Archiwa tagu: szczęście

Pozytywnie mimo wszystko

 

Listopad to miesiąc ponury. Dni krótkie, noce długie. Ponuro i mało słońca. Choć w tym roku, póki co, listopadzik jest dla nas wyjątkowo łaskawy. Temperatura wczesnopaździernikowa, co cieszy mojego męża, bo już oblicza, ile zaoszczędzi na ogrzewaniu :) Cieszę się wraz z nim. 

Dla mnie jednak istotne też jest słońce. Jestem światłolubna, dlatego krótkie listopadowe dni przyprawiają mnie o chandrę. Na szczęście po listopadzie jest grudzień, który co prawda dni ma jeszcze krótsze, ale znoszę je lepiej, bo myślę już wtedy o świętach :)

A skoro już tak sprytnie staram się wybrnąć z tego, co smutne, to zastanówmy się, co dobrego jest w tym, co nas otacza i co nam się przydarza. Jak mawiała bohaterka książki, którą uwielbiałam jako młode dziewczę, Polyanna, we wszystkim można dostrzec coś dobrego, coś pozytywnego. A jeśli to dostrzeżemy, to i więcej będzie w nas sił do działania, więcej chęci, więcej radości… A to jest w życiu konieczne, bo to nasze życie to nie jest bułka z masłem :) Lepiej więc pozytywnie stawić mu czoła.

Dobra, to ja się teraz przyjrzę, co tam u mnie pozytywnego…

Spłacamy wielki kredyt hipoteczny. Wielki i wredny. I jeszcze długo będziemy go spłacać, oj, długo. Co jest w tym pozytywnego? Gdybyśmy go nie mieli, nie mielibyśmy domu. Tułalibyśmy się po wynajmowanym, a tak, coś tam po nas dzieciom zostanie… Jest dom, ogród, własne owoce, miejsce do wypoczynku z dala od zgiełku miasta… Co jeszcze może w tym być pozytywnego? Dajemy radę go spłacać. Mamy kredyt, bo nas na niego stać. Od dziś będę dumna, że mnie na niego było stać, cholera, ale będę dumna. W przeciwnym razie go znienawidzę, cha, cha, cha… W rzeczy samej, jak to się mówi, to mojego męża było na to stać, nie mnie. Jednak nie wiem, czy te pozytywne argumenty do niego dotrą :)

Ok. Z kredytem nie było łatwo. Teraz będzie prościej.

Mam niezłą pracę. I nieźle zarabiam. Biorąc pod uwagę, jak ciężko jest na rynku pracy, mam szczęście. Nigdy nie byłam bezrobotna. Zawsze bez problemu znajdowałam pracę, jeśli już musiałam ją zmieniać (a musiałam dwa razy). Pracuję ciężko (sektor prywatny), ale inaczej nie potrafię. Albo jestem w czołówce, albo wcale. Czyli kolejna pozytywna rzecz – nie jestem szarym pracownikiem, banalnym, średnim, zagubionym w tłumie. Wyróżniam się. Dużo mnie to kosztuje, ale i dużo, bardzo dużo mi to daje.

Ok. Teraz będzie jeszcze łatwiej.

Mam dwoje zdrowych dzieci. Odpukać w niemalowane :) Tego często się nie docenia. A trzeba. Choroba dzieci to nieszczęście. A moi synkowie trzymają się naprawdę dobrze. Starszy właściwie nie choruje, młodszy od początku roku szkolnego nie zaliczył jeszcze żadnej infekcji. Wow! I to jest powód do radości. To jest pozytywne… Bywają z nimi problemy, ale jakieś być muszą, trzeba przez to przejść :) Nie jestem typową matką Polką,  nie zatracam się w tej roli, jednak uważam, że moje życie bez dzieci byłoby puste. Czy to więc nie jest pozytywne, że je mam? :)

Ja tak do końca zdrowa nie jestem, ale myślę sobie, że może być znacznie gorzej. Nie będę narzekać. Jest dobrze :)

Poprawiły się moje relacje z moją mamą. Dużo z nią przeszłam, oj, dużo :( Ale może to jednak poukładamy? Ona robi się coraz starsza, ja też. Może coś z tego będzie pozytywnego. Na razie obie się staramy.

