Archiwa tagu: kobieta i mężczyzna

O seksie i pieniądzach

 

Znam pewną kobietę. Całkiem dobrze. To fantastyczna babka. Świetny pracownik. Rewelacyjna matka. Serio. Ma w sobie tyle oddania dla dzieci, tyle siły i chęci do pracy i działania z nimi, że często miewam przy niej kompleksy.

Powiedzmy, że ma na imię Zośka.

I tak, Zośka wstaje codziennie już po godzinie piątej, żeby przygotować obiad, wyszykować dzieci, no i zdążyć do pracy. Z pracy wychodzi zazwyczaj po godzinie 16. Potem pędzi po dzieci i wszyscy wracają do domu.

W domu Zocha pomaga dzieciom w lekcjach, sprząta, czyli robi takie oczywiste dla kobiet rzeczy.

To ona opłaca czynsz i rachunki. To ona co miesiąc płaci ratę kredytu hipotecznego. To ona płaci za telefon, net i tv.

Myślicie, że Zośka to taka nowoczesna biznes woman z grubym portfelem? Nie. Zocha pracuje w tym samym zawodzie co ja.

Pewnie się zastanawiacie, czy Zośka jest samotną matką, skoro taka z niej Zosia-Samosia…

Nie. Jest w jej życiu ktoś taki jak MĄŻ. Tak. Szanowny Mąż, Ojciec, Partner jest. Mieszkają razem i w sumie razem wychowują dzieci. I w ogóle w sumie razem żyją.

Tylko ciągle Zocha wszystko robi sama i wszystkie kłopoty finansowe są wiecznie na JEJ głowie. Szanowny Partner w razie problemów bezradnie rozkłada ręce i… I tyle. I na tyle go stać.

Niby ma pracę. Niby powinni się jakoś dzielić obowiązkami, wspierać w problemach itd. No, niby tak, a jednak niezwykle rzadko się to dzieje. Tyle razy widziałam Zochę bliską płaczu albo płaczącą, bo znów z czymś tam musiała sobie poradzić SAMA. Albo miała jakieś kłopoty, a na ramieniu Szanownego Męża nie mogła się wesprzeć. I zwykle chodzi o pieniądze. A Zośka kokosów nie zarabia. A na wszystko musi mieć SAMA. Na wakacje dla dzieci, na prezenty, na nowe dla nich obuwie, nie wspomnę już o tak prozaicznych rzeczach jak jedzenie i tzw. „życie” (wiecie, o jakich wydatkach mówię). I jeszcze czasem trzeba finansowo wesprzeć Szanownego Parntera…

Zapytacie pewnie, to po jaką cholerę jej taki mąż?

Sama sobie zadaję to pytanie.

W końcu Zocha jest samowystarczalna. Mogłaby pogonić mendę i finansowo tylko na tym zyska, bo to ona na wszystko łoży, więc będzie miała, przepraszam za brutalizm, jedną gębę mniej do wyżywienia. 

A jednak z nim jest. Jest z tym mężczyzną na dobre i na (niestety częściej) złe. Wielokrotnie bywali na ostrzu noża i teoretycznie blisko rozstania. Jednak tylko teoretycznie. Jest, moim zdaniem coś, co sprawia, że Zocha nigdy nie porzuci Męża Pasożyta.

Zośka kocha swego Utracjusza. Ona go kocha szczerze i głęboko. Ona go kocha jak cholera, co tu kryć. Łączy ich ogromna namiętność i udany seks. A dobry seks łączy a nie dzieli ;) A ich jest, ponoć, więcej niż dobry. 

I tak, moi drodzy, namiętność spowodowała, że liczy się przede wszystkim więź cielesna (ależ wymyśliłam określenie ;) ), a resztę się wybacza. I tak, Zośka cierpi, płacze, ale wybacza, bo… co w dzień zepsujesz, w nocy możesz naprawić ;)

A Wam, moi drodzy, czy kiedyś super seks przesłonił wszystko inne?

:)

Kot jest dobry na wszystko

 

Pewna kobieta rozeszła się z mężem (który ją zdradzał), potem straciła pracę, a w końcu podupadła na zdrowiu.

Kiedy do rachunku strat dołączyły jeszcze problemy ze snem, apatia i brak apetytu, postanowiła wybrać się do psychiatry. Specjalista dopatrzył się u niej zaburzeń afektywnych dwubiegunowych i zaczął się „rajd po lekach”: jeden lek na nastrój, drugi przeciw niepokojowi, trzeci na sen… Efekt? Pięć kilo do przodu, migreny, mdłości i chroniczne zmęczenie.

