Archiwa kategorii: świat wg Rudej

Naprawiać czy wyrzucać?

 

Kupiłam dziś jakieś babskie czytadło dla zabicia czasu w autobusie.

No i siedzę sobie wygodnie, przerzucam kartki, a tu nagle news dnia ( ;) ) – jakaś celebrytka rozstała się z partnerem, krótka notka, obok zdjęcie, jego i jej, i podpis: Byli ze sobą trzy lata!

Wiecie, ten wykrzyknik tak mnie rozbawił, że uśmiałam się prawie do łez. Jednak po dłuższej chwili dopadła mnie refleksja, że nie powinnam się z tego śmiać, tylko płakać, i to rzewnymi łzami. Dostawiając ten wykrzyknik, ktoś nam wyraźnie sugeruje, że para odniosła niesamowity sukces, skoro wytrwali w związku AŻ trzy lata. To tak długo – te trzy lata…

No, schodzimy na psy, daję słowo. To bycie ze sobą trzy lata jest takim wyczynem? Może tak jest w tym celebryckim światku, co? Ja nie wiem, nie obracam się w nim, ale myślę, że dla przeciętnego obywatela o przeciętnym ilorazie inteligencji ten podpis to jasny przekaz: Wow, co za bohaterstwo… aż trzy lata… o rany… :)

I tak od refleksji nad podpisem przeszłam do rozmyślań nad trwałością związków.

Coś jest w tym, że coraz częściej ludzie wolą zmienić partnera niż popracować nad związkiem. Wolą wyrzucić niż naprawić. Coraz rzadziej, coraz trudniej spotkać pary o długim stażu. Coraz więcej rozwodów i rozstań wokół nas. Dlaczego?

Myślę sobie o swoich związkach. Najdłuższy właśnie się kończy – 8 lat. To dużo czy mało? Z jednej strony kawał czasu, kawał wspólnego życia, wspomnień, radości i bólu. Na myśl o tym, że te osiem lat straciłam, bo już kolejnych nie będzie, pęka mi serce. Bo choć powtarzam sobie, że oczywiście już nie kocham mojego męża i w ogóle wszystko mi przeszło, to jest to bzdura. Nie da się odkochać tak szybko, skoro do końca się miało nadzieję, że może jednak wszystko się ułoży. Nie da się odkochać tak szybko, skoro kochało się naprawdę. Jeszcze tęsknię, jeszcze cierpię, jeszcze czuję… Walczę z tym, ale… na wszystko przyjdzie czas. Czas leczy rany. Moje też zaleczy. Nie ma, drań, wyjścia :)

Z drugiej strony, takie 8 lat to tylko osiem lat. Inni są ze sobą 10, 15, 20… Czy rozstanie po piętnastu latach to większy dramat niż po ośmiu? Chyba nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Każda sytuacja jest inna.

Zasadnicze, moim zdaniem, jest pytanie: Dlaczego się rozstajemy? A raczej: dlaczego często jest tak, że rozstajemy się mimo wszystko pochopnie? Mimo że moglibyśmy wszystko naprawić?

Nie chcę uogólniać. Wiem, że są rozstania, które musiały nastąpić. Bywają bowiem sytuacje, których się nie naprawi. Jasne.  A jednak, na co wskazuje ten komentarz pod celebryckim zdjęciem, zbyt często w dzisiejszych czasach idziemy na łatwiznę i zamykamy pewne rozdziały w naszym życiu. Zbyt łatwo się poddajemy. Łatwiej wyrzucić, trudniej naprawić, powiedzmy to sobie szczerze.

Czy zrobiliśmy się leniwi? No, przecież coś musiało się stać, skoro tak postępujemy?

Powodów pewnie jest kilka.

Moim zdaniem, dzisiejsze czasy są podłe, bo większość czasu zabiera nam praca. Żyjemy, by pracować a nie na odwrót. Niestety. Zagonieni pracą zapominamy, że to, co najważniejsze, to bliskość drugiego człowieka. Bez niej człowiek usycha. Oczywiście, praca jest szalenie ważna. Bo wydatki, bo kredyty, bo debety, bo zabawki, bo kieszonkowe, bo kino, bo ciuchy… Pewnie. To wszystko jest niezwykle istotne. Tyle że jeśli nie zachowamy zdrowych proporcji między życiem zawodowym i prywatnym, unieszczęśliwimy siebie i naszych bliskich. Sądzę, że obecnie mamy do czynienia z takim właśnie zachwianiem priorytetów. Wygrywa zarabianie pieniędzy, wiązanie końca z końcem, przegrywa czułość, bliskość, intymność.

Inny powód? Egoizm. Mam wrażenie, że więcej go w nas aniżeli kiedyś. A skoro skupiamy się na sobie, to dlaczego mielibyśmy coś naprawiać, być elastycznym, coś poświęcić…? Jeśli jestem dla siebie najważniejsza, JA, JA  tylko JA, i MOJE potrzeby, to znajdę winę tylko w drugiej stronie. A skoro tak, to znaczy, że trzeba tę wadliwą stronę wyrzucić, pozbyć się jej. Egoizm, egocentryzm, egotyzm to cechy utrudniające zbudowanie i podtrzymywanie szczęśliwego związku… Para musi koncentrować się w podobnym stopniu na potrzebach, pragnieniach obojga osób a nie tylko jednej. Wtedy łatwiej coś dostrzec, naprawić, jeśli zajdzie taka konieczność.

A skąd, w takim razie, tyle egoizmu wokół nas? Skąd go więcej niż kiedyś? Tego to ja nie wiem. Może taki trend w wychowaniu?

