Archiwa tagu: zdrada

Kot jest dobry na wszystko

 

Pewna kobieta rozeszła się z mężem (który ją zdradzał), potem straciła pracę, a w końcu podupadła na zdrowiu.

Kiedy do rachunku strat dołączyły jeszcze problemy ze snem, apatia i brak apetytu, postanowiła wybrać się do psychiatry. Specjalista dopatrzył się u niej zaburzeń afektywnych dwubiegunowych i zaczął się „rajd po lekach”: jeden lek na nastrój, drugi przeciw niepokojowi, trzeci na sen… Efekt? Pięć kilo do przodu, migreny, mdłości i chroniczne zmęczenie.

Lekarze (bo skonsultowała się też z innymi specjalistami), kładąc wszystko na barki stresu, jeszcze bardziej wzmocnili kurację. Nie przynosiła ona jednak efektów…

Pewnego dnia, pod wpływem programu w telewizji, kobieta zapragnęła sprawić sobie kota.

Po raz pierwszy od wielu miesięcy wzięła się więc za sprzątanie mieszkania, aby przyprowadzić do niego nowego gościa. Pojechała do schroniska, gdzie wpadł jej w oko gruby trzyletni rudzielec, porzucony przez właścicieli, którzy wyjechali za granicę i nigdy już nie wrócili.

Ledwo Rudzielec znalazł się w nowym miejscu, a już wskoczył na łóżko, zaczął mruczeć i lizać się. Taki był początek nowego etapu w życiu naszej bohaterki – znów miała kogoś do pogłaskania, przytulania i rozmawiania… W nocy wreszcie zaczęła się wysypiać – kołysana mruczeniem.

Od tamtej pory zaczęła zmniejszać dawki leków, w dzień wychodziła z domu, udzielała się towarzysko. Aż w końcu znalazła nową pracę, nowych znajomych. I odżyła!

To prawdziwa historia :)

Jestem zdania, że kot to cudowny towarzysz człowieka. Sama regularnie odczuwam pozytywny wpływ mojej kociczki Coco. Kiedy jestem chora, często kładzie się koło mnie, jakby chciała mi pomóc w wyzdrowieniu. Mruczy, grucha, odprawia nade mną jakieś kocie rytuały… :)

Zauważcie, że kocie miauczenie zarezerwowane jest tylko dla nas. Koty nigdy nie miauczą do siebie nawzajem. Komunikują się, ale wydając inne dźwięki. Obserwowałam już kilka razy, jak Coco porozumiewała się ze swoimi dzieciaczkami. To bardzo specyficzny rodzaj kociego języka. Jakby gruchanie, delikatny warkot. Różny, bo używany w różnych sytuacjach. Kiedy Coco karciła któregoś malucha, wyraźnie to było słychać. Kiedy go wołała, również, i był to już inny rodzaj gruchania.

Chociaż skala ekspresji kota jest nieco ograniczona, człowiek dość szybko uczy się odróżniać zwyczajne „mmr” na powitanie lub w podziękowaniu od „miau” domagającego się pieszczot lub jedzenia czy znacznie bardziej niecierpliwego „mrrrau” albo żałosnego „miiieeeu”.

Kot to chyba jedyne zwierzę bezkrytycznie akceptowane w łóżku. Jest czysty i niczym nie pachnie (choć słyszałam opowieści o kocich brudasach, czyli wyjątki się zdarzają). Pozwala się głaskać (choć jest typem niezależnym i najczęściej on ustala, kiedy pozwoli nam na pieszczoty). Ma ciepłe futerko. Jego mruczenie jest kojące i pomaga zasnąć. Kiedy kot wgramoli się do łóżka, właściciel nie śmie się poruszyć… Przynajmniej ja tak robię :) (no i tylko wtedy, gdy śpię sama – mój mąż za Coco nie przepada).

Wibracje mruczącego kota odczuwamy za pomocą receptorów w skórze. Mruczenie powoduje u ludzi wydzielanie endorfin o zaledwie kilkuminutowym, ale bardzo silnym działaniu. Można więc powiedzieć, że daje to coś w rodzaju obłoczka uspokajających związków chemicznych, które relaksują organizm. Słuchanie mruczenia to prawdziwa terapia, a jej efekty dorównują działaniu wielu antydepresantów i leków nasennych!