Cóż, nie jestem samotna, mam z kim dzielić życie, a to przecież bardzo dużo…

Poza tym, wkrótce Święta, ferie, odpoczynek… To też jest mega pozytywne :)

I tyle wymyśliłam :) 

A teraz Wy, co pozytywnego odnaleźliście w swoim życiu?

Kot jest dobry na wszystko

 

Pewna kobieta rozeszła się z mężem (który ją zdradzał), potem straciła pracę, a w końcu podupadła na zdrowiu.

Kiedy do rachunku strat dołączyły jeszcze problemy ze snem, apatia i brak apetytu, postanowiła wybrać się do psychiatry. Specjalista dopatrzył się u niej zaburzeń afektywnych dwubiegunowych i zaczął się „rajd po lekach”: jeden lek na nastrój, drugi przeciw niepokojowi, trzeci na sen… Efekt? Pięć kilo do przodu, migreny, mdłości i chroniczne zmęczenie.

Lekarze (bo skonsultowała się też z innymi specjalistami), kładąc wszystko na barki stresu, jeszcze bardziej wzmocnili kurację. Nie przynosiła ona jednak efektów…

Pewnego dnia, pod wpływem programu w telewizji, kobieta zapragnęła sprawić sobie kota.

Po raz pierwszy od wielu miesięcy wzięła się więc za sprzątanie mieszkania, aby przyprowadzić do niego nowego gościa. Pojechała do schroniska, gdzie wpadł jej w oko gruby trzyletni rudzielec, porzucony przez właścicieli, którzy wyjechali za granicę i nigdy już nie wrócili.

Ledwo Rudzielec znalazł się w nowym miejscu, a już wskoczył na łóżko, zaczął mruczeć i lizać się. Taki był początek nowego etapu w życiu naszej bohaterki – znów miała kogoś do pogłaskania, przytulania i rozmawiania… W nocy wreszcie zaczęła się wysypiać – kołysana mruczeniem.

Od tamtej pory zaczęła zmniejszać dawki leków, w dzień wychodziła z domu, udzielała się towarzysko. Aż w końcu znalazła nową pracę, nowych znajomych. I odżyła!

To prawdziwa historia :)

Jestem zdania, że kot to cudowny towarzysz człowieka. Sama regularnie odczuwam pozytywny wpływ mojej kociczki Coco. Kiedy jestem chora, często kładzie się koło mnie, jakby chciała mi pomóc w wyzdrowieniu. Mruczy, grucha, odprawia nade mną jakieś kocie rytuały… :)

Zauważcie, że kocie miauczenie zarezerwowane jest tylko dla nas. Koty nigdy nie miauczą do siebie nawzajem. Komunikują się, ale wydając inne dźwięki. Obserwowałam już kilka razy, jak Coco porozumiewała się ze swoimi dzieciaczkami. To bardzo specyficzny rodzaj kociego języka. Jakby gruchanie, delikatny warkot. Różny, bo używany w różnych sytuacjach. Kiedy Coco karciła któregoś malucha, wyraźnie to było słychać. Kiedy go wołała, również, i był to już inny rodzaj gruchania.

Chociaż skala ekspresji kota jest nieco ograniczona, człowiek dość szybko uczy się odróżniać zwyczajne „mmr” na powitanie lub w podziękowaniu od „miau” domagającego się pieszczot lub jedzenia czy znacznie bardziej niecierpliwego „mrrrau” albo żałosnego „miiieeeu”.

