Cuda się zdarzają?

 

Nie wiem, czy się zdarzają… (Mam nadzieję, że tak.)

Ten tytuł to chwytliwa reklama pewnego filmu, którego… nie znam :)

Obejrzałam jego trailer. Tyle. Wygląda na historię miłosną niekoniecznie z happy endem, jakąś opowieść o namiętnej miłości przekraczającej wszelkie granice, także życia i śmierci. To też film o magii – dosłownie, jak sądzę, patrząc na jego zapowiedź :)

Czemu o tym piszę?

No, bo po pierwsze dziś WALENTYNKI, więc kochajmy się i tak dalej… A po drugie, urzekła mnie piosenka promująca tenże obraz. Załączę Wam zaraz odpowiedni link, to sobie posłuchacie :)

Piękny kawałek, naprawdę. Romantyczny na maksa. Oczywiście o miłości. Tekst może nieco banalny, zwyczajny, ale muza odjazdowa. Jak zwykle w przypadku „zachłyśnięcia się” jakąś piosenką, słucham jej po wielokroć (obecnie puszczam ją po raz 12.) Odtwarzam ją, upajam się nią, przeżywam, marzę, ekscytuję… Cudowna.

Nie było tego filmu na polskich ekranach. Nie wiem, dlaczego, bo wygląda obiecująco. Myślę sobie, że od czasu do czasu fajnie jest obejrzeć coś pięknego o czymś pięknym. A cóż może być piękniejszego od pięknej miłości? W mordę, NIC. Miłość daje kopa, daje siłę, daje takie fajowe, pozytywne spojrzenie na wszystko, daje wiarę w ludzi, daje zdrowie (te endorfiny i te sprawy). 

W moim życiu obecnie trochę mimo wszystko tej miłości jest…

Do moich synów. I, że tak powiem, wzajemnie :)  I do mojej kocicy ;) Nawet moich toksycznych staruszków nauczyłam się kochać… A jeśli, jak w tytule, cuda się zdarzają, to i jakiś fantastyczny facet jeszcze mi się trafi… Jak w tym filmie ;)

Kochajmy się, moi drodzy, życie jest tak krótkie :)

 


Światło słoneczne zakrada się
Oświetla naszą skórę
Obserwujemy jak mija dzień
Opowieści o tym, co robiliśmy
Sprawiały że myślałam o Tobie
Sprawiały że myślałam o Tobie

Pod bilionem* gwiazd
Tańczyliśmy na dachach samochodów
Fotografowaliśmy ten stan
Tak daleko od miejsca, w którym jesteśmy
Sprawiało to, że myślałam o Tobie
Sprawiało to, że myślałam o Tobie

Światła gasną
W tym momencie jesteśmy zagubieni i odnalezieni
Chcę tylko być przy Tobie
Gdyby te skrzydła potrafiły latać

Do końca naszego życia

Jestem w obcym stanie
Moje myśli się wymknęły
Moje słowa mnie opuszczają
Złapały samolot
Ponieważ pomyślałam o Tobie
Tylko przez myśl o Tobie

Światła gasną
W tym momencie jesteśmy zagubieni i odnalezieni
Chcę tylko być przy Tobie
Gdyby te skrzydła potrafiły latać

Cholera te ściany
W tej chwili mamy 10 stóp**
I ten sposób, w którym powiedziałeś mi
Zapamiętamy tę noc
Do końca naszego życia

Gdyby te skrzydła potrafiły latać

Światła gasną
W tym momencie jesteśmy zagubieni i odnalezieni
Chcę tylko być przy Tobie
Gdyby te skrzydła potrafiły latać

Cholera te ściany
W tej chwili mamy 10 stóp
I ten sposób, w którym powiedziałeś mi
Zapamiętamy tę noc
Do końca naszego życia

O konkursach i ujarzmianiu słów

 

Zastanawiałam się, który tekst podrzucić do konkursu TEKST ROKU. Najczęściej odwiedzany? Najzabawniejszy (moim zdaniem)? Najlepiej napisany? Najpoważniejszy? Najbardziej obrazoburczy lub skandaliczny? Albo jeszcze jakiś inny?

Pomyślałam, że skoro to konkurs, to trzeba dać to, co jest najlepiej napisane, czyli coś ciekawego, ale przede wszystkim językowo dobrej jakości. 

Przeglądałam właśnie teksty zgłoszone na konkurs i okazało się, że kompletnie nie wyczułam specyfiki tej rywalizacji. Ważny jest bowiem temat, zagadnienie, problematyka. Nie mówię, że język się nie liczy, ale decydować będą inne… walory. Tekst może być zgrabnie zredagowany, ale istotne będzie, jak sądzę, to, o czym został napisany. Tak wnioskuję po analizie popularności poszczególnych tekstów. 

Pal licho, gdyż nie liczyłam na zwycięstwo w żadnej kategorii. Wystartowałam, bo to świetna okazja do nawiązania ciekawych znajomości, a na to liczę najbardziej (już kilka nawiązałam :) )Myślę, że mój blog jest zbyt niezdecydowany, by móc pretendować do zwycięstwa. Prześlizguję się w nim po tak różnych zakamarkach świata. Nie potrafię przystanąć przy którymś fragmencie rzeczywistości i głęboko się jej przyjrzeć. Na tyle głęboko i wnikliwie, by poświęcić mu cały blog. Ale nic to, jak mawiał Mały Rycerz :) To, co mnie otacza, jest na tyle fascynujące, frapujące, że będę prześlizgiwać się dalej, nie decydując, czy wolę life style, parenting, kulturę, czy życie. Zrobię to na tyle dokładnie, na ile zdołam :)

Chciałabym mieć więcej czasu, by więcej pisać. Serio. To takie przyjemne. Jednak niemożliwe. przy intensywnej pracy zawodowe, dzieciach, domu i jeszcze chęci, by poczytać ;) nie jestem w stanie znaleźć więcej czasu. Niestety. Poza tym, tworzenie tekstu to najczęściej impuls. Coś pojawia się w głowie i wtedy trzeba to szybko opisać. Wypracować się nie da. A przynajmniej ja tak nie umiem. To, co najlepiej mi wychodzi, zostało stworzone chwilą. Wtedy po prostu słowa same wpadają do głowy i proszą o utrwalenie ich na wirtualnym papierze… Sporo siedzi już w mojej głowie, ale na spisanie ich historii potrzebuje więcej czasu aniżeli chwilowo go mam. Poza tym, jak w życiu jest dużo zawirowań, to i bałagan w słowach się pojawia i trudno je ujarzmić.