Jeszcze jakiś powód? Przyzwolenie społeczne. Tak jak kiedyś „modne” były długie związki, długie małżeństwa, tak teraz, mam wrażenie, obserwuje się wyzwolenie z dawnych pęt. Większą wolność, brak potępienia wobec ludzi „skaczących z kwiatka na kwiatek”. Teraz to oni nie skaczą, tylko zdobywają doświadczenie ;)

I tak, jak mówi stare porzekadło, ziarnko do ziarnka, aż zebrała się miarka. Zmieniamy partnerów często, niekiedy zbyt często. Nie chce nam się naprawiać błędów, przyznawać do winy, ustąpić… Łatwiej i szybciej jest zrezygnować i szukać czegoś nowego. Albo po prostu odpuścić. Szkoda. Myślę, że takie emocjonalne lenistwo prędzej czy później się na nas zemści.

A póki co, w babskich czytadłach o związkach z 20-letnim stażem czytamy: Co za evenement… Chciałabym, żeby to się zmieniło.

Wiąże mocniej niż ślub

 

No, zgadnijcie, o czym mowa?

O kredycie hipotecznym oczywiście.

Wiąże on ludzi tak mocno, że przysięgi składane w kościele/urzędzie to przy nim mały pikuś :)

Miałam niedawno okazję rozmawiać z pewną przemiłą panią mecenas. Uświadomiła mnie ona, że rozwieść się jest w sumie łatwo, ale pozbyć wspólnego kredytu hipotecznego już nie.

Bez względu na to, co partnerzy/małżonkowie ustalą między sobą; bez względu nawet na to, że sąd przychyli się do ustaleń, na podstawie których jeden z partnerów przejmuje kredyt, i tak głos decydujący ma BANK. Guzik go obchodzi, że jedna osoba chce i będzie spłacać pożyczkę. Guzik ich obchodzi, że ludzie chcą się rozstać i nie mieć już ze sobą nic wspólnego. Guzik.

Jak dwie osoby brały kredyt, to dwie mają go spłacać i tyle. Wiele razy zdarza się, że przed sądem małżonkowie ustalają, kto będzie spłacał kredyt. Zobowiązują się absolutnie, wszystko jest spisane itd. I co z tego, skoro potem i tak bank ma to w nosie.

Oczywiście, zdarzają się wyjątki. Jeśli jedno z partnerów zarabia naprawdę dużo, to jest spora szansa przekonania banku do odpisania jednej osoby z umowy kredytowej.

No, ale często, kto wie, czy nie najczęściej, jest tak, że kredyt biorą ludzie ze średnimi zarobkami. Nierzadko właśnie dlatego umowę podpisują dwie osoby, bo dopiero wtedy mają wymagany do pożyczki dochód.

Pani mecenas powiedziała mi, że regularnie odwiedzają ją mężczyźni/kobiety/pary, których wiążą kredyty, a chcieliby się rozwieść. A tu rozwód owszem, ale kredycik płacimy do śmierci, razem…

Okazuje się, że daje się we znaki i kryzys gospodarczy, i cholerny kapitalizm. Nieruchomości tracą na wartości, frank drożeje, ludzie biednieją… Na rynku zastój. Zwłaszcza jeśli chodzi o domy (bomba, ja właśnie mam dom). Pracuje się za dwóch, za trzech, żeby zarobić na… kredyt. A potem przez ten kredyt rozpadają się związki, bo ludzie żyją, żeby pracować a nie na odwrót.

Kredyty hipoteczne stają się jakimś przekleństwem. Choć wydawać by się mogło, że powinny być dobrodziejstwem. No, bo dzięki nim mamy coś swojego. Rzadko zdarza mi się spotkać kogoś, kto po prostu ma swoje lokum i go nie spłaca. Nieruchomości są dziś za drogie, żeby je sobie kupić o t tak. A więc dzięki pożyczkom można się usamodzielnić, jak to się mówi, pójść na swoje.

Trudno przewidzieć, co się stanie dalej. Może być różnie. Życie się ułoży. Albo i nie. I wtedy klops. Nie opuścisz kredytu ot tak… o nie…

Świąteczna depresja?

Czy wiecie, że co roku, gdy zbliżają się Boże Narodzenie, pojawiają się artykuły, w których czytamy, że te Święta nie dla wszystkich są radosne. Ponoć 1/3 ludzi na świecie reaguje na nie… depresyjnie.

Znalazłam gdzieś informację, że to zjawisko ma oficjalną nazwę – syndrom sezonowej depresji przedświątecznej.

Czy ma to związek z, nazwijmy to, sezonowym rodzajem depresji, wywoływanej przez brak światła i brak kontaktu skóry ze słońcem? Pewnie w jakimś stopniu na pewno. Wszak Boże Narodzenie przypada na grudzień – najkrótsze dni, najmniej słońca…

Od strony, powiedzmy, medycznej wygląda to tak: Latem, promienie słońca przechodzą przez siatkówkę oka. Wysyłają sygnał do mózgu, nakazując wstrzymanie produkcji melatoniny, jednego z hormonów determinujących cykl snu. Jednak wraz z nadejściem zimy ten sygnał staje się zbyt słaby, a produkcja melatoniny pozostaje wysoka, nawet w ciągu dnia. To dlatego zimą częściej odczuwamy zmęczenie, senność i przygnębienie. A więc, nadal kombinując, powiedzmy, medycznie, należy uzupełnić niedobory witaminy D3. Jest to szalenie ważne, o czym przekonałam się osobiście. W zeszłym roku skarżyłam się różnym lekarzom, że od dłuższego już czasu jestem przemęczona w stopniu podejrzanym. W końcu endokrynolog zlecił mi kilka badań, w tym sprawdzenie poziomu witaminy D3. Jej optymalny poziom w surowicy wynosi od 45 do 70 ng/mL. Mój wynik? 16. Nieźle, co? W ciągu kilku miesięcy uzupełniłam braki i poczułam różnicę. Obecnie cały czas przyjmuję profilaktycznie jedną tabletkę dziennie. Czy już nie czuję senności  i zmęczenia? W tym roku mam podwójny „zapierdziel” w pracy, więc, oczywiście jestem jakby lekko „padnięta”, ale teraz to zrozumiałe i uzasadnione.