Kot to chyba jedyne zwierzę bezkrytycznie akceptowane w łóżku. Jest czysty i niczym nie pachnie (choć słyszałam opowieści o kocich brudasach, czyli wyjątki się zdarzają). Pozwala się głaskać (choć jest typem niezależnym i najczęściej on ustala, kiedy pozwoli nam na pieszczoty). Ma ciepłe futerko. Jego mruczenie jest kojące i pomaga zasnąć. Kiedy kot wgramoli się do łóżka, właściciel nie śmie się poruszyć… Przynajmniej ja tak robię :) (no i tylko wtedy, gdy śpię sama – mój mąż za Coco nie przepada).

Wibracje mruczącego kota odczuwamy za pomocą receptorów w skórze. Mruczenie powoduje u ludzi wydzielanie endorfin o zaledwie kilkuminutowym, ale bardzo silnym działaniu. Można więc powiedzieć, że daje to coś w rodzaju obłoczka uspokajających związków chemicznych, które relaksują organizm. Słuchanie mruczenia to prawdziwa terapia, a jej efekty dorównują działaniu wielu antydepresantów i leków nasennych!

A na zakończenie powiem Wam, że jak twierdzi weterynarz behawiorysta Joël Dehasse, nawet dorosły kot może być dla człowieka substytutem dziecka. Ma podobną wagę, wydaje podobne dźwięki, jest tak samo delikatny, ciepły i łasy na pieszczoty. A człowiek musi opiekować się nim trochę tak jak dzieckiem. To by wyjaśniało, dlaczego ja tak się ekscytowałam każdą ciążą mojej Coco. I ciążą, i porodami, i wszystkimi jej maleństwami. Jak nic mam niezaspokojony instynkt macierzyński ;)

A Wasze koty? Lub znajome Wam koty? Jak wpływają na ludzi?

 

Ależ jestem happy!

 

Słuchajcie, przymierzałam się, żeby pisać o feministkach, potem o ciąży i chodzeniu na obcasach, potem o namiętnej miłości… Ale nie mogę się zebrać do tak poważnego pisania :) Zaczęły się wakacje, rok szkolny skończył się fantastycznie, chociaż miałam tyle na głowie, że cały czas odsypiam i odreagowuję.

Co ciekawe, ktoś mi ostatnio napisał, że nie rozumie, jak mogę zapominać o czymkolwiek, skoro pracuję 18 godzin tygodniowo. Cha, cha, cha… Opisywałam Wam kiedyś te moje słynne 18 godzin, które jakoś tak regularnie rozrastają się do 40-tu, jak u każdego pracującego poza szkołą człowieka. Powiem tyle, zorganizowałam świetne zakończenie roku z extra przedstawieniem, wcześniej kapitalny Dzień Regionalny, konkurs literacki, zorganizowałam fajną wycieczkę. I to wszystko w ostatnich dwóch miesiącach. Miałam w tym wszystkim cudowną partnerkę, koleżankę po fachu, z którą góry możemy przenosić :) Każdy mój miesiąc w pracy jest intensywny. I nie jestem, jako nauczyciel, jakimś odosobnionym przypadkiem. Myślę, że gdyby nie wakacje, oszalałabym. Naprawdę. Praca w szkole potrafi być satysfakcjonująca, ale potwornie wyczerpująca. A ja do tego nie umiem robić mało i byle jak, angażuję się „na maxa”.

Ale, co najważniejsze… zwolniono z pracy pewną blond-świnię, o której kiedyś pisałam. 

Zatruwała mi życie przez dwa lata. Nie tylko mi, jak się okazało. Pisałam Wam, jak poszłyśmy z koleżankami zwyczajnie „nakablować” na nią, bo już miałyśmy dość. Blondi się nieco uspokoiła, ale pod koniec roku znowu zaczęła rozrabiać. Poszłam więc, tym razem sama, do dyrekcji i o tym powiedziałam. Ten mój donos (nie oszukujmy się) okazał się chyba gwoździem do trumny. Czyli tylko utwierdził moich przełożonych w przekonaniu, że należy jednak ją zwolnić. Myślcie sobie o mnie, co chcecie, ja się CHOLERNIE CIESZĘ. Nie będzie jej! I BARDZO DOBRZE, że ją zwolnili. ZASŁUŻYŁA na to! :)

