyłam mu, że takie zachwycanie się aktorem czy wokalistą jest w gruncie rzeczy bezpieczne. Przecież to ktoś namacalnie nieistniejący (fajne sformułowanie wymyśliłam ;) ). Przynajmniej dla mnie.  Nie znam go. Nie mam szans na to, aby posłuchać, jak mówi „na żywo”. Można się więc rozpływać do woli. Mój mąż na to, że takimi słowami, jak ja to zrobiłam, to nawet z wirtualnym facetem ekscytacja byłaby niebezpieczna :)

Od tamtej pory, na wszelki wypadek, żeby nie urazić, ekscytacją swą już się z nim nie dzielę.

Teraz się dzielę – z Wami. Ale to tak wirtualnie i najzupełniej bezpiecznie :)

I tak trzeba by dojść do Barry White’a. Zaraz Wam coś tu załączę, żebyście mogli posłuchać jego niesamowitego głosu. To najbardziej zmysłowy tembr wśród śpiewających, moim zdaniem. Jest wiele interesujących, ciekawie brzmiących, oryginalnych. Barry ma głos wyjątkowy, piekielnie erotyczny. Jego śpiew mnie osobiście pobudza… w pewnym sensie do działania ;)

I tak zmierzając do podsumowania, stwierdzam, że głos potrafi w dużym stopniu zwiększyć atrakcyjność mężczyzny. Oczywiście, to w jakiś sposób atrakcyjność powierzchowna, bo na dłuższą metę, powiedzmy sobie szczerze, nie wystarczy jedynie aksamitny głos. Ale ile może namieszać w głowie… ;)