Archiwa tagu: wychowanie dzieci

Czasem mam ochotę… udusić własne dzieci :)

 

- Tit, chodź, zjesz grejpfruta…

- Idę, mamuńciu kochana.

Tit grzecznie siada na krześle.

- Umiesz zjeść sam?

- Chyba sam nie zjem tak ładnie. Pokarmisz? – Tit robi słodkie oczy.

- Uhm. Dobrze. Jesteś chory, to cię z tego tytułu pokarmię… Ol, chodź, zjesz jakiś owoc! – namawiam starszego syna.

- Zaraz – słyszę z góry.

- Ol, chodź teraz.

- Jeszcze chwilka.

Czekam 20 sekund.

- Oooool !!! Złaź tu natychmiast !!!

- No, dobra…

Człapanie po schodach. Ol niespecjalnie szczęśliwy siada przy stole.

- Jeśli cię wołam i chcę, żebyś zszedł teraz, to masz to robić od razu.

- Przecież zszedłem.

- Od razu?

- Mamuniu – odzywa się Tit – no, karm mnie karm, taki jestem chory.

- Już Titku, już… No więc – zwracam się do Ola – zlazłeś od razu czy nie?

- Nie.

- Otóż to. Nie rób tak więcej, bo szlag mnie trafi a wtedy biada ci… Wcinaj grejpfruta. Titkowi smakuje.

Mały uśmiecha się radośnie.

- O tak, mamuniu, był pyszny.

Ol majstruje przy grejpfrucie.

- Jest jakiś dziwny.

- Kto? – pytam, zmywając naczynia.

- No, ten grejpfrut. Jakiś taki miękki. 

- Jest dojrzały – wzdycham ciężko.

- Raczej spleśniały – Ol patrzy na niego z obrzydzeniem.

- Daj spokój, dałam jego część Titkowi. Zauważyłabym, gdyby był spleśniały…

- Mamuniu – pyta Tit – co to znaczy spleśniały?

- Śmierdzący – triumfalnie rzuca Ol – cha, cha, cha.

- Ol, jasny gwint, co ty mówisz – strofuję go nieudolnie.- Spleśniały znaczy zepsuty, nieświeży, nienadający się do jedzenia…

- Czyli śmierdzący? – pyta Titek przymilnie.

- Brzydko pachnący, ok?

- Ok.

- Śmierdzący, śmierdzący – słyszę szept Ola.

- Śmierdzący, śmierdzący – szepcze zachwycony Tit.

Postanawiam mieć to w nosie i zmywam dalej naczynia.

- Jesz tego grejpfruta, Ol?

- Nie mogę, jest jakiś dziwny, mogę coś innego?

- Dobra – siadam przy stole – obiorę ci pomarańczę.

Obieram i rozkładam na talerzu.

- Jedz.

Zmywam dalej naczynia.

- Pomarańcza jest jakaś dziwna.

- Jaka?

- Dziwna. Coś z nią nie tak.

- Mamuniu – wcina się Tit – pójdę na dwór, co?

- Jesteś chory, nie możesz… Ol, zaczynasz przeginać, jedz.

- Mamo, pójdę, pozwól, prooooooszę.

- Musisz siedzieć w domu, Titku, bierzesz antybiotyk, który nie zadziała, jeśli będziesz latać po dworze.

- Tak się nudzę w domku – wzdycha Tit – tak bym już chciał wyjść.

- Kiedy nie mogę jeść – jęczy Ol. – Ta pomarańcza jest… taka miękka.

- Dojrzała jest !!! – ryczę znad zlewozmywaka. – Dojrzała, w mordkę jeża. Jedz!

- Ale ma tu takie coś, to jest dziwne. Nie mogę jej zjeść.

- Mamuniu, niech Ol nie je. Daj mu kanapkę z nutellą.

- Jeszcze czego – burczę. – Ol – wpadam nagle na pomysł – to zjedz jabłko.

- A, to już wolę pomarańczę – godzi się nagle Ol.

Te dzieci…

:)

 

 

Ciąża to nie choroba?

 

Kobietom w ciąży często się mówi: No weź, nie przesadzaj, ciąża to nie choroba.

Co to oznacza? Ano, żeby ciężarna z uśmiechem na ustach zasuwała do pracy, nie bacząc na gorsze samopoczucie, nudności, bóle kręgosłupa, obrzmiałe nogi, zawroty głowy, emocjonalne nierówności etc. etc. 

Kobieta w ciąży powinna obowiązkowo chodzić do pracy do rozwiązania. Chorobowe nie są mile widziane. Unikanie obowiązków również.

A, zapomniałabym, jeszcze musi być sexy. Szpilki, obcisłe kiecki, te sprawy.

Gdzie kobieto nie spojrzysz, taki właśnie wyłania się obraz niewiasty spodziewającej się dziecka.

Niektóre znane osóbki na przykład wręcz epatują swoim stanem. Ma się wrażenie, że chcą tym ciążowym brzuchem wedrzeć się do naszego życia. Tak jest podkreślany, wyróżniany przez seksowne stroje i, oczywiście, niebotyczne obcasy. Zwłaszcza jedna taka, pamiętam. Urodziła już dwoje dzieci i przy każdej ze swoich ciąż tak bardzo udowadniała, że jest sexy, że prawie w to uwierzyłam ;)  Oczywiście nie zwalniała tempa, pracowała zawodowo na tzw. maxa.