Lekarze (bo skonsultowała się też z innymi specjalistami), kładąc wszystko na barki stresu, jeszcze bardziej wzmocnili kurację. Nie przynosiła ona jednak efektów…

Pewnego dnia, pod wpływem programu w telewizji, kobieta zapragnęła sprawić sobie kota.

Po raz pierwszy od wielu miesięcy wzięła się więc za sprzątanie mieszkania, aby przyprowadzić do niego nowego gościa. Pojechała do schroniska, gdzie wpadł jej w oko gruby trzyletni rudzielec, porzucony przez właścicieli, którzy wyjechali za granicę i nigdy już nie wrócili.

Ledwo Rudzielec znalazł się w nowym miejscu, a już wskoczył na łóżko, zaczął mruczeć i lizać się. Taki był początek nowego etapu w życiu naszej bohaterki – znów miała kogoś do pogłaskania, przytulania i rozmawiania… W nocy wreszcie zaczęła się wysypiać – kołysana mruczeniem.

Od tamtej pory zaczęła zmniejszać dawki leków, w dzień wychodziła z domu, udzielała się towarzysko. Aż w końcu znalazła nową pracę, nowych znajomych. I odżyła!

To prawdziwa historia :)

Jestem zdania, że kot to cudowny towarzysz człowieka. Sama regularnie odczuwam pozytywny wpływ mojej kociczki Coco. Kiedy jestem chora, często kładzie się koło mnie, jakby chciała mi pomóc w wyzdrowieniu. Mruczy, grucha, odprawia nade mną jakieś kocie rytuały… :)

Zauważcie, że kocie miauczenie zarezerwowane jest tylko dla nas. Koty nigdy nie miauczą do siebie nawzajem. Komunikują się, ale wydając inne dźwięki. Obserwowałam już kilka razy, jak Coco porozumiewała się ze swoimi dzieciaczkami. To bardzo specyficzny rodzaj kociego języka. Jakby gruchanie, delikatny warkot. Różny, bo używany w różnych sytuacjach. Kiedy Coco karciła któregoś malucha, wyraźnie to było słychać. Kiedy go wołała, również, i był to już inny rodzaj gruchania.

Chociaż skala ekspresji kota jest nieco ograniczona, człowiek dość szybko uczy się odróżniać zwyczajne „mmr” na powitanie lub w podziękowaniu od „miau” domagającego się pieszczot lub jedzenia czy znacznie bardziej niecierpliwego „mrrrau” albo żałosnego „miiieeeu”.

Kot to chyba jedyne zwierzę bezkrytycznie akceptowane w łóżku. Jest czysty i niczym nie pachnie (choć słyszałam opowieści o kocich brudasach, czyli wyjątki się zdarzają). Pozwala się głaskać (choć jest typem niezależnym i najczęściej on ustala, kiedy pozwoli nam na pieszczoty). Ma ciepłe futerko. Jego mruczenie jest kojące i pomaga zasnąć. Kiedy kot wgramoli się do łóżka, właściciel nie śmie się poruszyć… Przynajmniej ja tak robię :) (no i tylko wtedy, gdy śpię sama – mój mąż za Coco nie przepada).

Wibracje mruczącego kota odczuwamy za pomocą receptorów w skórze. Mruczenie powoduje u ludzi wydzielanie endorfin o zaledwie kilkuminutowym, ale bardzo silnym działaniu. Można więc powiedzieć, że daje to coś w rodzaju obłoczka uspokajających związków chemicznych, które relaksują organizm. Słuchanie mruczenia to prawdziwa terapia, a jej efekty dorównują działaniu wielu antydepresantów i leków nasennych!

A na zakończenie powiem Wam, że jak twierdzi weterynarz behawiorysta Joël Dehasse, nawet dorosły kot może być dla człowieka substytutem dziecka. Ma podobną wagę, wydaje podobne dźwięki, jest tak samo delikatny, ciepły i łasy na pieszczoty. A człowiek musi opiekować się nim trochę tak jak dzieckiem. To by wyjaśniało, dlaczego ja tak się ekscytowałam każdą ciążą mojej Coco. I ciążą, i porodami, i wszystkimi jej maleństwami. Jak nic mam niezaspokojony instynkt macierzyński ;)

A Wasze koty? Lub znajome Wam koty? Jak wpływają na ludzi?