A na zakończenie powiem Wam, że jak twierdzi weterynarz behawiorysta Joël Dehasse, nawet dorosły kot może być dla człowieka substytutem dziecka. Ma podobną wagę, wydaje podobne dźwięki, jest tak samo delikatny, ciepły i łasy na pieszczoty. A człowiek musi opiekować się nim trochę tak jak dzieckiem. To by wyjaśniało, dlaczego ja tak się ekscytowałam każdą ciążą mojej Coco. I ciążą, i porodami, i wszystkimi jej maleństwami. Jak nic mam niezaspokojony instynkt macierzyński ;)

A Wasze koty? Lub znajome Wam koty? Jak wpływają na ludzi?

 

Wszystko to, co mam, tylko tobie dam…

 

Ten tytuł to słowa jednej z piosenek. Słucham jej właśnie, szlagier lat ’90 – Ziyo „Magiczne słowa”. Obecnie śpiewa to Rafał Brzozowski, ale to, moim zdaniem, słabiutki cover, słabiusieńki.

Jednak nie o piosence chcę pisać. Naszło mnie, wiecie, tak romantycznie. Słucham, słucham i wspominam. Kogo? Różnych facetów w moim życiu. Czy któremuś tak śpiewałam? Że wszystko jemu dam i takie tam… :) Chodzi przecież o metaforę. Chodzi o stan intensywnego czucia. O miłość i namiętność zarazem. Chęć bycia razem i to bycie właśnie. Pragnienie dawania i brania, na maxa… O piękny związek. I takie tam, i takie tam…

Różni mężczyźni byli w moim życiu – ważni i nieważni, przelotni tacy. O tych „przelatujących” nie będę pisać. Nie zaważyli na moim życiu, no i „przelatującym” nie chce się śpiewać: Wszystko to, co mam, tobie dam… :)

Moja pierwsza poważna miłość. Wow. Zakochałam się na maxa. Zdecydowanie śpiewałam mojemu ukochanemu: Wszystko ci dam… Choć nie dałam, bo związek okazał się krótki, a w tamtych czasach tak szybko nie chodziło się do łóżka ;)

Mój pierwszy narzeczony (hmm… lubiłam się zaręczać i zdarzyło mi to się kilka razy) zdecydowanie mówił mi takie właśnie słowa. On wszystko, co miał, to mi dał. Byłam jego wielką miłością. Na tyle dużą, że po wielu latach odnalazł mnie na pewnym portalu społecznościowym i trochę powspominaliśmy. Był cudownym mężczyzną. Rzuciłam go (głupia), bo za bardzo słuchałam mojej mamy. Żaden facet i żadna moja przyjaciółka nigdy nie znaleźli jej uznania. Potrzebowałam jednak duuuuuużo czasu, żeby to zrozumieć i nauczyć się z tym walczyć. Czy kochałam go tak bardzo jak on mnie? To jest dobre pytanie. Obawiam się, że nie. Gdzieś kiedyś słyszałam, że w każdym związku zawsze jedna osoba goni, a druga ucieka. Nie może być inaczej. Zawsze ktoś kocha bardziej. Nie chcę uogólniać i twierdzić, że tak na pewno jest. Tego nie wiem. Jednak w tym przypadku, mojego cudownego narzeczonego, teza okazałaby się słuszna. To ja uciekałam. A potem złamałam mu potwornie serce. Wiem to. Nie działałam z premedytacją. Nie było tak, że chciałam go skrzywdzić. Nigdy bowiem nie chciałam. Ale skrzywdziłam. Bardzo.

Cóż, mój kolejny poważny związek to chyba była pokuta za to złamane serducho…

Mój kolejny narzeczony to był ten, który trafił na okres, w którym zawalczyłam o siebie i własne zdanie. Mamunia już mnie tak nie tłamsiła. Niestety, cholera, kiedy ja zrobiłam się nagle odważna i miałam w nosie to, co ona mówiła, trafił mi się mężczyzna kompletnie nieodpowiedzialny i niedojrzały. Tyle że, wiecie, ja wcale nie chciałam tego widzieć. Tak bardzo chciałam oderwać się od mojej matki, że w tej mojej obrzydliwej desperacji byłam głucha i ślepa. Mój mężczyzna kochał mnie niewątpliwie. Jakoś tam. Jak to się mówi: na swój sposób. A już na pewno było mu ze mną wygodnie. Ja też go kochałam. Czy aż tak, żeby mu śpiewać: Wszystko tobie dam… ? Nie wiem, staram się nie pamiętać. On na pewno mi tak nie śpiewał. Wydaje mi się, że aż tak do utraty tchu go nie kochałam. Przede wszystkim dawał mi wolność od mojej matki i to mi wiele przysłoniło. Byłam ślepa, ale nie w swojej miłości czy namiętności, tylko pragnieniu bycia samodzielną i samodecydującą. I on mi to dawał.