Tak więc, podsumowując, ciekawa jestem, który tekst wygra, który blog – czy moje przypuszczenia się sprawdzą :) Ale że intuicja w kwestii wyboru tekstu tak mnie zawiodła… starość czy co… ???

:)

Dziecko nie jest najważniejsze

 

Cóż… niewykluczone, że posypią się na mnie gromy, gdyż głosić będę to, co obecnie niemodne i nie-trendy.

Od ładnych paru, a może nawet paru-nastu lat często słyszy się, że dziecko jest najważniejsze, dziecko jest centrum wszystkiego itp. itd. Ja się z tym nie zgadzam. Dziecko chowane w poczuciu, iż jest absolutnie najważniejsze, nie zrozumie, jak powinno funkcjonować społeczeństwo. Nie pojmie tej prostej prawdy, że żyjemy przede wszystkim dla innych a nie tylko dla siebie. Takie dziecko skupiać się będzie na sobie. Ja to… ja tamto… daj MI… ja muszę… ja mam prawo…

Jako matka uważam, że jestem tak samo ważna, jak moi synowie.

Jako nauczyciel uważam, że moi uczniowie są tak samo ważni w szkole, jak ja czy obsługa administracyjna placówki.

Najważniejszy jest człowiek. Nie dziecko.

Okazuje się, że nie jestem odosobniona w swoich poglądach. Na szczęście. Tu i ówdzie zaczyna się przebąkiwać, że modne od jakiegoś czasu psychologiczno-pedagogiczne poglądy może niekoniecznie są słuszne. Czyżbyśmy wreszcie zaczynali dostrzegać, że wychowujemy pokolenie egoistów? Niejednokrotnie niesamodzielnych? Albo i krnąbrnych?

Pewien człowiek napisał książkę „Sześć podstawowych zasad. Jak wychować zdrowe i szczęśliwe dzieci”. To John Rosemond. Mądry gość. Twierdzi, że dziecko należy zdjąć z piedestału, o ile naprawdę chcemy, by było szczęśliwe i spełnione jako człowiek.

Jak więc utrudnić życie dziecku, by było mu łatwiej?

1. Dziecko to nie partner.

Wydaje się jasne, prawda? Nie może być mowy o partnerstwie, skoro odpowiedzialność leży tylko po jednej stronie – rodzica. Nie można być kumplem własnego dziecka. Ono tego nie chce. Ono pragnie, by ktoś był za nie odpowiedzialny, wyznaczał granice, otoczył opieką. Kumple są od czegoś innego.

2. Odrobina stresu jest potrzebna.

Nie tylko stresu. Złości, frustracji. To uczucia konieczne, hartujące dziecięcą psychikę. Jeśli zaznamy totalnej sielanki jako dzieci, nie poradzimy sobie z trudnymi sytuacjami jako dorośli.

3. Słowo „nie” jest niezbędne. Stosuj kilka razy dziennie.

Nie ma nic gorszego, niż zgadzanie się na wszystko. Mówienie „tak”, no bo głupio powiedzieć „nie” i sprawić przykrość. A ta przykrość jest konieczna. Czy w życiu zawsze słyszymy „tak”? Odmawiajmy dziecku, niech się uczy od małego, bo life is brutal.

4. Słuchaj opinii swojego dziecka, ale niekoniecznie bierz je pod uwagę.

Każdy ma prawo do tego, by zostać wysłuchanym, co nie znaczy, że wszyscy wokół zastosują się do tego, co mówi. Jest dla mnie oczywiste, że dziecka trzeba wysłuchać, ale też rozsądnie wyważyć, kiedy powinno się wziąć pod uwagę jego opinię a kiedy nie.

5. Potrzeby mają górować nad zachciankami.

Te pierwsze obowiązkowo zapewniamy. Na drugie uważamy. I to do nas – rodziców należy decyzja o tym, co jest potrzebą a co zachcianką.

6. Posłuszeństwo jest ważne.

Dziś, w czasach, kiedy w gazetach podkreśla się, że dziecko NIE MA BYĆ grzeczne, moje pisanie o posłuszeństwie może wydać się co najmniej dziwne. Mam to gdzieś, wybaczcie. Uważam, że aby odnaleźć się w życiu, w otaczającym nas środowisku, społeczeństwie, trzeba przestrzegać pewnych zasad, wiedzieć, co można a co nie i stosować się do tego. A to nic innego jak bycie grzecznym. Dziecko MA BYĆ GRZECZNE. Powinno mieć ogładę; wiedzieć, jak należy się zachować w rozmaitych sytuacjach; mieć zahamowania, czyli zdawać sobie sprawę, że pewne zachowania są nie na miejscu; dostrzegać potrzeby ludzi wokół. To jest bycie grzecznym. Dziecko, które jest takie, poradzi sobie i jako uczeń, i jako dorosły człowiek.