Witamina D3 jest ważna! Polecam sprawdzenie, ile jej tam macie, tym bardziej, że jej prawidłowy poziom jest też szalenie istotny w profilaktyce osteoporozy. A to, kochane kobitki, same wiecie, jest rzeczą, której zbagatelizować nie można. Nie daj Boże się na stare lata zacząć łamać :)

A teraz już nie medycznie tylko raczej, powiedzmy, psychologicznie…

Sezonową depresję pod koniec roku może bardzo nasilać samotność lub złe relacje z otoczeniem, sprawiające, że święta Bożego Narodzenia niezbyt cieszą. Okres ten, paradoksalnie, przypomina o samotności, o życiu bez rodziny, bez przyjaciół. Popatrzmy na reklamy, filmy, książki związane ze Świętami. Właściwie wszystkie gloryfikują ten czas jako rodzinny, pełen miłości, radości i spokoju. A co zrobić, kiedy w naszym życiu tego brakuje? Wtedy trafia nas szlag na widok tego, co świąteczne, bo automatycznie przypomina o brakach w naszej codzienności.

Podobno istnieje pięć kręgów społecznych, czyli obszarów spotykania się z innymi ludźmi:

  1. rodzina,
  2. przyjaciele,
  3. praca (studia, szkoła w przypadku młodych ludzi),
  4. czas wolny, zainteresowania (kluby sportowe, kulturalne, stowarzyszenia, podróże, parafia itd.),
  5. sąsiedzi.

Warto i należy w swoim otoczeniu mieć osoby bliskie z tych właśnie kręgów. Dbać o relacje z nimi. Jest to, mam wrażenie, w dzisiejszych czasach coraz trudniejsze. Tak bardzo bowiem jesteśmy zagonieni, zapracowani, skupieni przede wszystkim na sobie. A przecież samotność, jaka wiąże się z brakiem „znajomych z kręgów”, to przerażające zjawisko. Człowiek jest istotą społeczną. Stworzono go, by wchodził w relacje z drugim człowiekiem.

Tymczasem w ciągu ostatnich 3 lat, liczba samotnych osób dramatycznie wzrosła. Liczba osób w wieku poniżej 40 lat, których dotyka zupełna samotność, podwoiła się od 2010 roku. Liczba osób powyżej 75 lat, które żyją w odizolowaniu wzrosła o 50% od 2010 roku!

Co z tym zrobić? Nie sądzę, by był na to cudowny lek. Każdy z nas może próbować polepszyć sytuację tam, gdzie jest to możliwe, czyli w swoim otoczeniu i we własnym życiu, będąc uważnym, przewidującym, nie dając się złapać w pułapkę samotności.

Zwolennicy teorii pięciu kręgów twierdzą, że na każdym etapie życia, musimy czuwać, aby nasze życie było jak najbardziej zrównoważone. Musimy dbać o wszystkie pięć kręgów społecznychBardzo szczęśliwy związek lub duże grono przyjaciół czy satysfakcjonująca praca to nie powód, aby zaniedbywać sąsiadów, aby nie być aktywnym społecznie. Wręcz przeciwnie, trzeba korzystać z tego, że aktualnie mamy wokół siebie ludzi oraz jakie to nam daje poczucie bezpieczeństwa. Warto być bliżej innych ludzi, bywać w miejscach, w których masz możliwość ich poznać. Nie znamy przyszłości. Nie wiemy, co nas czeka. Jeśli, dajmy na to, praca pochłania cały nasz czas i utrzymujemy wyłącznie relacje zawodowe, w którymś momencie może się to okazać niewystarczające. Pewnego dnia będziemy potrzebować pomocy swoich sąsiadów i wtedy może się okazać, że nie mamy się do kogo zwrócić.

Pocieszające jest to, że jeśli masz dobre relacje choć w jednym z kręgów społecznych, to poszerzanie ich jest o tyle prostsze, że istnieje tzw. pozytywne koło przyjaźni. Polega ono na tym, że osobie bardzo szczęśliwej w związku będzie dużo łatwiej podobać się innym osobom, zdobyć przyjaciół, poznać sąsiadów, zapisać się na różne aktywności, a nawet znaleźć dobrą pracę.

Natomiast osobie zupełnie odizolowanej, która nie ma już żadnego kontaktu ze światem, będzie bardzo trudno wszystko odbudować. Trudniej będzie tak od razu znaleźć małżonka, który chciałby razem dzielić życie. Dlatego nie należy zbyt dużo wymagać od razu. Jeśli jest się bardzo odizolowanym, a pragnie się mieć towarzysza życia, lepiej nie szukać bezpośrednio żony czy męża, ale zacząć od sytuacji społecznych umożliwiających zwykłe kontakty ze ludźmi. Poprzez różne aktywności, w miarę spotykania się, zawiązują się więzi, niektóre z nich rozwiną się w przyjaźnie, a kto wie, może znajdzie się także bratnia dusza. 

Zwolennicy teorii kręgów podkreślają również, że chyba najistotniejszą sprawą jest wzajemność: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe” oraz ich konsekwencja, czyli „Czyń innym tak, jak chciałbyś, aby tobie czyniono”.