Dał mi więcej – mojego pierwszego syna. Jednak dorosłe, rodzinne życie go przerosło, a ja-matka nagle przejrzałam na oczy i zrozumiałam, że bycie z nim to w gruncie rzeczy niańczenie kolejnego dziecka. A nawet utrzymywanie go…

I zostałam sama z dzieckiem.

Kolejny mężczyzna w moim życiu nie pojawił się szybko. Ale kiedy w końcu już zaczął być, chciałam mu śpiewać: Wszystko tobie dam… A przynajmniej takie miałam wrażenie :) On też mi tak śpiewał. I żyliśmy długo i szczęśliwie? Nie. Tak to bywa w komediach romantycznych. Życie zasadniczo zaskakuje bardziej niż romansidełka :) Mężczyzna, który wzbudził we mnie bardzo intensywne uczucia, był… żonaty. Tak, tak, byłam tą „trzecią”. Tą złą kobietą. Ja samotna, on w dołku – banał. Nie wiem, czy to była „aż” miłość. To są zbyt ważne i zbyt trudne słowa, wolę na nie uważać. A może jestem po prostu zbyt zachowawcza? Tak czy owak, było to do utraty tchu. Aż ciężko to wspominać, tak było… fajnie ;) To jest taka intensywność uczuć, o której chce się śnić, której się pragnie…

Niestety, ja nie mam tupetu. Nigdy nie miałam. On też go nie miał. Nie umiałam, nie chciałam wydzierać faceta innej kobiecie. To było jakieś takie… poniżej mojego poziomu. Inna na moim miejscu zagrałaby bardziej brawurowo i pewnie by go zdobyła forever. A ja nie umiałam. Ale chciałam. Wierzcie mi, był cudownym partnerem i uwielbiał moje dziecko. Byłby fantastycznym ojcem.

I wtedy pojawił się inny mężczyzna. Zagrał brawurowo i wybrałam jego. Choć moje serce jeszcze należało do tamtego. Nowy zawalczył tak, że trudno było się oprzeć. Nie musiał się rozwodzić, rozstawać, nie rozbijałam niczego, łatwo było budować… Nie było w tym, z mojej strony, żadnej utraty tchu, za to spokój i bezpieczeństwo. Uznałam, że widać tak musi być. Z czasem zapomniałam o tamtym (kłamię – nauczyłam się po prostu żyć bez niego), a przywiązałam się do nowego partnera i go pokochałam. Tak na spokojnie, chyba z niewielkim dystansem, bez uniesień. Mój nowy partner przez długi czas śpiewał mi: Wszystko tobie dam… Śpiewał na tyle skutecznie, że… został moim mężem i urodziłam mu dziecko.

Jest moim mężem nadal, a czy nadal mi śpiewa? O, to już inna historia ;)

Jestem wredną babą. Niełatwo mi śpiewać ;)

 

https://www.youtube.com/watch?v=wD2E7bjn1sw

Zdradził czy nie zdradził?

 

Małgosia ma męża i dzieci. Są całkiem udaną parą już ładnych parę lat. Oczywiście, jak to w każdym małżeństwie, nie zawsze bywa między nimi różowo. Zdarzają się kłótnie, ciche dni, nieporozumienia, ale zawsze jakoś dochodzą do ładu. Kochają się.

Jakiś czas temu mąż Gośki – Tomek – zmienił pracę. Zaczął działalność na własny rachunek. Był coraz bardziej zapracowany. Zaczęli oddalać się od siebie. Takie sytuacje zdarzały się wcześniej, więc Małgosia nie widziała w tym niczego podejrzanego. To znaczy, zaniepokoiła się, bo generalnie miała dość takich sytuacji, kiedy mąż tracił nią zainteresowanie, nie rozmawiał, nie przytulał… Ale nie podejrzewała niczego więcej.