7. Czasem musi wystarczyć „Tak ma być!”

Zgadzam się. Wchodzenie z dzieckiem w dyskusję nie zawsze ma sens i uzasadnienie. Niekiedy rodzic ma prawo powiedzieć: Zakładasz czapkę, jest mróz. I już. I nie ma co dyskutować. Masz wrócić do domu o 20. I już. Oczywiście, inaczej to wygląda, kiedy dziecko ma 13 lat a inaczej, gdy ma 6. Wiem jednak z doświadczenia, że tłumaczenie się dziecku ze swoich decyzji bywa niebezpieczne. Jeśli robimy to za każdym razem, młody człowiek zacznie wymagać od nas, byśmy za każdym razem uzasadniali swoje decyzje. A to nie jest nasz obowiązek!

8. I chyba najważniejsze: dziecko jest ważne, rodzice też, tak samo a kto wie, czy nie bardziej.

To my – rodzice wychowujemy nasze pociechy. Ciężko pracujemy na ich utrzymanie. Zarywamy noce, kiedy są chore. Poświęcamy im wolny czas… Dlaczego dzieci mają być ważniejsze od nas? Tylko dlatego, że są po prostu dziećmi? Ja moich synów kocham nad życie, ale to nie znaczy, że sprzedam nerkę, żeby ich zapisać na angielski, jeśli nie będę miała na to pieniędzy z normalnego źródła. Nie będę nosiła ich tornistrów do szkoły, z całym szacunkiem, ale to ma należeć do ich obowiązków. Znajdę czas na ulubiona książkę lub film, mimo że mogłabym w tym czasie pobawić się z którymś z nich. Zrobię to, bo też jestem ważna. W byciu rodzicem nie można zapominać o byciu człowiekiem (kobietą, mężczyzną).

Oczywiście, powyższy punkt nie oznacza, że nigdy nie będę kombinować, żeby coś moim dzieciom zapewnić. Na przykład w grudniu „wskoczyłam” na debet i kupiłam synom PS3. Zamiast tego mogłam na trochę wyjechać w czasie ferii. Dokonałam jednak wyboru. I nie żałuję. Mój syn mi powiedział: Wreszcie nie śmieją się ze mnie w klasie, że nic fajnego nie mam. Uważam jednak, że nie można popadać w przesadę. Nie należy, moim zdaniem, pokazywać dzieciom, że zrobi się dla nich zawsze i wszystko, kosztem własnych potrzeb, marzeń, możliwości. One powinny wiedzieć, że rodzic może dla nich sporo, ale nie wszystko. Bo takie jest przecież życie. Nie da się w nim mieć wszystkiego.

To tak w skrócie. Zainteresowanych odsyłam do książki. Warto!

Efekt motyla

 

Pewna kobieta, nazwijmy ją Karolina, kupiła kiedyś mieszkanie na kredyt. Zamieszkała w nim ze swoją córką. Bardzo dobrze im się tam mieszkało. Po kilku latach Karolina spotkała mężczyznę, z którym się związała na stałe. Zamieszkali razem w jej mieszkaniu… Zaczęli planować ślub. Sielanka.

Jednak jakiś czas później w związku ze stale awanturującym się i napalonym na Karolinę sąsiadem, budową ruchliwej ulicy pod oknem oraz nową pracą naszej bohaterki, zakochani postanowili zmienić miejsce zamieszkania. I tu kobieta popełniła pierwszy błąd. Wplątała się w zawiły układ z własnymi rodzicami: sprzedała swoje mieszkanie; rodzicom, na ich prośbę, kupiła mniejsze, a sama wraz z córką i przyszłym mężem wprowadziła się do większego po rodzicach. Za zamianę dopłaciła im tak, żeby nie byli stratni. Z nowego lokum miała bliżej do nowej pracy. Niedaleko mieszkała jej siostra. Wydawało się, że to udana transakcja. Tym bardziej, że przez tych kilka lat ceny mieszkań poszły nieźle w górę i Karola zyskała na sprzedaży swojego pierwszego mieszkanka. Na kolejne lokum, to malutkie dla rodziców, wzięła więc bardzo mały kredyt, łatwy w spłacie. 

Niestety, po kilku latach rodzicom znudziło się mniejsze mieszkanie i zapragnęli z powrotem większego. Karolina nie była w stanie się z nimi dogadać. W tym czasie miała już kolejne dziecko, na które zdecydowali się z mężem niedługo po ślubie. Nie za bardzo mieli ochotę zamieszkać we czwórkę w kawalerce. Cóż należało robić? Można było sprzedać to jednopokojowe i wziąć kredyt na większe mieszkanie. Nie okazało się to jednak takie proste. Mąż Karoliny pracował w firmie, która zawierała umowy na kwotę dla nich dogodną, a resztę dopłacała tak, żeby ponosić jak najmniejsze koszty. W związku z tym para póki co nie miała szans na kredyt, zwłaszcza że sytuacja na rynku mieszkaniowym się diametralnie zmieniła i już nie tak chętnie przyznawano kredyty, jak w czasach, kiedy bohaterka kupowała swoje pierwsze mieszkanie.

Zdecydowali więc, że będą przez jakiś czas wynajmować, aż wymyślą sposób, żeby zarobić więcej i być zdolnym kredytowo. I tu Karolina popełniła kolejny błąd. Przystała na propozycję męża, żeby wynająć dom a nie mieszkanie. Mężczyzna zawsze marzył o domu, poza tym, chyba chciał zaimponować żonie, że będzie go na niego stać. Jakoś tak nagle okazało się, że mieszkań nie lubi. Tylko po jaką cholerę dom, skoro trzeba oszczędzać na opłaty związane z kredytem?

No, ale wynajęli śliczny domek. Mieszkało się w nim super. Kawalerkę Karolina wynajęła, więc równoważyło to jakąś część opłat.