 Chciałabym, aby czas Świąt dla każdego był radosny. Wtedy sezonowa deprecha nie daje się tak bardzo we znaki :) Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to niemożliwe. Ale warto nad tym pracować. Jak sami o siebie nie zadbamy, to kto to zrobi za nas? A w tej konkretnej sytuacji dbanie o siebie jest równocześnie dbaniem o drugiego człowieka. Układ idealny :)

Pozdrawiam wszystkich świątecznie. I radośnie (pomimo różnych kłopotów i niedoskonałości mego życia ;) )

 

Pomagać czy nie pomagać? Oto jest pytanie.

 

Przeczytałam dziś, że jeden z naszych najlepszych aktorów, Krzysztof Globisz, powoli wraca do zdrowia po ciężkim udarze. Krakowscy aktorzy i przyjaciele postanowili pomóc w zebraniu środków na jego rehabilitację i zorganizowali zbiórkę pieniędzy.

To piękny gest. Miło jest czytać, że ludzie cały czas chcą sobie pomagać :)

Jednak ta akcja (jak zresztą i wiele innych, o których zazwyczaj głośno) wywołała we mnie pewne refleksje… Otóż, myślę sobie, że istnieje pewna niesprawiedliwość w tego typu sytuacjach. Kiedy ktoś jest znany, lubiany, popularny, łatwiej jest „nagłośnić” sprawę pomocy, łatwiej poruszyć serca i portfele. O tych znanych pisze się w gazetach, internetowych portalach. Kojarzymy ich doskonale. Ale ile zwykłych, „anonimowych” osób ciężko choruje, rehabilituje itp.? Nikt dla nich nie zorganizuje takiej akcji. Przeciętny człowiek ma na to niewielkie szanse. 

Ja cieszę się, że panu Krzysztofowi ludzie chcą pomóc. I cieszę się za każdym razem, kiedy czytam bądź słyszę, że kwestuje się na rzecz kogoś znanego, bo ma problemy zdrowotne. Tyle że jest to radość podszyta smutkiem. Dla jakiegoś A. czy T. nikt kwestował nie będzie, bo go nikt nie zna.

Są więc lepsi i gorsi wśród nas czy nie? 

A może jestem niesprawiedliwa? Wiem, że zdarzają się sytuacje, że i dla „przeciętniaków” organizuje się pomoc, akcje charytatywne. W mojej szkole co roku, w grudniu organizuje się zbiórkę przeróżnych rzeczy dla bardzo potrzebujących rodzin. I fajnie. I tak być powinno. Zwłaszcza w szkołach prywatnych, gdzie, powiedzmy sobie szczerze, uczniowie i ich rodzice mają wiele albo baaaaardzo wiele.

Jednak mam wrażenie, że ZNANYM jest łatwiej. Niejednokrotnie w urzędach, przychodniach są obsługiwani sprawniej i z uśmiechem na ustach tylko dlatego, że to przecież ten słynny… ta popularna… Kurczę, nie powinno tak być. 

Ale było, jest i będzie. Dlatego piszę o tym, żeby zwrócić uwagę, że większość ludzi, to zwyczajni obywatele, przeciętni (w tym sensie, że nikt z nimi wywiadów nie przeprowadza :) ). Warto o nich pamiętać. O nich i ich problemach.

A skoro o pomocy mowa… Wczoraj mój starszy syn pokazał mi wieczorem jakąś karteczkę o akcji charytatywnej, którą organizują co roku w szkole. Jest to zbiórka artykułów spożywczych, chemii gospodarczej itp. dla najbiedniejszych uczniów tejże szkoły. No i pierworodny tak mi o tej akcji opowiada i opowiada, w końcu pyta:

- No, mamo, to co mi dasz, żebym jutro zaniósł do tych paczek?

- Synu – westchnęłam głęboko – jakby tak zajrzeć na nasze konta bankowe i podsumować nasze wszystkie kredyty, to się chyba okaże, że i nam przydałaby się pomoc…

- Mamo – Ol się oburzył – żartujesz? Wiesz, ile osób ma gorzej niż my? Ten Stasiek ode mnie, wiesz który, to ciągle czegoś potrzebuje…

Me niewieście lica pokrył ognisty rumieniec. Zrobiło mi się głupio jak diabli. 

- Mamo, my i tak mamy nieźle…

Popatrzyłam na niego. Smarkacz mądrze mówi :)

- Masz rację – powiedziałam. – Egoistka ze mnie paskudna. Mój debet coś tam jeszcze zniesie… chodź do kuchni, poszperamy w szafkach. Trzeba i warto pomagać.

I uzbierała się cała siata :) Jakoś tak lepiej się zrobiło na sercu mym. Tak lżej. 

Kurczę, miło jest pomóc. 

FAJNIE JEST POMAGAĆ :)

 

Te nędzne ubrania z sieciówek

 

Zdarza mi się czytać (w prasie, na stronach internetowych) o naszych gwiazdach czy celebrytach. Teksty często dotyczą tego, co mają na sobie. Lubię patrzeć na ładnie ubranych ludzi, natomiast niesamowicie śmieszą mnie komentarze autorów tychże artykulików w stylu: Zobaczcie, z ubrań z sieciówek też można skompletować coś fajnego! Albo: W sieciówkach też można wyglądać dobrze! Albo: Popatrzcie, jak (tu pada nazwisko gwiazdy) umiejętnie łączy ubrania wysokiej klasy i te z sieciówek! Wow! Rzeczy z sieciówek można łączyć z innymi (w sensie lepszymi/droższymi). Mogą być też takie komentarze: Ona ma na sobie sukienkę za 100 zł i wygląda super!

Cha, cha, cha!

