Archiwa tagu: dramat

Otchłań

Pierwsze wspomnienie? Upalne lato. Zapach sianokosów. Ryk wypasanych krów. Nawoływania z pola. Źdźbła trawy łaskoczące mnie w twarz… I pytanie:

- No, panie Kawiński, gdzie pana zięć?

Stalowe oczy żołnierza przysłaniające blask słońca.

- Nie wiem – wyprostowany na baczność dziadek patrzy w oczy esesmana. – Dawno go tu nie było. Wyszedł któregoś dnia i nie wrócił.

- Taak? – Niemiec pochyla się w stronę mojego brata. – No, mały, a gdzie twój tata?

Alfred patrzy na niego ze strachem. Płowa grzywka opadła mu na czoło. Odgarnia ją z oczu.

- Nie wiem, proszę pana. Nie ma go w domu.

Teraz kolba pistoletu dotyka wydętego brzucha mojej matki.

- Pani Drawska, skąd ten brzuch? Mąż zrobił? To co? Jest czy go nie ma? Z obowiązków, widzę, się wywiązuje…

Kolba pistoletu stuka brzuch. Mocniej i mocniej.

Matka zaczyna płakać.

- Nie ma go od wielu miesięcy… nie wiem, gdzie on – tłumaczy przez łzy.

Esesman wzdycha zirytowany.

- Sąsiedzi go tu widzieli, pani Drawska. Proszę nie kłamać! Gdzie jest?!

Mężczyzna łapie matkę za podbródek i silnie ją ściska.

- Naprawdę nie wiemy – wtrąca dziadek – sąsiady zazdrosne. U nas i krowa, i świnie, a u nich bieda, to donoszą. Zawistne są.

Dziwny grymas wykrzywia gładko ogoloną twarz esesmana. Moment. I kolbą pistoletu mocno uderza w ciążowy brzuch mojej matki. Ta upada, głośno krzycząc. Alfred krzyczy razem z nią. Przypada do niej gwałtownie. Słychać strzał. Mój brat przewraca się na matkę. Z jego czoła leje się krew. A może z oczu? Nie wiem. Nie widzę dokładnie. Matka przestaje krzyczeć. Obejmuje nieruchome ciało mojego brata i kołysze je w ramionach.

- No, Drawska, mało ci?! – Niemiec pochyla się nad nią – Gdzie jest Marian Drawski?

- Nie wiemy! – dziadek z obłędem w oczach patrzy na całą scenę. – Nie wiemy! Nie wiemy! Nie wiemy!

Kolba pistoletu uderza dziadka w oko. Raz i drugi. Jakaś krwawa miazga wypływa z jego oczodołu. Starszy pan osuwa się na ziemię. Esesman znowu zwraca się w stronę mojej matki.

- Marian Drawski – wypowiada wolno imię i nazwisko mego ojca. – Gdzie jest?

- Ja nie wiem – szepcze mama.

Mężczyzna wyrywa z jej ramion martwego Alfreda.

- Ty szmato! – bije ją po brzuchu. Po twarzy. Wszędzie. Matka upada.

Niemiec prostuje się. Patrzy z pogardą na trzy leżące ciała. Spluwa. Kilka razy oddycha głęboko. Poprawia mundur.

- Jedziemy! – daje znak towarzyszącym mu żołnierzom.

Nieporuszona trwam na swoim miejscu. Słoma kłuje mnie po twarzy, ale nie ruszam się. Nie potrafię. A przecież muszę. Oni odjechali. Siedziałam grzecznie, jak kazała mama. – Nie wolno ci wyjść, rozumiesz? – długo patrzyła mi w oczy – nie wychodź. Oni w końcu odjadą. Odjadą. Wtedy możesz się ruszyć. Rozumiesz? – kiwałam głową przerażona. – Pamiętaj, bo rózga pójdzie w ruch. I wykonała gest, którego nie znosiłam. Kojarzył się z razami, jakie czasami od niej otrzymywałam…

A więc siedzę…

 Mijają sekundy. Minuty. Godziny…

Czołgam się powoli. Oni odjechali, ale może wrócą? Może lepiej, żeby mnie nikt nie widział? Podczołguję się do trzech nieruchomych kształtów. Coś lepkiego dotyka moich palców. Przyglądam się. To krew. Krew dziadka. Krew mamy. Krew Alfreda. Patrzę na nich. Nie mogę oderwać wzroku.