Cóż, ciężko odkładać pieniądze, wynajmując dom. Dlaczego Karola się nie zbuntowała, skoro widziała, że nie stać ich na oszczędności konieczne do zakupu stałego lokum? Nie wiem. Można to tłumaczyć jej chorobą na przykład – przez dłuższy czas brała psychotropy na silne stany lękowe (powróciły koszmary z dalekiej przeszłości…) Była więc zajęta tym, żeby nie zwariować, i niczym innym. Można to tłumaczyć tym, że mąż był w tym czasie jedyną osoba pracującą, bo ona siedziała na urlopie wychowawczym. Mężczyzna nie chciał żyć w mieszkaniu – pragnął domu. A skoro zarabiał i samodzielnie utrzymywał rodzinę, decydował o wszystkim. Co ciekawe, nie zaglądał do kont, nie zajmował się płaceniem rachunków. Przelewał to, co zarobił, na wspólne konto, a Karolina zajmowała się resztą. Jak zrobiło się ciężko, uruchomiła debet na koncie. Mąż nie orientował się, co i ile kosztuje. Żona nie narzekała na brak pieniędzy, czyli wszystko było ok. Dlaczego nie narzekała? Dlaczego na to przystała? Dlaczego się godziła? Ja nie wiem, jak słowo daję. 

Po jakimś czasie zarobki mężczyzny wzrosły na tyle, że mogli zacząć przymierzać się do wzięcia kredytu na… oczywiście dom. Choć Karola namawiała męża na mieszkanie, tłumaczyła, że dom to ogromna inwestycja i nie stać ich na nią, on był nieubłagany. Twierdził, że bez problemu utrzyma rodzinę i kredyt nawet, jeśli Karolina nie wróci do pracy. Cholerne mrzonki. Kobieta dobrze o tym wiedziała, ale nie miała żadnej siły przebicia. Poza tym, dała się uwieść słowom swojego ukochanego, który tłumaczył jej, że dom jest tym, czego zawsze pragnął. I jak tu zniszczyć marzenia osobie, którą się kocha ponad wszystko?

A przecież w jej małżeństwie już nie było tak dobrze jak przez pierwsze lata. Nie spełniała oczekiwań swojego męża. W jakimś stopniu zasłużenie, bo daleko jej było do ideału. Zdarzały się sytuacje kiedyś dla niej nie do pomyślenia: mąż wynosił się z sypialni, ona błagała go, żeby jej nie porzucał… Fuj. Poniżające. Dlaczego nie dało jej to do myślenia?

I wtedy popełniła następny błąd. Kardynalny. Postanowiła sprzedać swoją kawalerkę, żeby spłacić kredyt na samochód, debet na ich koncie oraz mieć gotówkę na dodatkowe opłaty związane z kredytem i remontem kupowanego domu. Pozbyła się w ten sposób swojego jedynego zabezpieczenia. Dlaczego to zrobiła, wiedząc i widząc, że jej małżeństwo coraz bardziej odbiega od doskonałości? Że pojawiają się na nim rysy, być może nie do naprawienia. Nie wiem. Pewnie wierzyła, że „na swoim” wszystko się ułoży. Pewnie cały czas kochała swojego męża, bla, bla, bla…

W końcu kupili dom, o którym marzył mąż Karoliny. Zaczęli mały remont, urządzanie, sprzątanie. I wtedy pojawił się w ich związku potworny kryzys. Pal licho powody. Fakty były takie, że mąż Karoliny postanowił ją zostawić. Przeżyła szok.

I wtedy podjęła wreszcie jakąś dobrą decyzję. Znalazła pracę. Planowała ją znaleźć, kiedy ich dziecko skończy trzy lata i pójdzie do przedszkola, no ale sytuacja, kiedy miała nagle zostać sama z dwojgiem dzieci, przyspieszyła jej działania. I dobrze.

Mąż w końcu jej nie zostawił. Pogodzili się i początek życia w ich nowym domu był nawet w porządku, całkiem szczęśliwy.

Niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy…

Mąż Karoliny zmienił pracę. Praktycznie przestał bywać w domu. Inwestował, co miał i mógł, żeby rozkręcić jakieś tam interesy, więc na kontach pojawiły się debety. Karolina z czasem zaczęła zarabiać więcej i więcej, ale to i tak było za mało, żeby wszystko pospłacać.Może była za mało oszczędna?

Ich małżeństwo w końcu runęło, co było chyba do przewidzenia. Jak się tworzy trudny związek i przy tym nie spędza ze sobą czasu, jest kwestią czasu, że ludzie się rozminą i w końcu rozstaną.

Przed Karoliną pojawiła się trudna decyzja: co zrobić? Zostać w domu, na którego spłatę i utrzymanie jej nie stać? Czy wyprowadzić się z dziećmi i coś wynająć? Domu nie znosiła. Kojarzył się jej tylko ze sprzątaniem 150 metrów, samotnością i ciągle niedokończonym remontem. Mogła zamieszkać w nim ze swoimi rodzicami. Oddałaby im górę. Podzieliby się opłatami. Jednak perspektywa życia z despotyczną, nieprzewidywalną matką i wiecznie marudzącym pod pantoflem małżonki ojcem byłaby powtórzeniem traumy z przeszłości… Może jednak należało się poświęcić? Utrzymałaby dom w swoich rękach, miałaby dla siebie i dzieci coś swojego, coś własnego. Wynajmując mieszkanie, tułałaby się ciągle. Już nigdy nie miałaby własnego kąta, bo na kredyt nie było jej stać. 

Widzicie, jak kilka decyzji może zmienić czyjeś życie? Jak może je zniszczyć? Jedna decyzja pociąga za sobą kolejne. I następne. Gdyby Karolina nie zamieniła się na mieszkania… Gdyby nie sprzedała swojej kawalerki… Gdyby rozwiodła się wcześniej… Gdyby, gdyby, gdyby…

 

This is a man’s world, but…

 

Tak śpiewał kiedyś James Brown.

Że świat wokół nas to męski świat. Że mężczyźni nim rządzą. Ale… ten niby ich świat nie byłby ich, gdyby nie my – kobiety. Bo bez kobiet mężczyzna jest niczym…

Ktoś mógłby powiedzieć, że w słowach Browna tkwi pewien szowinizm. Niewykluczone.