No, nie mogę, naprawdę, chyba pęknę ze śmiechu :)

Okazuje się, że sieciówki to jakieś żenującej klasy miejsca z żenującej klasy ubraniami, których żadna się szanująca gwiazdka nie powinna zakładać. A jeśli już założy, to jest to taaaaakie osiągnięcie. To jest tak, jakby miłosierna gwiazda przez chwilę dała nam odczuć, że jest, jak my, normalnym człowiekiem :) Jak to ładnie z jej strony, chyba się wzruszę.

Sieciówką jest, okazuje się, na przykład Z. czy N. Ja tam nie zaglądam, bo drogo. Muszę być potwornie biedna w związku z tym, co nie? Zawsze mi się wydawało, że to nie takie sobie sklepy. Ale nie, to beznadziejne sieciówki dla szarych, zwykłych biedaków.  Jasny gwint. A przecież głowę bym dała, że te wszystkie sieciówki nie są sobie równe, jeśli chodzi o ceny. Są droższe, są tańsze. A tu, proszę, wszystkie wrzucono do jednego wora.

Lubię ładne ciuszki, bardzo lubię. Poprawiają mi nastrój :) Staram się wyglądać dobrze, ale szczerze mówiąc, na metki nigdy nie patrzę, bo w dzisiejszych czasach odpowiednia metka wcale nie jest gwarantem jakości. Te rzeczy z tych, nazwijmy to lepszych sieciówek, często są made in daleki wschód, więc nie ma co się ekscytować :) Te z tych tańszych również zdarzają się z egzotyczną metką. Może dlatego gwiazdy/celebrytki ich nie noszą? A może chodzi po prostu o cenę. Ktoś tam ustalił, że jak się jest gwiazdą, to poniżej jakiejś tam ceny zejść nie wypada  i tyle. 

Zdarzyło mi się wiele razy zaglądać do second handów i wygrzebywać w nich prawdziwe perełki. Nie wstydzę się tego. Absolutnie. Dlatego jak widzę komentarz typu: Ona ma na sobie kieckę za 100 zł i wygląda extra! To mogłabym załączyć swój ze zdjęciem: Ona ma na sobie kieckę za 50 zł i wygląda bombowo! A mam takie kiecki, oj mam :)

W ogóle popieram nie tylko second handy, ale i komisy. Uważam, że korzystanie z ciuszków już użytych jest nie tylko cholernie ekonomiczne, ale też ekologiczne. Są kraje, w których zaczyna się namawiać ludzi do wymiany ubrań lub właśnie kupowania używanych, bo zbyt dużo ciuszków się wyrzuca i marnuje. Jestem za :)

A co do sieciówek, dlaczego ludzie z okładek tak rzadko się w nich pokazują? Dlaczego robi się tyle szumu o to, że komuś tam znanemu udało się w sieciówkowych ubraniach wyglądać dobrze? Kto nakręcił coś takiego? Taką koszmarną głupotę?

Współczuję gwiazdom. Serio. Trzeba mieć na sobie Chanel, Baczyńską, Jemioła lub Bohoboco i nie można zejść niżej, bo wytkną ich palcem. Bez sensu. I jeszcze w ten sposób daje się nam, zwykłym śmiertelnikom, do zrozumienia, w jakich żałosnych sklepach się zaopatrujemy – w takich bidnych ;) Jakie to śmieszne.

Ja to się z tego śmieję, bo i tak chodzę ubrana jak chcę i nie mam kompleksów bez względu na to, gdzie swoje ciuszki kupuję. Są na pewno sytuacje, w których trzeba zainwestować w odzież więcej pieniędzy, bo czasem, jak cię widzą, tak cię piszą. No i ja po czerwonych dywanach nie chodzę, to jasne. Dlatego mi La Mania nie jest potrzebna :) (choć kiecki ma piękne i fajnie by było jakąś mieć)

Nie zmienia to faktu, że ktoś tam nakręcił tę całą spiralę z ciuchowym zawrotem głowy i jest ona, moim zdaniem, śmieszna/żałosna (jak kto woli:) ).

A Wy? Co o tym sądzicie?

Pozytywnie mimo wszystko

 

Listopad to miesiąc ponury. Dni krótkie, noce długie. Ponuro i mało słońca. Choć w tym roku, póki co, listopadzik jest dla nas wyjątkowo łaskawy. Temperatura wczesnopaździernikowa, co cieszy mojego męża, bo już oblicza, ile zaoszczędzi na ogrzewaniu :) Cieszę się wraz z nim. 

Dla mnie jednak istotne też jest słońce. Jestem światłolubna, dlatego krótkie listopadowe dni przyprawiają mnie o chandrę. Na szczęście po listopadzie jest grudzień, który co prawda dni ma jeszcze krótsze, ale znoszę je lepiej, bo myślę już wtedy o świętach :)

A skoro już tak sprytnie staram się wybrnąć z tego, co smutne, to zastanówmy się, co dobrego jest w tym, co nas otacza i co nam się przydarza. Jak mawiała bohaterka książki, którą uwielbiałam jako młode dziewczę, Polyanna, we wszystkim można dostrzec coś dobrego, coś pozytywnego. A jeśli to dostrzeżemy, to i więcej będzie w nas sił do działania, więcej chęci, więcej radości… A to jest w życiu konieczne, bo to nasze życie to nie jest bułka z masłem :) Lepiej więc pozytywnie stawić mu czoła.

Dobra, to ja się teraz przyjrzę, co tam u mnie pozytywnego…

Spłacamy wielki kredyt hipoteczny. Wielki i wredny. I jeszcze długo będziemy go spłacać, oj, długo. Co jest w tym pozytywnego? Gdybyśmy go nie mieli, nie mielibyśmy domu. Tułalibyśmy się po wynajmowanym, a tak, coś tam po nas dzieciom zostanie… Jest dom, ogród, własne owoce, miejsce do wypoczynku z dala od zgiełku miasta… Co jeszcze może w tym być pozytywnego? Dajemy radę go spłacać. Mamy kredyt, bo nas na niego stać. Od dziś będę dumna, że mnie na niego było stać, cholera, ale będę dumna. W przeciwnym razie go znienawidzę, cha, cha, cha… W rzeczy samej, jak to się mówi, to mojego męża było na to stać, nie mnie. Jednak nie wiem, czy te pozytywne argumenty do niego dotrą :)

Ok. Z kredytem nie było łatwo. Teraz będzie prościej.