 

Odejść bez słowa

 

Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest, kiedy ktoś Wam bliski odchodzi bez słowa, bez pożegnania?

Nie mówię tu o śmierci. Nie tym razem :) Mam na myśli sytuacje, kiedy trwa pewna zażyłość, bliskość, a potem nagle ta oddana nam osoba znika bez słowa wyjaśnienia.

Tak. To może być wtedy, kiedy facet rzuca kobietę albo kobieta faceta. Przestają dzwonić, pisać. Koniec. Było fajnie, może nawet bardzo i nagle trach… Ona/on odchodzi. Nie wiemy, dlaczego. Nie wiemy, co zrobiliśmy nie tak, czy czymś zawiniliśmy. Ok, niekiedy wiemy, że „spapraliśmy” sprawę i ktoś nas opuszcza, bo na to zasłużyliśmy. Jednakże nierzadko bywa tak, że nie wiemy, o co chodzi. Nie mamy pojęcia, dlaczego zostaliśmy porzuceni. 

Tak może być w przypadku nie tylko zauroczenia, fascynacji, miłości, ale też bliskiej znajomości, przyjaźni. Moje pytanie brzmi: dlaczego odchodzi się bez słowa?

Czy zdarzyły mi się takie sytuacje? Jasne, że tak. Trochę już na tym świecie żyję i przeżyłam co nieco :) Dlatego też doszłam do pewnych wniosków i mam swoje spiskowe teorie na temat odchodzenia bez pożegnania/wyjaśnienia:

1) Byliśmy czymś w rodzaju zabawki, a te, jak wiadomo, zwykle porzuca się tak po prostu i bierze nowe. Kiedyś myślałam, że to dotyczy ludzi bardzo młodych (wiecie, ta szalejąca młodość i jej głupie wybryki), ale dochodzę jednak do wniosku, iż przydarza się to w każdym wieku. Nawet dorosłe, dojrzałe (chyba pozornie) osobniki obojga płci potrafią przedmiotowo traktować innych. Są wyrachowane, świadome tego, co robią. Nie liczą się z uczuciami drugiego człowieka, dlatego rzucają go bez słowa.

2) Nie byliśmy ważni dla tej osoby, dlatego też opuściła nas bez słowa. Nawet nie była wyrachowana, może nawet miała na początku dobre intencje. Jednak po jakimś czasie doszła do wniosku, że traci czas. A to, co nieważne, traktujemy przecież w „nieważny” sposób. Dla kogoś nieistotnego nie warto tracić czasu. Po co więc zbędne wyjaśniania, które zajmują czas?

3) Zraniliśmy kogoś na tyle mocno, że ta osoba chce zranić nas równie mocno. To w sumie naturalny odruch – ty mi tak, to i ja tobie tak. Albo i mocniej. Podejmowanie decyzji pod wpływem emocji, niekiedy ogromnych, powoduje, iż postępujemy nieracjonalnie, nietaktownie, nierozsądnie, nie fair. To tak jak w czasie kłótni – często ludzie są wściekli i mówią, a nawet krzyczą, wypowiadają niewybredne słowa, żeby rozładować negatywne emocje. Jak bardzo trzeba się pilnować, żeby nie powiedzieć wtedy zbyt wiele. A przecież nie zawsze jest to możliwe. I tak pod wpływem emocji, chęci zemsty, skrzywdzenia, które tak naprawdę, „na trzeźwo” nie przyszłyby nam do głowy, odchodzimy. Szybko, boleśnie, bez słowa. A potem? A potem jakoś tak głupio się cofnąć i to naprawić, prawda?

4) Ktoś jest tchórzem. Nie chce „prosto w oczy” powiedzieć, co mu/jej nie pasowało, dlatego ucieka. Nie wiem, czy to naturalne zachowanie, ale dość częste. Łatwiej uciec, niż się tłumaczyć. Dotyczy to zwykle ludzi, którzy generalnie obchodzą przeszkody, nie stawiając im czoła. Są z natury nieodważni. Nie umieją czy nie odczuwają potrzeby postawienia sprawy jasno, bo to oznaczałoby komplikacje: jakieś wyjaśnienia, tłumaczenia, czas, problemy, może czyjeś łzy. Czyli trudność. A przecież można łatwiej. Pójdę sobie i już. 