Ja jednak dziś chcę zwrócić uwagę na to, że w jego piosence pojawia się pewna piękna prawda, od której dziś często się ucieka (taka moda). Mianowicie, James śpiewa, że facet bez kobitki nie znaczy nic. A więc, nie da się nic stworzyć, zbudować bez osoby, która stoi u Twojego boku i cię wspiera. O tym chrypi Brown. I ja się z nim zgadzam. I nie chodzi tylko o to, że mężczyzna bez kobiety, ale też o to, że kobieta bez mężczyzny. Człowiek jest istotą stadną. Społeczną. Nie jest stworzony do życia w pojedynkę. 

Śmieszy mnie moda na mówienie „Jestem singlem/singielką”. Nie wypada powiedzieć: „Jestem sam/sama”. Tak jakby obecnie wstyd było się przyznać, że jest się samemu. Że się poszukuje. Albo że się jest zwyczajnie samotnym. Oczywiście, są różne sytuacje i wśród tych wszystkich singli są single prawdziwi – ludzie, którzy z jakichś powodów aktualnie chcą być sami (bo że chcą być sami na zawsze, w to trudno mi uwierzyć). Zawiedli się na kimś. Przeżyli coś traumatycznego. Póki co cieszą się swobodą. Odpoczywają. 

Ale, moim zdaniem, zdecydowana większość singli to ludzie po prostu sami. Samotni. Potrzebujący drugiej osoby. Bardziej lub mniej poszukujący „drugiej połówki”. Tyle że nie chcą czy nie mogą się do tego przyznać. Bo wyjdą na nieudaczników, którzy nie potrafią znaleźć sobie kogoś. Jest tak czy nie? Stwierdzając: Jestem singlem i dobrze mi z tym – ucinają plotki, docinki, komentarze. 

Jest w tym fałsz, prawda? Ale powiedzmy sobie szczerze, ludzkie wścibstwo potrafi zatruć życie, więc nie ma się co dziwić, że osoby samotne tworzą wokół siebie pewne pozory. Rozumiem to. Ale się burzę. I wkurzam. I na jednych, i na drugich. Bo nie znoszę wścibstwa. Tworzenia fikcji i pozorów również.

W samotności na dłuższą metę nie ma nic pięknego. Ja przynajmniej nic takiego nie widzę. Nie masz, z kim pogadać, nie masz, do kogo się przytulić, przed kim wyżalić… dotknąć… Co w tym fajnego? Tak. Można mieć przyjaciół, rodzinę. Ale to moim zdaniem nie to samo. 

Z drugiej strony, stan bycia samemu nie powinien też kojarzyć się z klęską albo czymś wstydliwym. Myślę, że to pisanie o singlach, o tym, że ich życie jest ciekawe, wartościowe, atrakcyjne, wzięło się m.in stąd, że samotnych często wytykało się palcami: O, to ta, która faceta nie może sobie znaleźć… O to ten, nieudacznik, żadna baba go nie chce… Czyż tak nie bywało? Czyż nie zdarza się tak nadal?

Dzięki artykułom, filmom itd. udało się wielu ludzi przekonać do tego, że samotny-singiel to wcale nie pierdoła. To zwyczajny człowiek, którego życie po prostu akurat nie kręci się wokół miłości, co nie znaczy, że jest przez to mniej wartościowe. I dobrze, że tak się stało. Zawsze denerwowało mnie mierzenie wartości, dajmy na to, kobiety tym, czy ma faceta, ilu ich w ogóle miała, czy nie za późno zaczęła umawiać się na randki, czy w miarę szybko wyszła za mąż… Przypuszczam, że obecnie nie jest to tak nasilone jak kiedyś, kiedy byłam „dwudziestką”. Czasy się jednak na szczęście zmieniły :)

Ale ta zmiana poszła chyba trochę za daleko. Za bardzo gloryfikuje się teraz stan „życia w pojedynkę”. Tak uważam. „Jestem sama i dobrze mi z tym” „Nie mam faceta i to jest super” „Mam pracę, pieniądze, na co mi facet?” – często słyszy się, czyta się takie teksty. A ja wcale nie uważam, żeby to było takie super. Człowiek jest stworzony do życia w parze. Tak sądzę. Ale, oczywiście, nie musicie się ze mną zgadzać :) 

Czy podświadomie, w marzeniach, snach nie szukamy, nie czekamy na kogoś fajnego, kto uzupełni bądź dopełni nasze życie? Nie jest tak? Bo moim zdaniem chyba tak :)

Oczywiście, każdy z nas powinien też umieć żyć w pojedynkę. Nie wisieć na nikim jak ten bluszcz. Życie jest, o czym mawiał Forrest Gump, jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz, na co trafisz. Nie wiemy, co jest nam pisane, dlatego umiejętność bycia samemu jest potrzebna. 

Ale świat jest piękniejszy, kiedy nie jesteśmy sami :) O ileż więcej się chce, więcej tworzy, o ileż więcej, intensywniej się przeżywa… Dlatego każdemu życzę kogoś do pary :)

 

 

Raz na wozie, raz pod wozem

 

Ostatnio jestem ciągle pod wozem :(

Jasny gwint. Nienawidzę tego stanu. Mam wtedy nieodparte wrażenie, że straciłam kontrolę nad własnym życiem. W pracy zaczęłam zawieruszać różne rzeczy, np testy moich uczniów. Oj, niedobrze. To znak, że za dużo mam na głowie. Niekoniecznie spraw związanych z pracą. Także innych. Życie osobiste się zawaliło. Trzeba się przestawić na nowe a to niełatwe. Wchodząc do szkoły, trzeba zamknąć za sobą kłopoty prywatne, szeroko się uśmiechnąć i wykonać 130% normy. Być miłym. Być radosnym. Empatycznym i współczującym. Wyrozumiałym i cierpliwym. O niczym nie zapomnieć. Niczego nie zgubić. A w środku wszystko krzyczy. Bo czy tak naprawdę można zamknąć za sobą drzwi i jednocześnie porzucić wszystkie problemy? Zapomnieć o nich? Kiedyś myślałam, że tak. Że to możliwe. Miałam w życiu pewien traumatyczny okres, kiedy wyjście do pracy (czyli ucieczka z domu) okazywało się wyzwoleniem. Wolnością. Dzięki pracy nie zwariowałam. Jakoś to wszystko porozdzielałam. Dramaty w domu i udane życie zawodowe. Co prawda od tamtego czasu miewam stany lękowe, ale można z tym żyć. Mogło być znacznie gorzej.