Kiedy robiłam, po raz pierwszy w życiu, noworoczne postanowienie, obiecałam sobie, że muszę tak pokierować sprawami zawodowymi, żeby ponownie sprawiały mi satysfakcję. Taką dużą jak kiedyś. Obiecałam też sobie rozwinąć skrzydła. Pracuję nad tym cały czas. To dopiero początek zmian :)

Siedzę dziś SZCZĘŚLIWA. Piszę artykuł do pewnego czasopisma, słucham cudownej piosenki i tak mi cholernie dobrze. A przecież może być tylko lepiej. To dopiero początek :)

A o piosence też muszę Wam  napisać. Zakochałam się w niej. Słucham jej teraz chyba 20-ty raz. No, tak już mam. Jak mi jakaś wpadnie w ucho, słucham jej tyle razy, aż umiem na pamięć każdy moment, dźwięk… Ta jest niesamowita. Mam w sobie moc czy siłę, nie wiem, jak to nazwać. Przy takiej muzyce od razu mam wenę twórczą :)

Co ciekawe, na początku myślałam, że Sia śpiewa pierwszy fragment po francusku :) Nawet tytuł „Chandelier” tak jakoś „z francuska” brzmi ;) Ale nie. Sia śpiewa po angielsku, tylko tak zabawnie „zaciąga”. Może pochodzi z Francji? Nie wiem. Nieważne. Tak samo początkowo nieistotne było dla mnie, o czym ona śpiewa. Ale po wysłuchaniu jej piosenki po raz 15-ty uznałam, że trzeba sprawdzić, o co chodzi w tekście. Bez tego trudno w pełni się zachwycać :)

Miałam kiedyś cudownego znajomego (może nawet przyjaciela?), który fantastycznie tłumaczył mi przeróżne piosenki. Tak, wiecie, z duszą :) Niestety, czymś go wystraszyłam, może nadmierną szczerością, i teraz sama muszę sobie radzić z tłumaczeniami :)

Zaraz Wam załączę link, posłuchajcie Sii – cudny kawałek. A i tekst niezły. Jak tak wejść w niego głębiej, to jest przeraźliwie smutny. Ale słucha się fenomenalnie.

 

 

Imprezowiczki nie da się skrzywdzić

Kiedy się nauczę, potrafię nic nie czuć
Wciąż popełniam te same błędy

Jestem z tych, z którą dobrze spędza się czas
Telefon wydzwania, dobijają się do moich drzwi
Czuję miłość, czuje ją

Raz, dwa, trzy Raz, dwa, trzy piję 
Raz, dwa, trzy Raz, dwa, trzy piję 
Raz, dwa, trzy Raz, dwa, trzy piję 

Raz po raz, aż tracę rachubę

Będę zwisać z żyrandola
Z żyrandola
Będę żyć, jakby jutra miało nie być
Jakby jutra miało nie być
Będę latać jak ptak przez noc
Czuć zasychające łzy na twarzy
Będę zwisać z żyrandola
Z żyrandola

Trzymam się z całych sił
Nie spojrzę w dół, nie otworzę oczu
Kieliszek pozostanie pełny aż do świtu
Muszę wytrwać tej nocy
Pomóż mi, opieram się temu ze wszystkich sił
Nie spojrzę w dół, nie otworzę oczu
Kieliszek pozostanie pełny aż do świtu
Muszę wytrwać tej nocy

Słońce świeci, a ja się rozpadam
Musze wyjść stąd, uciec od tego
Taki mi wstyd…

Raz, dwa, trzy Raz, dwa, trzy napój
Raz, dwa, trzy Raz, dwa, trzy napój
Raz, dwa, trzy Raz, dwa, trzy napój