5) Nieprzewidziana okoliczność, ingerencja osób trzecich, niespodzianki życiowe itp. Każdy chciałby, żeby taki właśnie był powód odejścia tej drugiej osoby, bo to by oznaczało, że nie ma w tym jej winy. Nie jest tchórzem, nie „olewa” nas, po prostu stało się coś nieoczekiwanego, może nawet dramatycznego, co uniemożliwiło podanie powodów odejścia i pożegnanie. Obawiam się, że to jednak zdarza się raczej dość rzadko. 

Więcej teorii nie mam. Chętnie wysłucham Waszych :)

Powody odejścia bez wyjaśnienia, bez pożegnania to jedna strona medalu. Druga jest taka, że to boli. Z tej drugiej strony jest ktoś, kto, jak sądzę, w większości wypadków zasługuje na kilka słów. O ile łatwiej jest funkcjonować, jeśli wiemy, dlaczego ktoś nas opuścił. Nie dość, że łatwiej, to możemy z własnych działań wysnuć wnioski na przyszłość. Czegoś się nauczyć. Dlaczego Ci, którzy odchodzą, pozbawiają nas tego wszystkiego? Dlaczego skazują nas na myślenie, zamartwianie się, nocne niespanie, kombinowanie, co, jak i dlaczego, skazane z reguły na niepowodzenie, bo relacje międzyludzkie są tak subtelnie skomplikowane, że trudno często dojść, dlaczego zostaliśmy porzuceni.

Zawsze twierdziłam, że rozmowa jest podstawą wszystkiego. W każdym związku i każdej znajomości. Tak, rozmawianie – konstruktywne, szczere, z wyczuciem – jest niełatwe. Nawet bardzo. Ale trzeba to robić. Słowa mają magiczną moc.

 

 

Wszystko to, co mam, tylko tobie dam…

 

Ten tytuł to słowa jednej z piosenek. Słucham jej właśnie, szlagier lat ’90 – Ziyo „Magiczne słowa”. Obecnie śpiewa to Rafał Brzozowski, ale to, moim zdaniem, słabiutki cover, słabiusieńki.

Jednak nie o piosence chcę pisać. Naszło mnie, wiecie, tak romantycznie. Słucham, słucham i wspominam. Kogo? Różnych facetów w moim życiu. Czy któremuś tak śpiewałam? Że wszystko jemu dam i takie tam… :) Chodzi przecież o metaforę. Chodzi o stan intensywnego czucia. O miłość i namiętność zarazem. Chęć bycia razem i to bycie właśnie. Pragnienie dawania i brania, na maxa… O piękny związek. I takie tam, i takie tam…

Różni mężczyźni byli w moim życiu – ważni i nieważni, przelotni tacy. O tych „przelatujących” nie będę pisać. Nie zaważyli na moim życiu, no i „przelatującym” nie chce się śpiewać: Wszystko to, co mam, tobie dam… :)

Moja pierwsza poważna miłość. Wow. Zakochałam się na maxa. Zdecydowanie śpiewałam mojemu ukochanemu: Wszystko ci dam… Choć nie dałam, bo związek okazał się krótki, a w tamtych czasach tak szybko nie chodziło się do łóżka ;)

Mój pierwszy narzeczony (hmm… lubiłam się zaręczać i zdarzyło mi to się kilka razy) zdecydowanie mówił mi takie właśnie słowa. On wszystko, co miał, to mi dał. Byłam jego wielką miłością. Na tyle dużą, że po wielu latach odnalazł mnie na pewnym portalu społecznościowym i trochę powspominaliśmy. Był cudownym mężczyzną. Rzuciłam go (głupia), bo za bardzo słuchałam mojej mamy. Żaden facet i żadna moja przyjaciółka nigdy nie znaleźli jej uznania. Potrzebowałam jednak duuuuuużo czasu, żeby to zrozumieć i nauczyć się z tym walczyć. Czy kochałam go tak bardzo jak on mnie? To jest dobre pytanie. Obawiam się, że nie. Gdzieś kiedyś słyszałam, że w każdym związku zawsze jedna osoba goni, a druga ucieka. Nie może być inaczej. Zawsze ktoś kocha bardziej. Nie chcę uogólniać i twierdzić, że tak na pewno jest. Tego nie wiem. Jednak w tym przypadku, mojego cudownego narzeczonego, teza okazałaby się słuszna. To ja uciekałam. A potem złamałam mu potwornie serce. Wiem to. Nie działałam z premedytacją. Nie było tak, że chciałam go skrzywdzić. Nigdy bowiem nie chciałam. Ale skrzywdziłam. Bardzo.