A teraz? Trudniej mi zamykać jedne drzwi, zapominać o kłopotach, i otwierać drugie. Czy to dlatego, że jestem starsza? Czy dlatego, że siły wystarcza na raz? Nie wiem.

Tak czy owak, wczoraj miałam kryzys. Nie mogłam zasnąć. Myślałam o tym, ile jeszcze mam rzeczy do zrobienia w pracy (po godzinach). Wyszło, że za dużo. Potem pomyślałam, po co wzięłam sobie na głowę tyle obowiązków? Głupi babsztyl ze mnie. Wiecznie chce być liderem… Następnie dopadła mnie refleksja, że nie mam z kim o tym porozmawiać. Już od dawna. W domu nikogo takiego nie mam, a powinnam mieć. Koleżanki to czasem za mało. To z kolei utwierdziło mnie w przekonaniu, że moja decyzja o rozstaniu była właściwa. A ta myśl wywołała smutek. Że, cholercia, będę sama. W sumie  i tak jestem od kilku lat, ale wiecie, teraz to będzie tak oficjalnie. Potem znów pomyślałam o pracy. Jakby tu zarobić więcej, żeby sobie poradzić w pojedynkę? Coś trzeba wymyślić. Na koniec stwierdziłam, że życie bywa do bani, ale nie ma wyjścia, trzeba żyć dalej. Do przodu. Do przodu. Bo jak stanę i zacznę płakać, to co mi to da?

Tyle że wiecie, co? Chciałabym sobie popłakać. A raczej wypłakać się na czyimś ramieniu. Tak przez chwilę. Może nieco dłużej. Chciałabym czasem pobyć kruchą, małą kobietką… Usłyszeć, że jestem fajna. Że wszystko będzie dobrze. Że świetnie sobie radzę. I w ogóle kapitalna ze mnie babka :)

I tak po tym płaczu i tych słowach wzięłabym się w garść. I dalej… do przodu.

Cóż. Nie mam wyjścia. I tak muszę wziąć się w garść :)

W pracy wszystko musi się ułożyć, a ja sobie muszę poradzić i tyle. A prywatnie… jak przeczekam to, co trzeba, jak znajdę się w nowym miejscu, nowym domu, to i nowe siły się znajdą. Wierzę w to. Ale póki co daję sobie prawo do małej „deprechy”, do małego kryzysu. Kurczę, nie jestem w końcu robotem :)

Piersi w restauracji

 

Jeśli sądzicie, że tekst będzie miał podteksty erotyczne, to się grubo mylicie :)

Rzecz będzie o kobiecych KARMIĄCYCH piersiach. I w sumie nie tylko w restauracji. I w sumie nie tylko o piersiach ;)

Kiedyś ciąża była stanem może nie wstydliwym, ale też i nie pokazywało się ostentacyjnie, że się w niej jest. Dominowały ciuszki-worki, niekształtne, zakrywające błogosławiony stan. A kiedy dziecko już przyszło na świat, pewne czynności wokół niego wykonywało się może nie ukradkiem, ale absolutnie bez ostentacji. Mam tu na myśli karmienie i przewijanie.

Dziś żyjemy w czasach, kiedy kobiety w ciąży okazują się być cały czas atrakcyjne i nie wstydzą się dużego brzuszka. I słusznie. Podkreślają je, eksponują, pokazują, że stan błogosławiony jest stanem pięknym. I słusznie. Pod warunkiem, że nie jest to nadmierna ostentacja czy manifestacja, bo za takimi nie przepadam (patrz: kobiety z okładek pism na-siłę-sexy-w-ciąży-bo-w-ciąży-trzeba-być-sexy-howgh). Oswajanie nas z naturalnością stanu odmiennego dotyczy też oswajania nas z naturalnością karmienia dzieciątka czy też jego przewijania w przeróżnych publicznych miejscach.

Owszem, kiedyś chyba każda karmiąca piersią miała problem, kiedy poza domem maluszek chciał jeść albo zrobił kupcię :) Gdzie tu z nim pójść? Co z nim zrobić?

Teraz jest o wiele łatwiej. Jest wiele miejsc, gdzie matka może w spokoju przewinąć swoje maleństwo bądź je nakarmić. Mało tego, często mamy po prostu wyjmują pierś praktycznie gdziekolwiek i karmią dziecko. Podobnie z przewijaniem. Jest potrzeba, to się dziecko kładzie i przewija. Może nie byle gdzie, ale w miejscach niekoniecznie do tego stworzonych.

Tak, ja wiem. Nadal pomieszczeń, w których można by to zrobić, jest za mało. Jednakowoż apelowałabym o jakiś rozsądek i poszanowanie odczuć ludzi, którzy może niekoniecznie chcą patrzeć na cycuszki albo kupki.

Ja do pruderyjnych osób nie należę. Jestem otwartym człowiekiem, tolerancyjnym, ale gdyby mi w restauracji, w trakcie powiedzmy, obiadu, jakaś kobieta obok zaczęła przewijać dziecko, nie zdzierżyłabym :) Z, jak to się mówi, całym szacunkiem dla matek i ich praw, nie życzyłabym sobie, żeby mi psuć jedzenie w ten sposób. Są pewne granice. 