Jeden za drugim, aż tracę rachubę

Będę zwisać z żyrandola
Z żyrandola
Będę żyć, jakby jutra miało nie być
Jakby jutra miało nie być
Będę latać jak ptak przez noc
Czuć zasychające łzy na twarzy
Będę zwisać z żyrandola
Z żyrandola

Trzymam się z całych sił
Nie spojrzę w dół, nie otworzę oczu
Kieliszek pozostanie pełny aż do świtu
Muszę wytrwać tej nocy
Pomóż mi, opieram się temu ze wszystkich sił
Nie spojrzę w dół, nie otworzę oczu
Kieliszek pozostanie pełny aż do świtu
Muszę wytrwać tej nocy

Co daje szczęście kobiecie…

 

Nie. Nie będę pisać o mężczyznach. O miłości też nie. I o seksie też nie. Choć niewątpliwie wszystkie te, hmm, rzeczy kojarzą się ze szczęściem.

Zdradzę Wam, co mi ostatnio dało odrobinę euforii…

Jakiś czas temu zepsuł mi się odkurzacz. Nie tak po prostu. Nawalił z mojej winy. Najpierw odkurzałam, potem zauważyłam, że worek się zapełnił, więc grzecznie i sprawnie wyjęłam zapchany i wyrzuciłam. Ale… tak, nowego nie włożyłam. Nie pytajcie, dlaczego. Niezbadane są pokłady mej kobiecej inteligencji i pomysłowości. Po wyrzuceniu starego worka schowałam odkurzacz. Po paru dniach go wyjęłam i zaczęłam znowu sprzątać. Lubię to robić. Lubię,  w mordkę, jak jest czysto, jak brutalnie eliminuję kurz, pajęczyny i Bóg wie, co jeszcze. Mam wtedy takie, nie wiem, czy nie złudne, poczucie, że panuję nad otoczeniem.  I tak sobie odkurzałam, kiedy nagle mój wspaniały sprzęt przestał działać. Co się stało? – pomyślałam – przecież stary worek wyrzuciłam i… o cholera jasna, w mordę kopane, szlag by to trafił… Rzuciłam się z rozpaczą na odkurzacz marki electrolux i otworzyłam go. A tak gorąco jak w kopalni żelaza, bucha, kipi, kurz, jasny gwint, kurz wszędzie. Tylko worka brak. Porozkręcałam, co się dało. Wyjęłam filtry. I czekałam, blondynka jedna, aż silnik się schłodzi. I powiem Wam, że po paru godzinach mogłam poodkurzać, ale niestety po jakichś 2-3 tygodniach odkurzacz zamilkł na wieki.

Ślubny nie był zachwycony wizją kolejnego wydatku. Jak to? Przecież kupiliśmy ten sprzęt rok temu. Już się zepsuł? Zebrałam się na odwagę i opowiedziałam mu straszną historię zniszczenia odkurzacza. Patrzył na mnie tak jakoś, wiecie, jakby nie dowierzał, że mogłam zrobić coś tak absurdalnie głupiego.

- Nie ma teraz pieniędzy na nowy  - wycedził stanowczo.

- Jak to nie ma? To jak ja będę sprzątać? Zamiatać będę? Co to średniowiecze?  - zezłościłam się.

- Musisz poczekać do przyszłego piątku. Najwyżej będzie brudno, wyluzuj.

10 dni? Przed oczami stanął mi obraz mojego domu zakurzonego do cna. Straszny obraz. Nie do zaakceptowania. 

Przez kilka dni grzecznie zamiatałam i wymiatałam, co się dało. Myłam. Jednak bez odkurzacza to nie to samo. Postanowiłam zadziałać samowolnie  i nielegalnie – użyć skrytej karty kredytowej, takiej tylko mojej, o której wiem tylko ja. Tak, tak, domyślam się, jakie gromy teraz na mnie padną. Że zołza, że tajemnice ma przed mężem i takie tam. Ano mam. Nie ja pierwsza i nie ostatnia. Są gorsze sekrety.