Cóż, mój kolejny poważny związek to chyba była pokuta za to złamane serducho…

Mój kolejny narzeczony to był ten, który trafił na okres, w którym zawalczyłam o siebie i własne zdanie. Mamunia już mnie tak nie tłamsiła. Niestety, cholera, kiedy ja zrobiłam się nagle odważna i miałam w nosie to, co ona mówiła, trafił mi się mężczyzna kompletnie nieodpowiedzialny i niedojrzały. Tyle że, wiecie, ja wcale nie chciałam tego widzieć. Tak bardzo chciałam oderwać się od mojej matki, że w tej mojej obrzydliwej desperacji byłam głucha i ślepa. Mój mężczyzna kochał mnie niewątpliwie. Jakoś tam. Jak to się mówi: na swój sposób. A już na pewno było mu ze mną wygodnie. Ja też go kochałam. Czy aż tak, żeby mu śpiewać: Wszystko tobie dam… ? Nie wiem, staram się nie pamiętać. On na pewno mi tak nie śpiewał. Wydaje mi się, że aż tak do utraty tchu go nie kochałam. Przede wszystkim dawał mi wolność od mojej matki i to mi wiele przysłoniło. Byłam ślepa, ale nie w swojej miłości czy namiętności, tylko pragnieniu bycia samodzielną i samodecydującą. I on mi to dawał.

Dał mi więcej – mojego pierwszego syna. Jednak dorosłe, rodzinne życie go przerosło, a ja-matka nagle przejrzałam na oczy i zrozumiałam, że bycie z nim to w gruncie rzeczy niańczenie kolejnego dziecka. A nawet utrzymywanie go…

I zostałam sama z dzieckiem.

Kolejny mężczyzna w moim życiu nie pojawił się szybko. Ale kiedy w końcu już zaczął być, chciałam mu śpiewać: Wszystko tobie dam… A przynajmniej takie miałam wrażenie :) On też mi tak śpiewał. I żyliśmy długo i szczęśliwie? Nie. Tak to bywa w komediach romantycznych. Życie zasadniczo zaskakuje bardziej niż romansidełka :) Mężczyzna, który wzbudził we mnie bardzo intensywne uczucia, był… żonaty. Tak, tak, byłam tą „trzecią”. Tą złą kobietą. Ja samotna, on w dołku – banał. Nie wiem, czy to była „aż” miłość. To są zbyt ważne i zbyt trudne słowa, wolę na nie uważać. A może jestem po prostu zbyt zachowawcza? Tak czy owak, było to do utraty tchu. Aż ciężko to wspominać, tak było… fajnie ;) To jest taka intensywność uczuć, o której chce się śnić, której się pragnie…

Niestety, ja nie mam tupetu. Nigdy nie miałam. On też go nie miał. Nie umiałam, nie chciałam wydzierać faceta innej kobiecie. To było jakieś takie… poniżej mojego poziomu. Inna na moim miejscu zagrałaby bardziej brawurowo i pewnie by go zdobyła forever. A ja nie umiałam. Ale chciałam. Wierzcie mi, był cudownym partnerem i uwielbiał moje dziecko. Byłby fantastycznym ojcem.

I wtedy pojawił się inny mężczyzna. Zagrał brawurowo i wybrałam jego. Choć moje serce jeszcze należało do tamtego. Nowy zawalczył tak, że trudno było się oprzeć. Nie musiał się rozwodzić, rozstawać, nie rozbijałam niczego, łatwo było budować… Nie było w tym, z mojej strony, żadnej utraty tchu, za to spokój i bezpieczeństwo. Uznałam, że widać tak musi być. Z czasem zapomniałam o tamtym (kłamię – nauczyłam się po prostu żyć bez niego), a przywiązałam się do nowego partnera i go pokochałam. Tak na spokojnie, chyba z niewielkim dystansem, bez uniesień. Mój nowy partner przez długi czas śpiewał mi: Wszystko tobie dam… Śpiewał na tyle skutecznie, że… został moim mężem i urodziłam mu dziecko.

Jest moim mężem nadal, a czy nadal mi śpiewa? O, to już inna historia ;)

Jestem wredną babą. Niełatwo mi śpiewać ;)

 

https://www.youtube.com/watch?v=wD2E7bjn1sw