Tak samo nie chciałabym patrzeć w takiej sytuacji na matkę karmiącą piersią. Powiem więcej, drażni mnie widok kobiet, które karmią ostentacyjnie (coś za często chyba używam dziś tego słowa :) ). Po prostu siadają, „wywalają” pierś (wybaczcie, ale tak to wygląda) i karmią, bo już, bo trzeba, bo po co szukać jakiegoś intymniejszego miejsca, przecież karmienie jest taką naturalną czynnością. Ok, naturalną, ale może ludzie wokół nie chcą na to patrzeć? Nie chcą patrzeć na gołego cycucha? :) Może można nakarmić maleństwo, nieco się okrywając? Nie epatując golizną na prawo i lewo? 

Mam dwoje dzieci. Karmienie i przewijanie były dla mnie zawsze czynnościami intymnymi. Po prostu. Nigdy nie wyobrażałam sobie, żeby pokazywać kupki czy siusiu moich synów ludziom „na mieście”, bo zwyczajnie uznawałam to za niesmaczne. Ok, nie karmiłam piersią (jedynie krótki epizod z pierworodnym), ale w życiu nie wystawiłabym swego ponętnego biustu ( ;) ) na widok publiczny, karmiąc maluszka. Dlaczego? Bo w mordę, te piersi są moje, nie są butlą, nie są narzędziem/przedmiotem do karmienia. To jest coś szalenie prywatnego. I tyle – takie jest moje zdanie. Gdybym szła „w miasto” z niemowlęciem, to bym zwyczajnie wzięła ze sobą coś do zakrycia/okrycia, wiedząc, że jest duże prawdopodobieństwo, iż moje dziecko zechce jeść. Jaki to problem – chusta, szal, sweter – żeby ta intymna czynność karmienia nadal pozostała intymna?

Myślę sobie, że takie przewijanie czy karmienie na pokaz to być może jakaś moda. Tak jak modą jest pokazywanie gołych ciążowych brzuszków czy oblekanie ich w jak najobciślejsze stroje (pal licho wygodę…). Może to jakaś forma odreagowania tego, że przez wiele lat ciąża i macierzyństwo były stanem w jakimś stopniu wstydliwym i na pewno nie sexy :)

Tak jak mówiłam wcześniej, rozumiem, że pewne czynności trzeba czasem wykonać w miejscach niekoniecznie do tego stworzonych. Jednak w epatowaniu nimi przed ludźmi nie ma nic pięknego. Wręcz przeciwnie. Tak uważam. Są pewnie ludzie, którzy mają na ten temat odmienne zdanie, jednakże zanim się wystawi pierś albo brudną pieluchę, powinno się pomyśleć o osobach takich jak ja. Szacunek należy się wszystkim :)

Co o tym myślicie?

Pierwsza rocznica, pierwsze podsumowania

 

Jutro minie dokładnie rok, odkąd zaczęłam prowadzić swój blog. Cieszę się, że mogę tu pisać, gdyż pisanie to dla mnie frajda :)

Swoja przygodę z blogiem zaczęłam od zrobienia, po raz pierwszy w życiu, noworocznych postanowień. Czas na podsumowanie – co udało się zrealizować?

Zanim zacznę, posłuchajcie kawałka, który mnie powala na kolana zawsze, kiedy oglądam pewien film. Pisałam już o nim kiedyś. Ta muzyka wprawi Was w odpowiedni nastrój. Ja odpływam, kiedy tego słucham (a film, z którego melodia pochodzi i który dobrze znam, obejrzałam w te Święta dwa razy – raz za razem, takie jest cudowny).

W zeszłym roku bardzo źle czułam się w swojej pracy. Przestała mi sprawiać satysfakcję. Postanowiłam więc, że albo ją zmienię na inną, albo wpłynę na nią „od wewnątrz” tak, by znów poczuć się dobrze.

To się udało. Jestem w pierwszej lidze i znów fajnie jest… uczyć. Odbyło się to sporym kosztem, ale liczę, że było warto :) Ze mną jest tak, że więdnę, jeśli się nie dostrzega tego, co robię. Potrzebuję marchewki. Kij źle na mnie działa. Nie umiem działać w szarości, nicości, przeciętniactwie. Muszę być lepsza. Ale nie na siłę. Ja po prostu mam talent w tym, co robię ;) Cha, cha, to brzmi nieskromnie, wiem, ale własną wartość trzeba znać :) Jednak przekonanie, że swoją pracę wykonuję naprawdę dobrze, mi nie wystarcza. Mam zwyczaj przeglądać się w oczach innych. Potrzebuję więc, by moją wartość dostrzegł ktoś jeszcze. Docenił, uszanował, wyróżnił. Ciekawe, co by na to powiedział jakiś psycholog? To  nie jest tak, że jak nikt niczego nie widzi czy nie docenia, to pracuję źle. Oczywiście, że nie. Jednak, by poczuć spełnienie, totalna satysfakcję, ta pozytywna reakcja drugiej strony jest mi niezwykle potrzebna :)

Moje drugie postanowienie dotyczyło życia osobistego. Żeby zaczęło wreszcie wyglądać tak, jak tego pragnę i za czym tęsknię… I to, niestety, nie udało się :( Wkrótce zacznę nowy rozdział w swoim życiu – sama. Bez człowieka, który miał być moją drugą połówką. Cóż, tak bywa. Rozstania są wpisane w nasze życie. Już się z tym oswoiłam. Liczę, że nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre :)

Przy okazji rozmyślań nad własnym życie, kalkulowaniem, co warto, co powinnam, co należy, doszłam do wniosku, że mimo wszystko lepiej działać, ryzykować, podejmować odważne decyzje, nawet jeśli okażą się nietrafione. Lepiej zrobić, niż żałować, że się nie zrobiło :)

Podejmowanie różnorakich decyzji wiąże się też z tym, że niekiedy się ich później żałuje. Ja obecnie też właśnie jestem na etapie, kiedy sobie myślę: ach, mogłam zadziałać szybciej… tego czy tamtego mogłam nie zrobić… może byłoby lepiej? To chyba jednak, jak podpowiada mi życie, chwilowe. Nie ma co wylewać łez, nie ma co się zamartwiać… Każda decyzja może w efekcie doprowadzić do czegoś dobrego. Trzeba próbować. Błądzić jest rzeczą ludzką.