Któregoś dnia Gosia wróciła z pracy i chciała popisać na laptopie (to był ich wspólny komputer). Otworzyła go, a tu nagle wyskoczyła jej strona facebooka Tomka. I jakaś zakładka z rozmową z jakąś kobietą. Gdyby to była po prostu strona FB, to by zamknęła laptop, ale niestety ta dobrze widoczna tajemnicza konwersacja sprawiła, że Małgosia zapomniała o dobrym wychowaniu i zaczęła czytać. Niby nic strasznego tam nie było, wszystko tak jakoś nie wprost. Ale i coś o pocałunku, i jakimś spotkaniu, takie jakieś zamglone, niedopowiedziane… jak we flircie..

Wysłała mężowi smsa, że już rozumie, skąd ten jego chłód. Kiedy wrócił, zaczęli o tym rozmawiać. Tomek zarzucił Gośce, że grzebie w jego sprawach. Odpowiedziała, że mógł wszystko pozamykać, wszystkie swoje strony, mógł się wylogować, skoro laptop jest ich wspólną własnością. A więc zamiast się tłumaczyć i bronić, zaatakował. Zdziwiło ją to. Chciała, żeby jej wytłumaczył, co to za baba i co ją z nim łączy. Odpowiedział, że nic. Skąd więc te pocałunki i spotkania w ich korespondencji? A to nic takiego. Ona mu pomagała w pracy, chyba jej się spodobał, trochę pożartował, nic wielkiego. Małgosia nie odpuszczała. Ta rozmowa wyglądała na coś więcej niż żarty, na całkiem poważny flirt. Nie tylko ona go zaczepiała, on ją też. O co tu chodzi? Zdradził?

Tomek szedł w zaparte. Nie zdradził. Może trochę przesadził w żartach, bo potrzebna mu była pomoc, a ona tak bezinteresownie chciała mu pomagać, więc postanowił z tego skorzystać.

Kiedy opowiedziała o tym swojej przyjaciółce, ta odrzekła, że wie o wszystkim, gdyż tajemnicza nieznajoma flirtująca z Tomkiem to ich wspólna koleżanka Edyta (zanim rozpoczął własną działalność, wszyscy pracowali w jednym miejscu). Przyjaciółka nie wiedziała, co ma z tym zrobić, bo bardzo lubiła i Gośkę, i tamtą. Powiedziała też, że Edyta jest bardzo zadurzona w Tomku, a on wcale tych ich żartów-flirtów nie przerywa, mimo że wie, co ona do niego czuje.

Gośka przekazała to mężowi, który nadal nie widział nic złego w swoim postępowaniu. Ale założył hasło na laptopie i żonę poprosił o to samo. Ciekawe, co?

Ta historia ma ciąg dalszy. Tamten flirt ucichł. Jakiś czas później, rok czy półtora, Tomek przyznał się Małgosi, że jakoś tak dziwnym trafem nawiązali z Edytą kontakt na facebooku i sobie rozmawiają. Ale oczywiście o niczym, bo Edyta kogoś ma, więc nie ma to żadnych podtekstów. A jeszcze później przyjaciółka Gosi (ta wspólna), powiedziała, że to Tomek szukał  ponownie kontaktu z Edytą… I znowu Gośka z nim rozmawiała, i znowu jej mąż twierdził, że nie zdradza żony i tak po prostu zaczął gadkę na FB. Bo akurat wtedy między nimi źle się działo i musiał z kimś pogadać…

Jak myślicie, zdradził czy nie zdradził?

 

 

O tych, co chcą cudzych mężów ciąg dalszy…

Elizabeth Taylor Popatrzcie na nią. Moim zdaniem to kwintesencja kobiecego piękna. Niepotrzebny make up – miała niewyobrażalnie piękne rysy twarzy. Mogła mieć każdego mężczyznę. Zapragnęła cudzego męża… Co z tego wynikło? Jedna z najsłynniejszych love story XX wieku. Uwierzcie mi, jej romans z żonatym mężczyzną śledził prawie cały świat.  Romans przekształcił się w niesamowicie silną i piękną miłość, która trwała aż do ich śmierci. A więc bywa i tak: mężatka spotyka żonatego, namiętność jest tak silna, że porzucają swoje dotychczasowe życie dla nowego, niebezpiecznego, nieznanego.

Ona to legendarna aktorka, Elizabeth Taylor. On to wybitny aktor Richard Burton. Jedna z moich ulubionych par…

Na co jej był cudzy mąż?

O tak, na co jej był…?