Mamo? Dziadku? Alfi? Cisza. Matka ma zamknięte oczy. Błogi wyraz twarzy. Chyba śpi. Przywieram do niej, nie zważając na kałużę krwi. Przywieram z całych sił. Przecież przy niej zawsze byłam bezpieczna…

Niech żyje kultura osobista i wyczucie chwili…

 

Jadę autobusem. Piękna pogoda. W środku luz, sporo miejsc siedzących, wybieram więc jakieś extra ;) Przodem do jazdy, przy oknie… Mijają dwa przystanki. Otwierają się drzwi. Wsiadają kolejne osoby. W rzędzie obok siada młody mężczyzna (to ważne), a naprzeciwko mnie jakaś ruda mama z córką i (najprawdopodobniej) swoja matką (starsza pani zajmuje miejsce obok mnie). Zaczynają rozmawiać.

  • Widziałaś, kto wszedł z nami? – pyta dramatycznym szeptem ruda (szept na tyle głośny, że ja odrywam się od lektury).
  • Nie – stwierdza starsza pani.
  • Ten facet, no… wiesz, no ten – kobieta przewraca oczami i wskazuje mężczyznę, który siedzi po przeciwległej stronie autobusu – no, ten, co tam siedzi koło okna, widzisz?
  • Aaa – starsza kobieta kiwa głową – widzę go, widzę.

Nie mogę się skupić na czytaniu, bo rudzielec mówi zbyt głośno. Lustruję ją wzrokiem. Mam na nosie gigantyczne okulary przeciwsłoneczne, więc mogę się gapić bezkarnie.

  • Co z tym mężczyzną? Ja go nie kojarzę – poddaje się starsza.
  • Nie wiesz? – brwi rudzielca unoszą się zdziwione. – On był w tym programie „Rozmowy w toku”, u Drzyzgi…
  • No coś ty…Ten, co tam siedzi?
  • A tak. Ten, ten… Oglądałam, to wiem – ruda rzuca okiem na mężczyznę i niezrażona GŁOŚNO mówi dalej – Nie masz pojęcia, co za historia…

Przewracam kartki w książce, ale nie czytam, w życiu. Nie da się. A skoro nie, to, chcąc nie chcąc, podsłucham ich rozmowę. Nie będzie to trudne, ludzie siedzący parę miejsc za nami też chyba wszystko słyszą.

  • Słuchaj… – rozkręca się rudzielec – on miał żonę, no, nie wyobrażasz sobie, jaka z niej była pijaczka…

Rzucam okiem na mężczyznę, o którym mowa. Chyba poczerwieniał…

  • Mieli dziecko… – ciągnie kobieta – ale wiesz, ona piła i piła. W ogóle się tym dzieckiem nie zajmowała.
  • Co ty mówisz? I on opowiadał o tym w tym programie? – pyta starsza pani.
  • Tak. O wszystkim mówił. Jak było ciężko i w ogóle. Jak się musiał tym dzieckiem zajmować. Wiesz, sam, zupełnie sam, bo ona piła i piła…

Delikatnie odwracam się tu i ówdzie. Zainteresowanych opowieścią rudej jest coraz więcej. Zresztą nie mamy wyjścia. Jej dramatyczny SZEPT niesie się po całym autobusie. Mężczyzna, który jest bohaterem wywodu, patrzy w okno. Czerwony jak burak. Jednak nic nie mówi.

  • No i wiesz… on musiał i tą pijaną żoną się zajmować, i dzieckiem. Straszna historia, bo ona nie chciała rzucić tego picia, wiesz…
  • No i co? No i co?
  • I opowiadał o tym wszystkim, wiesz… ale w końcu się z nią rozstał, wiesz, bo nie wytrzymał. No, ileż można wytrzymać z pijaczką – ruda stwierdza oskarżycielsko i patrzy na mężczyznę z litością – ale historia, co?
  • Niesamowita – wtrącam się do rozmowy – cały autobus ją słyszał. Ten pan, o którym mowa, również, gratuluję kultury osobistej. Następnym razem niech pani krzyczy, bo ci na końcu autobusu mogli wszystkiego nie usłyszeć…

Po czym wstaję szybko i wysiadam.

Dwa przystanki za wcześnie. Cholera, ta asertywność dużo mnie kosztowała :)