Mam niezłą pracę. I nieźle zarabiam. Biorąc pod uwagę, jak ciężko jest na rynku pracy, mam szczęście. Nigdy nie byłam bezrobotna. Zawsze bez problemu znajdowałam pracę, jeśli już musiałam ją zmieniać (a musiałam dwa razy). Pracuję ciężko (sektor prywatny), ale inaczej nie potrafię. Albo jestem w czołówce, albo wcale. Czyli kolejna pozytywna rzecz – nie jestem szarym pracownikiem, banalnym, średnim, zagubionym w tłumie. Wyróżniam się. Dużo mnie to kosztuje, ale i dużo, bardzo dużo mi to daje.

Ok. Teraz będzie jeszcze łatwiej.

Mam dwoje zdrowych dzieci. Odpukać w niemalowane :) Tego często się nie docenia. A trzeba. Choroba dzieci to nieszczęście. A moi synkowie trzymają się naprawdę dobrze. Starszy właściwie nie choruje, młodszy od początku roku szkolnego nie zaliczył jeszcze żadnej infekcji. Wow! I to jest powód do radości. To jest pozytywne… Bywają z nimi problemy, ale jakieś być muszą, trzeba przez to przejść :) Nie jestem typową matką Polką,  nie zatracam się w tej roli, jednak uważam, że moje życie bez dzieci byłoby puste. Czy to więc nie jest pozytywne, że je mam? :)

Ja tak do końca zdrowa nie jestem, ale myślę sobie, że może być znacznie gorzej. Nie będę narzekać. Jest dobrze :)

Poprawiły się moje relacje z moją mamą. Dużo z nią przeszłam, oj, dużo :( Ale może to jednak poukładamy? Ona robi się coraz starsza, ja też. Może coś z tego będzie pozytywnego. Na razie obie się staramy.

Cóż, nie jestem samotna, mam z kim dzielić życie, a to przecież bardzo dużo…

Poza tym, wkrótce Święta, ferie, odpoczynek… To też jest mega pozytywne :)

I tyle wymyśliłam :) 

A teraz Wy, co pozytywnego odnaleźliście w swoim życiu?

Święto zmarłych – święto handlu?

 

Wczoraj Święto Zmarłych, dziś Zaduszki… Czas refleksji, spokoju, wspomnień. Czy aby na pewno?

Na drogach korki. Autobusy zatłoczone. Ludzie w samochodach klną i obrażają się nawzajem. Bo oczywiście wszystkim się spieszy. Jak zwykle.

Przed cmentarzami i w centrach handlowych towar dla wszystkich – z okazji Święta Zmarłych: znicze w rozmiarze, kolorze, kształcie, deseniu, wielkości jakich tylko się chce; tanie, droższe i najdroższe; kwiaty prawdziwe, kwiaty sztuczne; wieńce prawdziwe, wieńce sztuczne…

Przed cmentarzami można trafić nawet pańską skórkę – a co tam, warto coś przegryźć, zapalając świeczkę na grobie bliskich.

Złośliwa jestem, prawda?

Prawda.

Denerwuje mnie po prostu robienie handlu na wszystkim. A robienie interesów na święcie takim jak 1 listopada jest po prostu niesmaczne. Gdyby to jeszcze było w jakichś tam granicach rozsądku, to pal licho, bo przecież gdzieś te znicze i kwiaty kupić trzeba. Ale to, co się dzieje w sklepach i okolicach cmentarzy absolutnie przeczy zdrowemu rozsądkowi. I jeszcze ta pańska skórka…

Ludzie, którzy kupują, też bywają nie lepsi… Wybierają jak najokazalsze świece, jak najokazalsze wieńce i kwiaty. Zastanówmy się, po co? No, ludzie, po co?

Przecież liczy się gest. Liczy się  pamięć. Nie rozmiar zniczy. Nie ich cena.

No, ale jest popyt, jest podaż. Uczestniczymy w tej szopce, w tym wyścigu po najładniejsze, najdroższe…

Poza tym, często jest, że o bliskich zmarłych przypominamy sobie dopiero w okolicach Święta Zmarłych. Może kupowanie jak najpiękniejszych świec i kwiatów ma zagłuszyć wyrzuty sumienia? Nie wiem. A może wymagam za dużo? Może o zmarłych wystarczy pamiętać tylko tego dnia? Posprzątać ich miejsce spoczynku, zapalić znicz… Może należy żyć i tylko żyjącymi się zajmować?

Jak to jest?

Ja przez wiele lat jeździłam ze swoimi rodzicami na grób dziadka, a potem i babci i dziadka, a także jednej cioci, drugiej. Wszyscy na jednym cmentarzu. Było dla mnie oczywiste, że robię tak co roku. Ale czy poza 1 listopada pamiętałam o tych osobach? Czy żyły w moim sercu? Rzadko. Pewnie za rzadko.

A chyba najważniejsze to nosić ich w sercu. Czy może jestem banalna i naiwna?

Co o tym sądzicie?