On miał już drugą żonę, dwoje dzieci. Żonę kochał, o czym publicznie mówił i co było (chyba) widać. Ona była jego współpracowniczką. Nazwijmy ją Ewa. On był fajnym facetem, przystojnym, urokliwym. Ewa też niczego sobie. Zauroczyła się nim. Wiedziała, że ma dzieci, widziała obrączkę na palcu. Ale  się nim zafascynowała. On trochę pożartował, może za dużo, może to nie było na miejscu i Ewa się zakochała. Nigdy się z nią nie umówił, nie dotknął – nic z tych rzeczy. Ale owszem, mailowali do siebie, w sprawach zawodowych, czasem gadali o życiu, chyba nawet nieco ze sobą flirtowali. Czyli i ona, i on.

Na co liczyła Ewa? Że on odejdzie od żony. Że będą razem. Długo na to liczyła. Adorowała go, mimo że on nigdy niczego jej nie obiecał, nie pocałował, nie snuł planów itd. Na co więc, do diabła, liczyła?

Powiedzcie mi, dlaczego niektóre kobiety czepiają się żonatych mężczyzn? Mało że żonatych, to jeszcze dzieciatych. Ja rozumiem, że on nie był wobec Ewy w porządku, za dużo żartował, pozwolił sobie na głupi flirt. Ok. Jest winien. Ale Ewa świadomie i z premedytacją chciała rozbić jego rodzinę. Liczyła na poważny związek, ale nie tylko na to – liczyła, że on zostawi dla niej żonę i dzieci. Dlaczego kobiety robią takie rzeczy innym kobietom? I ich dzieciom? Dlaczego? Nie mogę tego pojąć. Moim zdaniem to świństwo.

Stawiam pytanie, na co wolnym kobietom żonaci mężczyźni? Na co im cudzy mężowie?

Do tego wątku jeszcze powrócę.

Samotność

Który z momentów w życiu Izabelli można by uznać za przełomowy?

Było ich kilka. Jak w życiu każdego człowieka. Kiedy zmieniła pracę, poczuła, że teraz wszystko będzie inaczej. Musiała zostawić swoje stany lękowe w domu, bo inaczej nie dojechałaby na nowe miejsce. Wcześniej nie umiała się ich pozbyć. Teraz nie miała wyjścia. To się czasem okazuje tak proste – człowiek przyparty do muru, potrafi bardzo wiele.

W domu nadal było beznadziejnie, ale nowa praca, wyższa pensja dawały Izabelli nadzieję, że w końcu coś się zmieni. 

Dlaczego nie chodzisz w spódnicach? – usłyszała od niego. Głupiutkie pytanko, głupiutkie żarty, początek gry, która ich oboje przerosła, bo przestała być w którymś momencie grą. Izabella była samotną matką, tłamszoną i poniżaną przez własną matkę. Oprócz sąsiadów, którzy chcąc nie chcąc, byli świadkami jej codziennego życia, nikt się tego nie domyślał, nikt nie wiedział. Wchodząc do pracy, okrutną siłą woli zmuszała się, by tamto straszne życie zostawiać za drzwiami. I zostawiała. Tam było jedno życie, tu było drugie, lepsze… On był jej kolegą z pracy. Miał żonę już od ładnych paru lat. Wydawało się, że był szczęśliwy. Pokazywał w pracy zdjęcie małżonki, atrakcyjnej, eleganckiej blondynki. Ona przeżyła coś przelotnego, dla zabicia samotności, niezbyt głębokiego,w sumie nieważnego. Przyzwyczaiła się do tego, że jest sama. Tylko ona i jej dziecko. Żadnego mężczyzny. Można się przyzwyczaić.

Na jakimś wyjeździe zaczęli flirtować. I tak już zostało. Ustalili, że to zabawa, nic więcej. Izabella była zbyt mądra, by angażować się w związek z żonatym mężczyzną. To znaczy była z nim w jakimś związku chyba jednak, bo coś ich łączyło, ale ona nie walczyła o niego, nie rozbijała jego małżeństwa, niczego od niego nie wymagała. Zmuszanie faceta do tego, żeby porzucił żonę, uznała za bezsensowne. Kochanie takiego faceta też było bezsensowne. Nie kochała go więc nigdy? Na pewno?

A on? To taka zabawa – mówił – nie jest dobrze w moim małżeństwie, mamy zły okres, ale kocham moją żonę; tylko jak ją przytulam, to zauważam, że nie jest taka jak Ty, to nie Ty…

Cdn.