Archiwa tagu: wspomnienia

Czar dziecięcych wspomnień

 

Uwielbiam czas oczekiwań na Boże Narodzenie. Kolorowe lampki w oknach, na straganach, witrynach sklepowych. Poszukiwanie prezentów. Układanie świątecznego jadłospisu… Nawet porządki w domu :)

Co roku przypominam sobie, jak to bywało dawniej. Jak szykowałam się do świąt w rodzinnym domu…

Pamiętam, jak z ubogiego kieszonkowego próbowałam wyczarować prezenty dla rodziców i siostry :) Zapadł mi w pamięć zwłaszcza zestaw igieł dla mamy, który kupiłam jej dwa razy z rzędu :)

Jak byłyśmy małe, co roku urządzałyśmy z siostrą dla rodziców spektakl wigilijny. Śpiewałyśmy kolędy, odgrywałyśmy role Maryi i Józefa. Był też Jezusek (czyli wybrana z naszych lalek). Nie wiem, jak rodzice znosili nasze występy (co roku to samo), zwłaszcza nasze śpiewy ;) Nie wyrosłyśmy na wybitne wokalistki, delikatnie mówiąc ;)

Razem z siostrą na kilka tygodni przed Wigilią przetrząsałyśmy całe mieszkanie w poszukiwaniu prezentów. Takie byłyśmy ciekawskie… Parę razy nam się udało „wymacać” to i owo :) Co ciekawe, dziś moi synowie tego nie robią, choć starszy dobrze wie, gdzie Mikołaj je ukrywa…

Moje dzieciństwo to czasy, kiedy nie było wokół tylu łakoci co teraz, więc każda słodkość, która dostawałam na Święta, była na wagę złota. Jeśli trafiała się prawdziwa czekolada (a nie wyrób czekoladopodobny), jej smak pamiętało się miesiącami. No i pomarańcze, mandarynki… ich zapach już zawsze będzie kojarzył się z Bożym Narodzeniem. Za „moich czasów” te owoce pojawiały się rzadko i przede wszystkim w tym właśnie okresie. Później, kiedy już byłam w liceum, pomarańcze i mandarynki stały się ogólnie dostępne.

Mama piekła pyszne makowce i sernik. Pamiętam jak dzień przed Wigilią w całym domu roznosił się niesamowity zapach tych ciast. Mama szykowała je do późnej nocy i zwykle przychodziła do nas wieczorem i mówiła: Dziewczyny, już są gotowe. Chcecie spróbować? No i wszystkie zaczynałyśmy się zajadać :)

Dzień przed Wigilią kupowaliśmy i ubierałyśmy z rodzicami choinkę, tzn. z tatą, bo mama buszowała wtedy w kuchni i gotowała kompot z suszonych owoców. Pycha! Nawet pamiętam w jakich szklankach go piliśmy, bo to były takie specjalne nieduże szklaneczki ze złotym „obramowaniem” na górze… A choinka zazwyczaj była prawdziwa. Fantastycznie pachniała. Tata zwieszał lampki, a my z siostrą całą resztę :)

Mama smażyła też pierogi z kapustą i grzybami, robiła rybę po grecku, a tata tradycyjnego śledzika z cebulką. Był też barszcz czerwony…

Do stołu siadaliśmy w porze nie do końca „kolacyjnej” :) – zwykle ok godz. 17. Czekanie na prezenty i post widocznie nas wyczerpywały :) Robiliśmy tzw. pierwszą rundkę w jedzeniu, po czym następowało wręczenie prezentów, a potem, jak się już nimi nacieszyliśmy, ponownie siadaliśmy do stołu :)

Obecnie w swoim domu też tak robię z moimi chłopakami. Oni się bawią tym, co dostali od Mikołaja, a my z mężem siedzimy i jemy, jemy, jemy…

Pamiętam, jak w pierwszy i drugi dzień Świąt zasiadaliśmy wspólnie przed telewizorem i oglądaliśmy super filmy. To były czasy, kiedy w okresie świątecznym wreszcie można się było naoglądać czegoś dobrego. Na co dzień nie było aż takiego wyboru. No i takiej atmosfery :) Utkwił mi w pamięci obraz, kiedy wszyscy oglądamy „Potop” Hofmana, a ja zajadam się maminym sernikiem. Mniam… Dziś ten film można obejrzeć w każdej chwili. To już nie ten urok, wierzcie mi :)