Tak więc zabrałam się do szukania nowego odkurzacza. Sprawiło mi to ogromną przyjemność. Nie byłam w żadnym sklepie, przeglądałam oferty w Internecie. Sprawdzałam moc, siłę ssania, wagę i różne takie. Uwielbiam robić zakupy internetowo. Chodzenie po sklepach mnie męczy, no chyba że chodzi o kupowanie ciuszków, ale na to zwykle nie mam zbyt wiele kasy, więc długie łażenie po galeriach mi nie grozi:) 

Jak już znalazłam model o odpowiedniej sile ssania (che, che…;) i mocy, z przejęcia zaschło mi w gardle. Oto, wyszukałam odkurzacz, który nie będzie żarł zbyt wiele prądu, wessie solidnie to, co trzeba, nie potrzebuje worków, nie jest ciężki i… niezbyt drogi. Czyż nie jestem genialną, zaradną panią domu? 

I kupiłam. Po dwóch dniach był u mnie w domu – śliczny, w kolorze fuksji (akurat kolor to przypadek – innego nie było).

I teraz wreszcie przejdę do sedna sprawy. Kiedy zaczęłam odkurzać, poczułam… szczęście. Serio. Cały dzień biegałam po domu, sprzątałam, czyściłam, walczyłam  z pajęczynami i innym brudem. No, dobra, robiłam sobie przerwy, żeby pogonić dzieci, żeby akurat tym razem mi nie pomagały, bo oczywiście mój cudny odkurzacz w kolorze fuksji nagle zachęcił ich do prac porządkowych. Ale nic z tego. Ten sprzęt jest tylko mój.

Po całym dniu miałam poczucie, że wreszcie wszystko wróciło do normy. Panowałam przynajmniej nad ładem w swoim otoczeniu. Zawsze to coś. Błogie szczęście nie opuszczało mnie jeszcze przez kilka dni:)

Tak. I co dało szczęście kobiecie? Zgadlibyście, że odkurzacz?

(Mąż, jak wrócił i zastał mnie szalejącą z nowym sprzętem, spytał: A co to tu robi? Skąd wzięłaś pieniądze? Mówiłem Ci, żebyś nie ruszała z konta… teraz muszę Ci oddać, a nie mam… Spoko – ja na to – nie musisz się ze mną rozliczać. Stać mnie było. Jestem oszczędna ;)

7 przytulań i 3 razy seks, inaczej macie przekichane

 


Są na świecie ludzie, którzy wiedzą lepiej, więcej, mają gotowe recepty na wszystko.

I oto, proszę, znaleźli się tacy, którzy dokładnie mogą nam powiedzieć, co zrobić, żeby związek był udany.