Nie ona jedna zresztą. I nie tylko te tzw. znane osoby pokazują nam, szarym śmiertelniczkom, że ciąża to takie tam. Nic wielkiego. Trochę tyjesz i już. Wiele kobiet traktuje stan błogosławiony podobnie lub wręcz tak samo. Skoro to nie choroba, to możemy żyć jak dawniej. Można chodzić do pracy, nie bacząc na stres. Można nosić szpilki, nie bacząc na niebezpieczeństwo upadku lub ból kręgosłupa. Można wszystko.

A ja tego nie rozumiem. Nie popieram. Nie zalecam.

Możecie mnie uznać za dziwaczkę. Albo jakąś skostniałą. Albo nienowoczesną. Trudno.

Uważam, że ciąża to, owszem, nie choroba. Jest to jednak stan szczególny i kobieta powinna wtedy dbać o siebie bardziej niż kiedykolwiek. 

To nieprawda, że praca nam wtedy nie szkodzi. Jeśli jest stresująca, to kobieta, a przede wszystkim jej dziecko odczują to. Będzie to szkodliwe. Jasne, że stres jest wpisany w nasze życie. I pewnie dobrze, bo odrobina adrenaliny działa stymulująco. Jednakże co za dużo, to niezdrowo :) Znam wiele kobiet pracujących w ciąży, jak to się mówi, do samego końca. Ich dzieci zwykle po urodzeniu były nerwowe, miały problemy z zasypianiem. Mam zresztą przykład z „własnego podwórka” – ze starszym synem chodziłam w ciąży do końca, z młodszym byłam na zwolnieniu. Jako niemowlęta zachowywali się w odmienny sposób – inaczej zasypiali, reagowali. Mój wyciszony tryb życia w drugiej ciąży i minimum stresów zdecydowanie przysłużyły się Titowi. Ciąża z Olem była zupełnie inna – ciężka praca, stresy, przykre przeżycia – toteż i Ol nie był tak spokojny jak Tit.

Przy pierwszej ciąży nie miałam wyboru. Przy drugiej na szczęście mi doradzono, żebym przystopowała (i to nie ginekolog mi tak doradził tylko endokrynolog :) ). Zresztą ja sama czułam, że drugą ciążę chciałabym przeżyć inaczej – spokojniej, z dbałością o stan fizyczny i PSYCHICZNY. Na szczęście mogłam to zrobić.

Nie chcę generalizować. Wyobrażam sobie, że nie każda praca może źle wpływać na dzidziusia i jego mamę (ale tak szczerze, to niełatwo taką mieć, bardzo niełatwo). Wiem też, że kobieta często nie ma wyboru. Jeśli jednak już go ma, powinna z całych sił wyciszyć się i zwolnić. Dla siebie, dla maleństwa.

Nie jest naszą siłą pokazanie, że jesteśmy extra mocne i możemy ciężko pracować pomimo odmiennego stanu. Naszą siłą jest odpowiedzialne podejście do ciąży (nie bez powodu nazywanej stanem błogosławionym). Naszą siłą jest zrobienie wszystko, co w naszej mocy, by oszczędzić dzidziusiowi stresu i traumy. Robiąc to, tylko ułatwiamy sobie jego późniejsze wychowanie.

Ja rozumiem, że kobieta w odmiennym stanie może czuć się świetnie, energia ją rozpiera i chce działać. I ok. Byle rozsądnie. Skoro już jest w ciąży, powinna myśleć nie tylko o sobie i własnej aktywności, ale też o życiu, któremu dała początek…

Teraz jest modne takie egoistyczne podejście do wszystkiego. Do ciąży też. To smutne.

Tak jak z tym sexy wizerunkiem. Fajnie, że zerwaliśmy z wizerunkiem ciężarnej okutanej w „worek” albo niezgrabne ogrodniczki. Fajnie, że otwarcie mówi się, że kobieta w ciąży jest cały czas atrakcyjna. Ja się z tym wszystkim zgadzam. Jednak takie ostentacyjne udowadnianie, że jest się sexy, wciskanie się w podniecające ciuchy, obuwie, śmieszy mnie. Z jednej strony. Z drugiej zaś martwi. To moim zdaniem sztuczne, na siłę, niezdrowe, szkodliwe. Błagam, nie mówcie mi, że w siedmiomiesięcznej ciąży wygodnie jest w wysokich szpilach. Byłam w ciąży dwa razy i twierdzę, że ani nie jest to wygodne ani bezpieczne. Nie mówcie mi, że muszę zakładać obcisłe lub uciskające spodnie albo coś w tym rodzaju i w ten sposób przekonywać, że jestem nadal super babką (tylko brzuch mi nieco odstaje). To śmieszne. Byłam w ciąży i chciałam wyglądać atrakcyjnie (zawsze chcę ;) ), ale ubierałam się tak, żeby było mi przede wszystkim wygodnie, żeby mi nic nie uciskało brzucha na przykład, bo to jest, jasny gwint, ważne. I wyglądałam świetnie bez ostentacji, bez sztucznego i nadmiernego epatowania moim odmiennym stanem.

Ciąża to naprawdę szczególny stan. Zwykle nie chorobowy, choć i z tym różnie bywa. Myślę, że kobiety często go bagatelizują. Tak się dzieje, bo zewsząd słyszy się, że można tak robić. To jest w mediach modne. Pracuj, bądź aktywna, nie odmawiaj sobie niczego, jesteś ważna itd. Tak, kobieto, jesteś ważna. Ale skoro już spodziewasz się dziecka, to ono też jest ważne. I trzeba myśleć za dwoje a nie tylko  za siebie.

A jakie są wasza przemyślenia na ten temat?