Fortuna kołem się toczy

 

Mniej więcej 10 lat temu pracowałam w pewnej prywatnej szkole. Baaaardzo drogiej. Jednakże mimo niezwykle wysokiego czesnego wielu rodziców posyłało do niej swoje pociechy. Jakby nie było, są wśród nas ludzie bogaci i szalenie bogaci :)

Byłam wtedy wychowawcą pewnej klasy i uczyłam w niej języka polskiego. Uczniów miałam przeróżnych, łączyło ich wszystkich bogactwo rodziców. I jak to z majętnymi osobami bywa, jedni dźwigali „brzemię” bogactwa ( ;) ), inni nie. Jedni byli absolutnie niezepsuci, inni nieco zblazowani a jeszcze inni zepsuci na maxa :)

Wśród moich wychowanków był przemiły chłopak, nazwijmy go Grzegorz. Pochodził z rodziny nie tylko majętnej, ale też odznaczającej się bardzo wysokim poziomem kultury, obycia i szerokich horyzontów. Uczęszczał do mojej szkoły wraz z dwójką rodzeństwa (wyobrażacie sobie to baaaaardzo wysokie czesne pomnożone przez trzy?). Ich mamę widywałam praktycznie codziennie – nie pracowała zawodowo. Był to jeden z tych rodziców, jakich każdy nauczyciel chciałby mieć na pęczki :) Kulturalna, bez głupich roszczeń, współpracująca ze szkołą, wspierająca i swoje dzieci, i ich nauczycieli. Przemiła, uśmiechnięta, sympatyczna. Elegancka i z klasą.

Z tatą Grzegorza widziałam się przez tych kilka lat raptem kilka razy. Bardzo zapracowany. Podobnie jak żona kulturalny i na poziomie. Może nie tak uśmiechnięty i ciepły jak ona, ale miły i zainteresowany edukacją swoich dzieci. 

Cała rodzina kompletnie niezblazowana i niezepsuta. Grzegorz, jego siostra i brat byli uczniami, o jakich każdy nauczyciel marzy :) Odpowiedzialni, solidni, pracowici, ambitni, zdolni, uczynni, empatyczni…

Jednym słowem cudowna rodzina.

Po kilku latach odeszłam z tej szkoły. Przez długi czas nie miałam więc pojęcia, jak potoczyły się dalsze losy rodziny Grzesia. Wiedziałam, że on świetnie radzi sobie w gimnazjum, potem zdał do dobrego liceum, przeprowadził się… I tyle.

Całkiem niedawno (co za zbieg okoliczności) mama Grzegorza skontaktowała się z moim mężem w sprawach zawodowych. I tak, rodzina mojego dawnego ucznia w jakichś sposób ponownie zagościła w moim życiu.

Okazało się, że tata Grzesia nie pracuje. Nie dlatego, że nie chce. Ciężko choruje na depresję. Ciężka, stresująca praca ponad siły spowodowała, że nie poradził sobie z jej ciężarem. Stopniowo popadał w coraz większą apatię, melancholię, aż pogrążył się w depresji całkowicie i przestał pracować, bo po prostu nie był w stanie.

Mama Grzesia powiedziała, że jest im potwornie ciężko. Finansowo, bo ciężar utrzymania rodziny spoczął na jej barkach, a przecież wcześniej zajmowała się domem i zawodowo nie pracowała. Oprócz tego cały czas musi opiekować się mężem, którego stan jest naprawdę ciężki. Grzegorz, jak się okazało, studiuje za granicą. Kiedy w domu nastąpił krach, podjął odważną decyzję, że pozostanie za granicą i sam się będzie utrzymywał. Udało mu się to. „Podglądamy” go z mężem na FB – studiuje, ciężko pracuje, praktycznie nie ma chwili dla siebie, ale cały czas się uśmiecha i optymistycznie patrzy w przyszłość. Daje radę, czym niezwykle mi imponuje. Rodzeństwo też dobrze sobie radzi. Pilnie się uczą, pomagają rodzicom.

Nie na wiele ich stać, delikatnie mówiąc, ale się nie buntują. Skoro musi tak być, to trudno. Trzeba żyć nadal. 

I tak, popatrzcie, fortuna kołem się toczy. Bywają lata tłuste, bywają i chude. Człowiek sobie żyje. Ma wszystko, czego mu do szczęścia potrzeba, ma zdrowie, ma pieniądze, ma kochających bliskich, aż przychodzi moment, który zmienia w życiu wszystko. No, prawie wszystko.

Ta historia to też dowód na to, jak można się w życiu zapędzić, jak praca może człowieka zniszczyć. Mówi się, że powinniśmy pracować, żeby żyć. Tymczasem niejednokrotnie żyjemy, żeby pracować. I to jest chore.

O seksie i pieniądzach

 

Znam pewną kobietę. Całkiem dobrze. To fantastyczna babka. Świetny pracownik. Rewelacyjna matka. Serio. Ma w sobie tyle oddania dla dzieci, tyle siły i chęci do pracy i działania z nimi, że często miewam przy niej kompleksy.

Powiedzmy, że ma na imię Zośka.

I tak, Zośka wstaje codziennie już po godzinie piątej, żeby przygotować obiad, wyszykować dzieci, no i zdążyć do pracy. Z pracy wychodzi zazwyczaj po godzinie 16. Potem pędzi po dzieci i wszyscy wracają do domu.

W domu Zocha pomaga dzieciom w lekcjach, sprząta, czyli robi takie oczywiste dla kobiet rzeczy.

To ona opłaca czynsz i rachunki. To ona co miesiąc płaci ratę kredytu hipotecznego. To ona płaci za telefon, net i tv.

Myślicie, że Zośka to taka nowoczesna biznes woman z grubym portfelem? Nie. Zocha pracuje w tym samym zawodzie co ja.