Ach… jeszcze jedno wspomnienie… świąteczny handel przed Domami Centrum na ulicy Marszałkowskiej (dziś jest tam wiele sklepów: Empik, H&M, Reserved, C&A itd.). Kiedy komunizm runął i nastał wolny rynek, pasaż przed tymi wielkimi sklepami zapełnił się handlarzami różnego rodzaju i różnej maści :) Ciężko było się poruszać, taki był tłum. Prawie wszystko można było u nich kupić. A przed Świętami puszczali kolędy – z magnetofonów! z kaset! Pamiętacie??? Miało to swój klimat. Oczywiście, kupował się te kasety i kolekcjonowało. To było coś… :)

I tak bym jeszcze mogła trochę powspominać…. ale może i Wy powspominacie? Napiszcie o tym, jak szykowaliście się do Świąt w dziecięctwie :)

 

Ach, ten Lenny i jego boskie ciało

 

Mam kolejną piosenkę, w której się zakochałam. „The chamber” Lenny’ego Kravitza.

Kapitalny utwór, daje kopa. Uwielbiam takie klimaty :)

Przy okazji Lenny’ego zaczęłam wspominać, jak wiele lat temu ekscytowałyśmy się z moją siostrą inną piosenką tego artysty „I belong to you”. Nie chodziło jedynie o utwór. Istotny był też teledysk, a w nim Lenny – półnagi, wyrzeźbiony niczym młody bóg, rytmicznie wywijający tym i owym ;)

Aleśmy z siostrą wzdychały, patrząc na jego boską klatę. Na to ciało doskonałe. Ciało nagie. Ciało półnagie. Ciało w kusej koszulce. Ciało w mokrej koszulce (bo Lenny wdzięcznie poruszał biodrami, stojąc w morzu). Po prostu bardzo seksowne ciało. Mniam…

Oglądałyśmy teledysk wielokrotnie, wpadając za każdym razem w podobną ekscytację :)

Oglądałyśmy też, oczywiście, inne teledyski, na którym boski Kravitz zawsze był nieprzyzwoicie, do bólu wręcz seksowny. Chciało się go dotknąć, nie powiem ;)

Co ciekawe, na co dzień wcale nie poszukiwałam mężczyzny, który by prezentował takie walory fizyczne. Zupełnie tego nie potrzebowałam. Nawet się specjalnie nie oglądałam za tzw. ciachami. Do dziś tego nie robię. W prawdziwym życiu najseksowniejszy jest dla mnie… mózg mężczyzny i zapach czystości, jaki roztacza. To jest połączenie doskonałe. Seksownemu mózgowi nie umiem się oprzeć. Zadbanemu zapachowi również…

Dlaczego więc tak zawojował mnie Lenny? Dlaczego w życiu tacy jak on nie robili (i nie robią) na mnie większego wrażenia? Czyżbym podświadomie czuła, że wyrzeźbione ciało jest bardzo kruchym walorem? W gruncie rzeczy mało istotnym?

Uwielbiałam na niego patrzeć. Ale nie śniłam o nim. Miałam  dwadzieścia parę lat – może byłam za stara na takie marzenia? takie sny? :)

Myślę, że wtedy kreowano go w jakiś sposób na sex symbol. To pewnie potęgowało odczucia. W większości video Kravitz jest na maxa wystylizowany, świetnie ubrany, zadbany. Ciuchy podkreślają jego umięśnione ciało. Fajnie się porusza, zmysłowo – nawet, kiedy gra na gitarze. Daje to spójną całość – ciacha jak cholera :) Wystarczy popatrzeć na „Again” – jest tam więcej nagiego Lenny’ego niż gdziekolwiek indziej. Jak można było przejść nad tym do porządku dziennego? Jest tam taka scena, w której Kravitz się rozbiera i idzie pod prysznic. Oj, dużo pokazali. I do tego ze smakiem. No, to co, miałam się nie ekscytować? To było taaaakie przyjemne ;)

Poza tym podobała mi się też jego muzyka, nie tylko on. To też swoje robiło. 

Kravitz to nie jedyny mężczyzna z teledysku, który mnie w swoim czasie uwiódł. Byli też inni ;) Jednak przy okazji tej nowej piosenki wspominam właśnie jego.

Poniżej najnowszy teledysk Lenny’ego. Co ciekawe, wcale go tam nie widać. A fajnie by było go ujrzeć. Jak teraz wygląda? Czy się postarzał? Czy nadal roztacza tę erotyczną aurę wokół siebie? 

Ale i bez niego video jest świetne. A piosenka rewelacyjna.

 

 

A to Lenny z dawnych lat…