Gdzieś tam w środku kryje się we mnie drobinka ekscytacji. Tak jakbym nie mogła się doczekać tego nowego rozdziału… bo może, w efekcie tej bolesnej decyzji, odnajdę wreszcie szczęście?

I tego życzę Wam w Nowym Roku – SZCZĘŚCIA :)

P.S. Jakby nie spojrzeć, 50% noworocznych postanowień udało mi się spełnić :) To dużo czy mało? Na następny rok zrobię kolejne.

To właśnie miłość

 

Nie wyobrażam sobie Świąt bez filmu „To właśnie miłość”. Oglądam go co roku, jak szanowna tv go nada, a jeszcze się nie zdarzyło, żeby któraś stacja się nie skusiła i go nie wyemitowała. Tak, tak, wiem. Mogę go przecież obejrzeć w każdej chwili w necie. Ale to nie to samo, uwierzcie mi. Przyjemność obcowania z tym filmem polega między innymi na tym, że oglądam go w moim starym telewizorze.

Co takiego urzeka mnie w owym obrazie? 

Uniwersalne przesłanie, że miłość ma ogromną moc. Przekonanie, że kiedy kochasz, możesz wiele. Może nawet wszystko? No i kiedy kochasz, powiedz to. Nie kryj się z uczuciami.

Oprócz tego cudowne jest zgrabne przemieszanie dramatu z komedią. Mamy tu kilka wątków. Z jednych się śmiejemy, inne nas wzruszają bądź nawet smucą. A wszystko „wtopione” w przedświąteczną londyńską atmosferę.

Daniel własnie stracił żonę. Szykuje się do pogrzebu. Wkrótce będzie musiał pomóc swemu szaleńczo zakochanemu pasierbowi. W tym samym czasie Juliet i Peter biorą ślub. Ceremonię filmuje zakochany w Juliet przyjaciel Petera. Jamie nakrywa żonę na zdradzie. Harry’ego podrywa atrakcyjna sekretarka. Nieszczęśliwy i samotny Colin postanawia szukać kobiety swego życia w Stanach Zjednoczonych. Sarah od dwóch lat kocha się w Carlu i nie wie, jak wyznać mu swe uczucia i powalczyć o wzajemność. Dublerzy nagich ciał znanych aktorów Judy i John poznają się na planie jednego z filmów i zakochują w sobie. Nowo wybranemu premierowi Wielkiej Brytanii wpada w oko apetyczna asystentka…

A w tym wszystkim podstarzały rockandrollowiec Bill próbuje wskrzesić swoją dawną świetność nagrywa cover znanego przeboju. Scena, w której ciągle myli jedno słowo i nie jest w stanie nagrać poprawnej wersji, to, moim zdaniem, majstersztyk.



Każdy z bohaterów filmu kocha, kochał, zamierza kochać. Miłość jest wszędzie. 

Śmiejemy się, kiedy Colin mówi o sobie, że jest bogiem seksu, a dostaje kosza od każdej napotkanej dziewczyny. Wzruszamy, kiedy widzimy, jak zona Harry’ego odkrywa jego niewierność. Denerwujemy się, kiedy Sarah zamiast uprawiać ognisty seks z przystojnym Carlem, rozmawia przez telefon ze swoim upośledzonym bratem. Denerwuje nas to, bo Sarah ma prawo ułożyć sobie życie, ale tego nie robi… Współczujemy Markowi, bo wiemy, że Juliet kocha swego męża i Mark jest dla niej jedynie miłym znajomym. Żal nam Daniela, ale radość wzbudza w nas historia Sama, która i pogrążonego w żałobie Daniela przywraca do życia.

Fantastycznie dobrani aktorzy. Nie wiem, kto inny mógłby zagrać podstarzałego piosenkarza. Bill Nighy jest świetny. Colin Firth jako zdradzany pisarz – strzał w dziesiątkę. Emma Thompson odkrywająca naszyjnik dla swoje rywalki – cudo. Po angielsku uroczy, ale i „sztywny” Hugh Grant jako premier – bomba. Alan Rickman – dojrzały, przystojny, ulegający czarowi sekretarki – extra.

Kreacje aktorskie to zdecydowanie mocna strona tego obrazu.

Mnie w tym roku te historie jakoś wyjątkowo wzruszyły. Chyba pozazdrościłam niektórym bohaterom ich szczęścia :) Oczywiście, niektóre z tych opowiastek trącają o naiwność i nieprawdopodobieństwo, ale to nie szkodzi, bo dzięki temu chyba równoważą akcenty dramatyczne i smutne, obecne w filmie. Wiadomo, że angielski premier nie pozwoli sobie na pewne teksty czy zachowania tak jak Hugh Grant odgrywający jego rolę, a jednak kibicujemy czarującemu szefowi rządu i bardzo nam, jako premier, pasuje. No i ta scena z tańcem…



Kto jeszcze filmu nie obejrzał, polecam gorąco :)

Wesołych Świąt!

 

Wkrótce nastanie ten rodzaj ciszy,
Że każdy wszystko usłyszy:
I sanie w obłokach mknące,
I gwiazdy na dach spadające,
A wszędzie to ufne czekanie.
Czekajmy – a cud się stanie!

Takich cudów – maleńkich, zwyczajnych, codziennych – które sprawiają, że odzyskujemy wiarę w człowieka, dobro i szczęście życzę Wam wszystkim z całego serca. Wesołych Świąt :)

I piosenki, bez których nie wyobrażam sobie ani zimy, ani Świąt :)