  1. Całowanie. 10 razy w tygodniu. Za mało – niedobrze. Za dużo – widocznie też (co za dużo, to niezdrowo). Ja na przykład mam naturę zapominalską, a jak zapomnę o tym 10-tym pocałunku? Albo, co gorsza, najchętniej to bym się zapomniała i całowała więcej. A jak już zacznę, to zapominam, żeby przestać. No i co?
  2. Przytulanie. Wiadomo, że jest konieczne. Musi być jednak odpowiednio dozowane – 7 razy w tygodniu. Pilnujcie tego. Przytulamy się na przykład tylko w łóżku. Nawet pasuje – od poniedziałku do niedzieli. Poza łóżkiem obchodzimy się z daleka, żeby się nam przypadkiem nie zachciało 8-go razu – no way!
  3. Seks. Na szczęście dozwolony. Nawet potrzebny i konieczny, ale pod warunkiem, że uprawia się go minimum 3 razy w tygodniu. Na szczęście nie mówią nam, czy 3 razy jednej nocy, czy przez 3 kolejne noce, czy co drugi dzień – zawsze to coś, jakiś wybór pozostaje ;)
  4. Rozmowy. Sama pisałam, że rozmowa jest podstawą wszystkiego. Ci mądrzy naukowcy też tak uważają. Jak dobrze. Pary powinny zasiadać do znaczących, głębokich konwersacji 10 razy w miesiącu. Nie głupich dyskusji o tym, kto i dlaczego zapomniał wyrzucić śmieci. Rozmowa ma być… głęboka. Cokolwiek to znaczy. A ja to tak czasem lubię, wiecie, „pitolić” o czymkolwiek, byle z ukochanym – czyli to się nie liczy :(
  5. 3 kłótnie i 2 wyjścia. Eksperci doradzają trzy kłótnie w miesiącu. Pary mogą, na przykład, sprzeczać się o to, gdzie spędzić randkę. Romantyczne wyjścia są kolejnym ważnym spoiwem związku, podtrzymują gorącą atmosferę itp. Czyli mamy prawie że „dwa w jednym”. Extra. A dlaczego trzy kłótnie, a tylko dwa wyjścia? Cóż. Pewnie za trzecim razem, jak się będziemy spierać o to, gdzie iść na randkę, to się tak zetniemy, że już nigdzie nie zechcemy wyjść.
  6. 3 razy niespodzianka. Trzykrotnie w każdym miesiącu powinniśmy zaskoczyć ukochaną osobę romantycznym gestem. Może to i dobrze, że tylko trzy razy, w końcu wszystko na tym świecie kosztuje :)
  7. 2 razy wolność. Dwa razy w miesiącu zakochani powinni umawiać się ze swoimi przyjaciółmi. Jak ich nie mają, to niech, do cholery jasnej, szybko sobie jakiś znajdą. Ale tylko na dwa razy w miesiącu. Jak kumpel się urżnie i trzeba go będzie odtransportować do domu, a już zaliczymy nasze 2 razy, to sorry, niech sobie kretyn radzi sam…
  8. Pieszczoty przed telewizorem. Obowiązkowo 6 razy w miesiącu. Za siódmym razem siadamy na osobnych fotelach, żeby nie kusić losu…
  9. Dwa dłuższe wyjazdy wakacyjne i 2 krótsze w roku… Cholera, mój związek (i tak trudny) skazany jest na niepowodzenie, bo ciągle nie mamy pieniędzy na wspólne wyjazdy…
  10. Wspólne hobby – 3. Tak, musimy znaleźć trzy łączące nas zainteresowania, inaczej kicha (ja to już na pewno mam przekichane, z moim mężem połączyliśmy się na zasadzie przyciągania przeciwieństw).                                                                                                                                                                                                                                                                                                   I tak mamy wszystko skrupulatnie zaplanowane. Trzeba wziąć kalendarz, rozpisać, poniedziałek przytulanki, wtorek kłótnia, środa niespodzianka, czwartek wolność… O niczym nie trzeba myśleć. Tylko się dostosować, a sukces naszego związku murowany.Ci mądrzy ludzie, autorzy powyższych wskazówek, w sumie intencje mieli dobre, pozwolę sobie zacytować ich przesłanie:


    „Każdy może wziąć ślub, ale żeby uczynić małżeństwo idealnym potrzeba dużo zaangażowania i wysiłku. Jeśli ktoś nie jest gotów popracować nad związkiem i zaakceptować niektóre niepowodzenia, trudno mu będzie znaleźć swój ideał. Każdy chce mieć perfekcyjne małżeństwo, a takie drobnostki, jak całowanie się i przytulanie, są naprawdę ważne. Chociaż wydają się nieistotne, to właśnie takie drobne gesty pozwalają parze zachować bliskość i intymność. Kiedy tego brakuje, związek popada w rutynę, a jej rezultatem jest dwójka nieszczęśliwych i znudzonych sobą ludzi”.                                                                                                                                      

    Hmm… tak to czasem bywa. Intencje dobre, a wyszło…

    Zresztą, oceńcie sami.

    Czekam:)