Pewnie się zastanawiacie, czy Zośka jest samotną matką, skoro taka z niej Zosia-Samosia…

Nie. Jest w jej życiu ktoś taki jak MĄŻ. Tak. Szanowny Mąż, Ojciec, Partner jest. Mieszkają razem i w sumie razem wychowują dzieci. I w ogóle w sumie razem żyją.

Tylko ciągle Zocha wszystko robi sama i wszystkie kłopoty finansowe są wiecznie na JEJ głowie. Szanowny Partner w razie problemów bezradnie rozkłada ręce i… I tyle. I na tyle go stać.

Niby ma pracę. Niby powinni się jakoś dzielić obowiązkami, wspierać w problemach itd. No, niby tak, a jednak niezwykle rzadko się to dzieje. Tyle razy widziałam Zochę bliską płaczu albo płaczącą, bo znów z czymś tam musiała sobie poradzić SAMA. Albo miała jakieś kłopoty, a na ramieniu Szanownego Męża nie mogła się wesprzeć. I zwykle chodzi o pieniądze. A Zośka kokosów nie zarabia. A na wszystko musi mieć SAMA. Na wakacje dla dzieci, na prezenty, na nowe dla nich obuwie, nie wspomnę już o tak prozaicznych rzeczach jak jedzenie i tzw. „życie” (wiecie, o jakich wydatkach mówię). I jeszcze czasem trzeba finansowo wesprzeć Szanownego Parntera…

Zapytacie pewnie, to po jaką cholerę jej taki mąż?

Sama sobie zadaję to pytanie.

W końcu Zocha jest samowystarczalna. Mogłaby pogonić mendę i finansowo tylko na tym zyska, bo to ona na wszystko łoży, więc będzie miała, przepraszam za brutalizm, jedną gębę mniej do wyżywienia. 

A jednak z nim jest. Jest z tym mężczyzną na dobre i na (niestety częściej) złe. Wielokrotnie bywali na ostrzu noża i teoretycznie blisko rozstania. Jednak tylko teoretycznie. Jest, moim zdaniem coś, co sprawia, że Zocha nigdy nie porzuci Męża Pasożyta.

Zośka kocha swego Utracjusza. Ona go kocha szczerze i głęboko. Ona go kocha jak cholera, co tu kryć. Łączy ich ogromna namiętność i udany seks. A dobry seks łączy a nie dzieli ;) A ich jest, ponoć, więcej niż dobry. 

I tak, moi drodzy, namiętność spowodowała, że liczy się przede wszystkim więź cielesna (ależ wymyśliłam określenie ;) ), a resztę się wybacza. I tak, Zośka cierpi, płacze, ale wybacza, bo… co w dzień zepsujesz, w nocy możesz naprawić ;)

A Wam, moi drodzy, czy kiedyś super seks przesłonił wszystko inne?

:)

Chwile, które zmieniają całe życie…

 

Przez kilka dni nie mogłam zebrać się do pisania. Najpierw „walczyłam” z komentarzami do mojego poprzedniego wpisu. Było ich tyle, że ciężko mi było nadążyć.

A potem wydarzyło się coś, co nadal przeżywam, choć bezpośrednio wcale mnie nie dotyczy. Ciężko mi się pozbierać, choć w gruncie rzeczy nie ma to ze mną nic wspólnego…

Otóż… Mam w pracy koleżankę. Fajna babka. Dobry człowiek. Świetny pracownik. Od kilkunastu lat rozwiedziona. Pogoniła kiedyś męża – zwykłą łajzę i pasożyta. Przez długi czas była sama, z nikim nie dzieliła życia, zajmowała się tylko pracą i swoimi córkami. Mijały lata i w końcu, kiedy wydawać by się mogło, że już nic romantycznego w życiu jej nie czeka, spotkała fantastycznego mężczyznę. Ona już wtedy była lekko po 50-tce, on miał lat 60. Zakochali się w sobie na maxa.  Każde z nich było po jakichś przejściach, mieli dorosłe dzieci, ale połączyło ich cudowne, romantyczne uczucie. Takie, które dodaje skrzydeł. Takie, którego człowiek już się nie spodziewa, bo wydaje mu się, że jak ma „aż” tyle lat, to… już po ptokach… Ale nie. Miłość, okazuje się, można spotkać w każdym momencie swojego życia. A ta bardzo dojrzała smakuje tak samo dobrze jak każda inna. Jest tak samo intensywna, piękna. Kto wie, może nawet bardziej się ją docenia po tylu samotnych latach? Po ciężkich latach, kiedy wszystko się robi samemu i nie ma się na czyim ramieniu wypłakać…?

Takie uczucie spotkało moją koleżankę…

W wakacje tego roku zaręczyła się ze swoim ukochanym, planowali ślub, a ona opowiadała w pracy, że jeszcze nigdy nie była tak szczęśliwa.

Pocieszała nawet inną kumpelkę, dużo młodszą, mówiąc: Słuchaj, jak ja, taka stara baba, spotkałam w końcu kogoś, to i ty spotkasz…

Urocze, prawda? Takie pozytywne… Takie cudowne…

W zeszłym tygodniu w sobotę przypadał dzień imienin jej narzeczonego. Moja koleżanka przez kilka dni szykowała cały dom na imprezę, którą z tej okazji mieli wyprawić, sprzątała, gotowała. Robiła to wszystko z ogromną radością, bo dla człowieka, którego mocno kochała.

Dzień przed imieninami, w piątek prowadziła rano lekcję, kiedy nagle zawołano ją do sekretariatu do telefonu.

Okazało się, że jej narzeczony właśnie zginął w wypadku samochodowym…

Co ja mogę napisać więcej???

ŻYCIE BYWA TAK CHOLERNIE NIESPRAWIEDLIWE

Chciałabym się na to nie godzić. Chciałabym na to nie pozwolić. Ale nic nie mogę. Absolutnie NIC.